Obserwatorzy

piątek, 30 listopada 2012

WYSTAWOWE PRACE DZIECI

Zosi

Piramidy Patrycji

Bałwanek też Patrycji

Darii

Kasi

Kalinki
Odbyłam rewolucyjną kilkukrotną rozmowę z dyrekcją. Wszystko będzie po mojej myśli. Zmienią plany remontu i usytuowania sali komputerowej. Nie można zmniejszyć ilości dzieci w grupach bo nie ma kasy na więcej zajęć. Może jestem głupia, ale jak dzisiaj przyszła tylko szóstka, to tak cudnie się pracowało! A efekt widzicie!!!! Materiały: czarny papier, biała kartka, wełna, klej sól, kredki.
To ta nagroda.
Wcześniej pani dyrektor powiedziała, że kiedyś moja poprzedniczka miała nawet 16 dzieci w grupie. Odpowiedziałam, że jak chce jej oddać prowadzenie to proszę. Jak chce zrobić świetlicę -przechowalnię to ja jestem tu wcale nie potrzebna, bo moje dzieci pracują i się rozwijają.
- A czy one muszą tak często chodzić do łazienki? zapytała
-Tak, bo się bardzo brudzą farbami, pastelami, klejem.
Dzisiaj też były brudne. I kochane. A Patrycja cały czas opowiadała o szkole i o tym, że chciałaby pojechać do Egiptu. I zrobiła nawet obrazek.

wtorek, 27 listopada 2012

SKUTKI PRZEPROWADZKI


Właściwie miałam odpowiedzieć Renie na komentarz, ale w połowie tekstu zorientowałam się, że  ramka jest zbyt mała.
Gdy powiedziałam dzisiaj, ze planuję rozdzielić dzieci na więcej grup,
pani dyrektor odpowiedziała, że nie będzie miała na zapłacenie mi za tyle godzin pracy,
 jak zrobię ich więcej. 
Zarabiam brutto 20 zł za godzinę pracy ale wyliczam realny czas, który poświęcam dzieciom.
 Przychodzę zawsze wcześniej, aby przygotować materiały i wychodzę dużo po czasie, gdy wszystko powieszę, przejrzę prace i posprzątam.
 W tym miesiącu wyliczyłam 32 godziny mojej pracy, czyli na konto wpłynie około 480 zł. Piszę świadomie o tym niezwykłym bogactwie, gdyż po Mławie krąży wieść o moich niezwykłych zarobkach. Nie wliczam nigdy wydruków robionych w domu i czasu domowego gdy wyszukuję jakieś ciekawe hasła przydatne na tematy prac.
Rano zadzwoniłam pytając jak wygląda sytuacja, gdyż wczorajsza salka nie mogła być brana pod uwagę, bo tam i obok odbywała się sesja Rady Miasta.
Po moim telefonie pani dyrektor ruszyła ekipę swoich biurowych pracowników, wyniesiono kilka mikrofonów a na ich miejsce wniesiono 7 stolików i tyleż krzeseł.
Łudziłam się że może dzisiaj wyjątkowo nie będzie kompletu, bo okres jest grypowy i ostatnio nie było trójki. Nie, dzisiaj przyszli wszyscy, czyli cała dwunastka, automatycznie wyszło na jaw, że mam pięć miejsc za mało dla dzieci.
Zabrałam krzesła z korytarza, gdzie normalnie siedząc czekają rodzice, więc stali, opierając się o ścianę.
Dzieci stłoczone, siedziały jedne na drugich. Ja nie miałam możliwości wyjścia z zablokowanego kąta, bo musiałabym szturchać i odchylać rysującą dziewczynkę.
 Dzieci poruszały się w tą i z powrotem pod stołami.
Nawet w pewnej chwili wszystkie tam zeszły robiąc sobie mały piknik.
Sama bym z nimi chętnie tam pobyła!
Zachowywały się niesamowicie głośno i zupełnie nie dały się okiełznać. Rozsadzał ich temperament i prosiły o kredki, pastele, farby, tak, że góry malowideł wypełniły każdziuteńki kawałek. Najgorzej było z mokrymi obrazkami, bo zupełnie nie było ich gdzie suszyć.
Twarze, ręce, ubrania dzieci i stoły wokół nich były niemożliwie upaprane we wszystkie
 kolory roztarte razem.
Tak po prawdziwej prawdzie, to zrobiły świetne rysunki na wystawę i pomimo mojej bezsilności i zablokowania w kącie, powiem uczciwie, że są to doskonałe prace.
A Ola programowo poprosiła o kartkę, gdy w drzwiach pokazała się mama.
Delikatnie usiłowałam jej wytłumaczyć, że dzisiaj to może nie, bo to był ciężki dzień (wcześniej nosiłam znowu na piętro wszystkie zniesione wczoraj materiały).  Ola była nieugięta a kiedy dostała kartkę, zrobiła sobie z niej łódeczkę. 
Dzieci żegnając się mówiły, że było fajnie!

niedziela, 25 listopada 2012

DZIWNY KONIEC TYGODNIA


W czwartek wyruszyłam na zajęcia. Nie weszłam jeszcze na swoje piętro, gdy sprzątaczka spotkana na schodach poinformowała mnie, że mam zajęcia piętro niżej, bo rozpoczęto remont sali. O tym, że grozi mi przeprowadzka wiedziałam od miesiąca, ale jak dotąd broniłam się bardzo, bo sala jest ciemna, nie można jej na stałe zamknąć i nie mam gdzie składować wielu materiałów do zajęć, które z trudem gromadzę.Nikt jednak nie wspomniał o remoncie.
 Pytam więc:
- Czy wszystko zostało przeniesione? A  oczyma wyobraźni widzę ściany” mojej „ sali obwieszone pracami i dwie szafy różnych szpargałów.
- Nie. Wszystko jest porozkładane w różnych miejscach-  odpowiada mi pani.
Ostatnie pięć schodków pokonałam galopem spowodowanym nagłym podniesieniem temperatury w głowie, chyba.
Na szczęście dla wszystkich a na nieszczęście dla mnie przychodzę wtedy, kiedy nie ma już nikogo w biurze. 
Zaczynam szukać podstawowych rzeczy niezbędnych do zajęć. Przyszłam jak zwykle pół godziny przed czasem, ale to okazało się być zdecydowanie za krótko, gdy człowiek błąka się szukając różnych kluczy do różnych niedostępnych pokoi w których mogą być złożone moje manatki.
Problemem stał się kłębek włóczki używanej wcześniej na pajęczyny. Nie znalazłam go.
Cofnę się o kilka godzin wcześniej.  
Odbieram telefon, z którego wynika, że właściciel prywatnej mławskiej Galerii prosi o zapełnienie ekspozycji na święta pracami dzieci. Nic lepszego nie mogłam usłyszeć!  Mam w umowie zrobienie dwóch wystaw w ciągu roku. Poprzednio robiłam w kawiarni MDK ale ona jest tylko czynna gdy przechodzi się przez nią do kina. Często ludzie nie zwracają wcale uwagi na prace. Robiłam co mogłam, aby wskazać tam dziecięce talenty, ale wystawa w prawdziwej Galerii, to zwielokrotniony prestiż, odwiedziny mediów, zaproszeni goście itp. Zanim dojechałam na zajęcia miałam ściśle ułożony plan pracy,  gdyż wystawę trzeba przygotować precyzyjnie i bez pudła. Trzeba dać dzieciom tematy stuprocentowe w efekcie wystawienniczym. Jedno jest pewne rysunki będą świąteczne. Wszystko musi być przygotowane do 4 grudnia. Wcześniej obiecałam pani dyrektor MDK, że ozdobimy nasz budynek od wewnątrz pracami dzieci. Zaczęłam więc już kleić i składać aniołki i mikołaje, teraz jeszcze trzeba coś dać na wystawę. Czasu jest już trochę za krótko. Tak naładowana pomysłem co i jak wkraczałam na zajęcia.
Gdy nie znalazłam włóczki na mój pomysłowy plan, musiałam wszystko przekręcić do góry nogami. Na to co w tym układzie dzieci zrobiły, to są i tak WIELKIE!. Nie zrobię zdjęć teraz, bo nie wszystkie są skończone prace i chyba najlepiej jak pokażę je już oprawione na wystawie.
Dzieciaczki  pracowały z wielkim oddaniem. Gdy już wszystko sprzątnęłam i wychodziłam, wpadł pan z rolkami fantastycznego papieru pod pachą i z pytaniem, czy nam się nie przyda. Powiedział, że jest tatą jednej z dziewczynek i  ze mała jest bardzo zadowolona z zajęć i on przyniósł to, co ma na zbyciu. Wiecie jak się ucieszyłam!?? To będzie podkład na wystawę letnią w parku. Nie będę musiała kleić plakatów przez  trzy dni z całym zespołem ludzi i nie będę musiała zamieniać całego domu w jedną wielką „klejarnię”. Tak więc były i dobre i złe strony ostatniego czwartku. 
W piątek wparowałam do MDK mając zamiar „powiedzieć” pani dyrektor moje zdanie na temat lekceważenia mnie i dzieci których interesy reprezentuję i które mi ufają. Pani dyrektor przyjęła z godnością mój atak. Dzięki tej mojej niespodziewanej wizycie dowiedziałam się dokładnie jakie plany są po remoncie rozpoczętym tak niespodziewanie. Na szczęście w porę ustaliłam którą salę obejmę w posiadanie i jestem z tego wyboru zadowolona, bo nikt nie będzie jej ze mną dzielił. Gdy rozkładam często prace przestrzenne, czy nie utrwalone rysunki, zawsze istnieje niebezpieczeństwo zniszczenia pracy całkiem niechcący przez innych uczestników kursów i zajęć. Mam ciaśniej ale tylko dla nas. Zrobię mniejsze grupy. Na tym mi właśnie zależało.  
No więc znowu mam przykład , że wszystko dzieje się po coś. Gdybym nie była tak wściekła i nie przyszła w porę na rozmowę nie miałabym tak naprawdę warunków do pracy z dziećmi, bo wylądowalibyśmy na Sali komputerowej, gdzie nie podjęła bym się przypilnowania maluchów na dystans do 10 komputerów. Wcale nie byłoby miejsca dla nas. A tak…….mogłam zadowolona pojechać do Warszawy. Wręczyłam portret wnukowi. Ucieszył się bardzo, wysłał natychmiast MMS-a sympatii, ona natychmiast umieściła go w tapecie telefonu. Dumny pokazywał swój portret wszystkim gościom. Syn i synowa nie mieli żadnej krytycznej uwagi. Pobyłam u nich w ciepłej atmosferze ale teraz już wróciłam do domu szykować się do poniedziałkowego meblowania sali rysunkowej.

wtorek, 20 listopada 2012

JA TYLKO RYSUJĘ, DZIECI TWORZĄ

pierwszy z zamówionej serii dzieci

We wrześniu zaczęłam zajęcia od tych pajęczyn.
Potem dzieci lepiły muchy  i sklejały wszystko do kupki.




poniedziałek, 19 listopada 2012

DZIECI RYSUJĄ

Paulinka K
Ukochany temat Mateusza K
Te prace to wynik wzajemnego portretowania najstarszej grupy. nie wszyscy brali udział. Jednak większośc chwyciła charakter rysowanej osoby znakomicie. Oczywiście można się czepiać wielu rzeczy, ale kompletnie nie o to chodzi. Na bazie tych rysunków, mogłam każdemu z nich przemycić wiele oczywistości, które nigdy w teorii nie są ciekawe.
Dodaję tutaj jeszcze konie i samochody, chociaż powinnam pokazać jeszcze kilka obrazków, ale nie mogę zupełnie ich poustawiać jak bym chciała. Chyba zacznę budować galerię z boku i będę do niej linkowała, bo przy większej ilości zdjęć jest groch z kapustą.



Tomek W
Izaak R

Adam W
Ukochane konie Tomka W

Patrycja S

Monika M

Dawid P
Ukochany temat Tomka W


ukochany temat Mateusza K

sobota, 17 listopada 2012

DRUGIE BRZOZY I PORTRET

Tu jeszcze do poprawienia brzozy
na pierwszym planie, ale miesza mi się
farba bo jest mokra. 
Zależy mi na bieli pni. Do poprawki idzie jeszcze smukłość kształtu tej wygiętej.














Muszę jeszcze pokazać portret, który robiłam dzisiaj do trzeciej
 w nocy.To prezent urodzinowy dla wnuka.




czwartek, 15 listopada 2012

RADOŚĆ TWÓRCZĄ SIŁĄ

To dzieło najmłodszego Igora - pięciolatka


Gdybym chciała spreparować lek na depresję, pierwszym składnikiem na liście byłyby prace moich dzieciaczków. Właśnie po to, aby wypogodzić twarze czytających będę teraz częściej pokazywać po kilka ich prac. Dzisiejsze to kartka świąteczna.
Dzisiaj kolejna mama poinformowała mnie, że córeczka liczy godziny do naszego spotkania. Takich słów nie da się przeliczyć na monety. Nawet staje się nie ważne co zrobią, ale to, że chcą być razem w grupie, a gdy tworzą jest to na zupełnym luzie, bez przymusu z radością tkwiącą w nich samych.  Dzieci wiedzą też, że jestem tylko dla nich w całości i jest to szczere. Powiem wręcz, że z biegiem czasu ta zależność od dzieci pogłębia się w mojej psychice i sama czekam z zainteresowaniem czym mnie znowu zaskoczą.
Nie wypuszczają mnie na czas, mając już kolejną pracę skończoną, gdy przychodzi czas i rodzice pojawiają się po nich, przychodzą  prosząc o kartkę, bo będą jeszcze rysować. Kłócą się z opiekunami, że nie ma znaczenia, ze już trzeba iść bo jest im tu dobrze i chcą zostać. Te sceny są już normalnością. Niestety potem  nie mam siły robić zdjęć ich prac, bo całkowicie wyczerpana wyrywam do domu. Dzisiaj cudnie pracowały. We wtorek też  i w poniedziałek. Zapisują się wciąż nowe. Cieszę się! Piszę to nie po to, aby się chwalić, tylko bardzo mnie to cieszy i radością chcę się dzielić na blogu.
Jedna ze starszych (11 letnia) dziewczynek, często zostaje na sam koniec, tylko po to, aby na dowidzenia do mnie się przytulić. Wiem, że łatwo wpaść w megalomanię, ale jak mogę o tym nie pisać? 
Tak bardzo mnie to nakręca, że dzisiaj namalowałam szkic do drugiego obrazka z cyklu Brzozy.


Sześciolatka Gabrysia


Siedmiolatka Daria
Siedmiolatka Kalinka

Patrycji S
Patrycji K

środa, 14 listopada 2012

ZDROWY ROZSĄDEK


Staś z kuzynem Jasiem na wiejskim boisku.
Gdy zabierałam z Warszawy trzyletniego wnuczka, córka instruowała mnie dokładnie jakie leki ma on brać, bo wciąż jeszcze kaszle i ma w nocy silne ataki. Ten lek dwa razy, ten raz, ten, jak jest gorączka. Wyjechałam z całą apteką, przejęta zdrowiem dzieciątka. Udało się podczas pobytu zapomnieć prawie o infekcji. Jednak nie odważyłam się przerwać całkiem już rozpoczętej kuracji. Na szczęście leki bardziej były wspomagaczami diety, czyli dobrze jak się je bierze, ale niewiele się zmieni, gdy przerwiemy zażywanie. Najlepszy efekt osiągnęłam własnym syropem zrobionym z utartej cebuli  posypanej cukrem. 
Z grozą wciąż odtwarzam w myśli widok pudła leków stojących  na szafce u córki.
W czasie, gdy miałam u siebie małego Stasia odwiedzała mnie tutejsza, młoda sąsiadka, która w krytycznych momentach pomaga mi w gospodarstwie.  Była wprost niezbędna, gdy wychodziłam do MDK-u. Sąsiadka ma o rok młodszą córeczkę. Przychodzi zawsze z małą, bo nie ma ją z kim zostawić.  Stasiek szpanował przed dziewczynami i powiem szczerze, że bardziej był zainteresowany mamą niż swoją, młodszą koleżanką.  Codziennie rano dopytywał się czy M. przyjdzie i gdy usłyszał potwierdzenie buzia mu się rozjaśniała. Gdy przyszły, brał na przykład swoją książeczkę, siadał na schodkach. Nie reagował na żadne propozycje mówiąc, że on teraz czyta.
Gdy Staś wyjechał, poprosiłam M. żeby wpadła i doprowadziła ze mną mieszkanie do wcześniejszego układu, bez zabawek po kątach, dywaników, samochodzików i innych drobiazgów .
Malutka okazała się być bardzo marudna i wyszło na jaw, że miała w nocy wysoką gorączkę. Mama dała jej czopek antygorączkowy. Przyszła do mnie twierdząc, że wychodzą małej nowe, dalsze zęby i zawsze ma wtedy tak wysoką gorączkę. Jednak razem z wyrzynaniem się zębów  za każdym razem smarcze gilami do kolan. Wiadomo, że kiedy mama pracuje, dziecinka robi różne atrakcyjne rzeczy, na przykład rozlewa (nie wiem jak) z kubeczka niekapka całe swoje picie na podłogę  i rozciera je dokładnie rączkami, potem bierze łapki do buzi, do noska i do twarzy rozcierając gile z brudem. Widok jest jedyny i niezapomniany umorusanej mordki. Mama wcale się nie przejmuje. 
Wczoraj jednak malutka była zdecydowanie bardziej marudna. Przy zmianie pieluszki, mama rzuca uwagę, że smaruje jej pupcię linomagiem, ale nie może zlikwidować odparzenia, które pojawiło się ze dwa tygodnie temu. Podeszłam zajrzeć co się tam dzieje i przeżyłam szok. Ogniste plamy na biednej cipeczce świadczyły o jej cierpieniu. Co mogłam to powiedziałam, dałam inną pieluszkę , tą stasiową, którą zostawiłam w zapasie, dałam cudotwórczą maść aloesową, może jej trochę się ulży.
 I tak sobie myślę jak zupełnie inaczej traktuje się dziecko w obu przypadkach, pomimo, że miłość do nich jest tak samo silna i szczera.
Mama Stasia, gdy zobaczy prawie niewidoczny ślad uczulenia na rączce ma przygotowane maści, leki i przestrzega diety a mama malutkiej nie przejmując się niczym, nie mając środków i możliwości bierze na przeczekanie i zwycięską walkę organizmu dziecka z chorobami.
Po sobie stwierdzam ze stuprocentową pewnością, że tlen w powietrzu i jedzenie bez dodatkowej chemii  jest podstawą zdrowia. Po Stasiu też dało się to zauważyć.
Ja sama jestem zwolenniczką zdrowego rozsądku w chowaniu dzieci, tylko skąd człowiek ma wiedzieć, który z rozsądków jest ZDROWY?

piątek, 9 listopada 2012

W STRONĘ SŁOŃCA

Z panem burmistrzem na tle moich prac

Wróciłam  z wernisażu. Był wynikiem plenerów malarskich tego lata. Szukając śladów ginących budynków i  kapliczek na Wólce w Mławie, poznawałam dokładniej tą część miasta.
Kilka urokliwych zakątków, które miałam wielką ochotę namalować odłożyłam na potem, jednak w tych przypadkach należy jeszcze dodać w myśli: żeby zdążyć! 
Są takie opuszczone miejsca szabrowane przez „złomiarzy” i lada moment przestaną istnieć.
 Taką właśnie jest zapomniana stacyjka  kolejki wąskotorowej. Część eksponatów jeszcze tam stoi, choć jest porośnięta rdzą i przeżarta czasem.  Rozwalone budynki stacji, kilka lokomotyw i wagonów, drezyna, wszystko na stałe już zrośnięte z podłożem,  jakby ten kontakt dodawał im jeszcze woli walki z wszechogarniającą je rdzą i rozkładem.
Wrażenie niesamowite. Ten temat w sposób mistrzowski  został uwieczniony w  artystycznej formie fotogramów przez Danusię Gastołek. Powstał cykl o niezwykłym klimacie, wydobywający piękno starych, bezużytecznych tworów. Kilka zdjęć wygląda jakby były zrobione w klimatycznej Prowansji w słonecznym dniu. 
Kilka fotografii – niezwykłych pejzaży, autorstwa  Darka Tadrzyńskiego wykorzystującego duże możliwości swojego cyfrowego aparatu, też ciekawie ubarwiło naszą wystawę.
Połączono prace malarskie i fotograficzne. Wystawiało 6 malarzy i 5 fotografików .
Został wydany bardzo elegancki katalog wystawy.
Wernisaż zgromadził znamienitych gości. Dla mnie był miłym przeżyciem, tym bardziej, że na wystawie wisi Niebieska kapliczka, Widok na jezioro a pomiędzy nimi Brzozy. Brzozy zwracały bardzo uwagę. Miałam kilka pytań o cenę, ale jeszcze nie chcę się z nimi rozstawać. 
przy pięknych fotosach Danusi
Obraz jest bardzo optymistyczny , więc tak patrzę w przyszłość i zaczynam marsz w stronę słońca!.
Dzisiaj odwiozłam wnusia do Warszawy, i jakoś tak pusto i smutno jest w domu.
Dzieci na zajęcia plastyczne wciąż przybywa. Muszę zrobić dodatkową grupę. Tylko ciężko chore nie przychodzą. Najstarsze, dwunastka chodzi w całości. I co one wyprawiają na kartkach! Serce rośnie, dusza się raduje. Jest co robić. Będę pokazywać ciekawsze prace.

A JaGa, czyli http://jaga-babciaradzico.blogspot.com/ zrobiła mi przemiłą niespodziankę swoim wyróżnieniem i nominacją mojego bloga. JaGuś dziękuję!
Powinnam tutaj podać moje nominacje, ale przyznam otwarcie, że to jest bardzo trudne.
Wszystkie komentujące tu osoby są mi bliskie bo to ciekawe postacie mające coś do powiedzenia. Dowiaduję się wielu rzeczy o których pomimo swojego wieku wczesniej nie wiedziałam. Rozszerzam dzięki nim swoje horyzonty, czasem płaczę, czasem się śmieję.
Nie potrafię wybrać tylko kilku. Nominuję wszystkich moich komentatorów - przyjaciół blogowych. poczujcie się wyróżnieni!  
Stokrotka  http://prawiewszystkiemojepodroze.blog.onet.pl/
Azalia http://azalia60.blog.onet.pl/
Laviolette  http://laviolettee.blogspot.com/
Ataner  http://atanerblog.blogspot.com/
Alina http://alina-lifeafter.blogspot.com/
Ula http://dawnodawnotemu.bloog.pl/
Dośka http://powolniak.bloog.pl/
Pandorra http://manna.bloog.pl/
Anabell http://cobytujeszcze.blogspot.com/
Wienio  http://relaksmorski.bloog.pl
JanToni  http://jantoni341.bloog.pl/
Gordyjka http://gordyjka.blogspot.com
Aurelia http://mierzyczas.blog.onet.pl/
Rena http://renatak484.blogspot.com/
Krystynakabaj http://krystynkabaj.bloog.pl/
 Wcale nie myślałam o kolejności, wymieniłam jednym tchem, na równi.




środa, 7 listopada 2012

OSTATNIE ŻYCZENIE

Jedna z blogerek , KURKA (  http://fotograciarnia.blog.onet.pl/  ) umiera na raka.
 Jest dzisiaj na oiomie  jej ostatnie dni wypełnione były emocjami, czy jej ukochany kot wygra plebiscyt. Tak łatwo dać jej radość tych najtrudniejszych momentów przechodzenia.
Trzeba tylko wejść na link   http://dolnyslask.naszemiasto.pl/artykul/galeria/1574679,superkot-dolnego-slaska-ii-edycja-plebiscytu-glosowanie,galeria,3650255,id,t,tm,zid.html   i pięć razy kliknąc każdego dnia do 15 listopada. Proszę. Bo tylko tyle możemy zrobić.

niedziela, 4 listopada 2012

WARIACJE ARTYSTY



Skończyłam!!!!!


Od tygodnia mam wnusia u siebie. Trzy dni była moja siostra ze swoim dwu i pół letnim wnuczkiem, ale już odjechała, a ja postanowiłam dzisiaj o godzinie 20,30 namalować szkic do obrazu, który zamierzam za dwa dni powiesić na wystawie!  I to jest pierwsze wariactwo.
Drugie, które w czasie było pierwsze, to to że napisałam dziwnej treści dwa listy (do tej samej osoby).
Osoba wraz z żoną i dziećmi od lat mieszka w Stanach, gdzie wyemigrowała dawno temu. Wiele razy Osoba przysyłała mi swoje arcyciekawe artykuły publikowane w gazecie: Zycie Kolorado, dotyczące jego barwnego życia ( tej Osoby). Co ja sobie wymyśliłam, mając przed oczyma wyraźny napis ŻYCIE KOLORADO, że zrobiłam taką wstawkę cytuję:
…..Teraz wydreptuję ścieżki nie Kanadyjskie, ale mławskie. Psychicznie i socjologicznie są równie odległe od warszawskich jak kanadyjskie. Może nawet jeszcze bardziej…..
Jednym słowem Kolorado umieściłam w Kanadzie, ale to nie wszystko.
Dużo wcześniej czytałam opowiadanie Osoby o jego zmaganiach z remontem przed sama emigracją.
 Sytuacje z „fachowcami” przeszły granice absurdu i chciałam to przytoczyć Anabell, będącej w szponach remontu.
Wysłałam więc kolejny list z prośbą o ten opis i tu podaję adres ich mieszkania, gdzie wywnioskowałam z tekstu ( wtedy, kilka lat temu), że właśnie tam mieszkali. Otrzymałam odpowiedzi.
 Na pierwszy list: Joasiu, Kolorado to nie Kanada.
Na drugi list: Nie wiem o czym mówisz, bo nigdy nie mieszkaliśmy na podanej przez ciebie ulicy.
Więc usiadłam i szybko naszkicowałam obraz, no bo artysta może być niepoczytalny i nawet lepiej jak taki jest, wtedy sam nabiera kolorytu.
Nabrałam kolorytu i kolorów ze wstydu. Ale przynajmniej będzie pożytek z obrazu 50x 80cm.

czwartek, 1 listopada 2012

JUŻ PO KONKURSIE

Nikt z Mławy nie otrzymał nagrody. Nie znam jeszcze wierszy nagrodzonych, bardzo jestem ciekawa. Już mogę ujawnić co wysłałam.
Kategoria: Bitwa pod Mławą 1939r



POLA POD MŁAWĄ
Tu jeszcze ptak, a obok 
nad wrzosem kilka motyli.
Wysoko nad głową
chmur kształty flotylli.
Chciałoby się  tam właśnie
lecieć pod niebiosa…
Myśli wypuścić jak ptaki! 
Lecz nagle, z ukosa,
ziemia z wybuchu
otula cię szczelnie,
bo wróg chce cię zniszczyć,
a strzela tak celnie! 
Słońce w zdziwieniu, 
jakby słabiej grzeje,
wrzosy mniej pachną, 
a wiatr mocniej wieje.
I patrzysz znów w niebo,
lecz obraz się maże
i widzisz skrzywione, 
usmolone twarze.
Masz umysł spokojny, 
boś zrobił co trzeba.
I możesz już zacząć 
wędrówkę do nieba.
A w drodze, choć długa,
myśl swoją koloruj
wspomnieniem miłości  
wśród innych dróg toruj.
Choć rankiem myślałeś 
o wspólnej rozmowie,
czy choćby jednym 
od niej zwykłym słowie
- i to było rajem po 
z moździerza serii.
Teraz musisz sprawdzić 
jak jest w niebios prerii.
Spojrzysz stamtąd, z wysoka 
na swą  mławską ziemię,
jak dzieci przejęte
dźwigają to brzemię.
Jak płacząc wnikają 
w prawdziwe postaci.
Jak ojce wynoszą 
raz dzieci, raz braci!
Na polach bitewnych, 
wciąż widać te blizny
i krew tych żołnierzy 
i rany Ojczyzny! 
Choć zaraz po chwili 
motyl latał jeszcze,
zliczono poległych
ilości złowieszcze.
Chmury i dzisiaj
tworzą flotylle.
i wóz drabiniasty 
pojawia się w pyle…
Przybyło tu tylko
cmentarzy tak wiele!
I sierot przybyło,
I płaczek w kościele.




Ten napisałam jako drugi, ale go nie wysyłałam.

TOBIE MŁAWO
Jak żuki niosące 
na plecach zarazę,
wciąż widzę czołgi
sunące na bazę!
Jak zło rozpełzłe 
po rżysku skoszonym.
Zasnute tak lekko 
oparem wznoszonym.
Co będzie?
Pytanie zadaję.
A wybuch granatu 
odpowiedź mi daje.
Jak chronić tą ziemię
taszczącą na sobie
wojenne swe brzemię?
Po łące dym 
czarny się ścieli
i słychać jęk dzwonów 
w miejscowym kościele.
Jak ustrzec najbliższych
przed męką w obozie,
gdzie śmierci jest tyle? 
Odpowiedz mi Boże!
Kiedy mnie znajdą 
za tą wielką kłodą,
to tu zostanie 
myśli moich stos,
bo krzyczałem, 
tak bezwstydnie, w głos!
I choć chciałem, 
to nie chciałem 
umrzeć  cicho 
i płakałem
na tym polu sam.
Bo mi smutno,
bo cię tylko jedną,
tą jedyną, 
Mławo mam!