Obserwatorzy

sobota, 22 lutego 2014

ROZPRAWKA O ROZWOJU



Krzyk! Pierwszy krzyk dziecięcia – ile wzbudza emocji! Od tego momentu następuje rozwój który według ogólnie przyjętego schematu dzieli się na różne etapy. Te etapy są coraz wnikliwiej opracowywane naukowo. O rozwoju niemowlęcia dowiedziałam się dopiero niedawno, pomimo, że mam dwoje dzieci, no może już nie dzieci bo one mają już swoje dzieci w wieku dwudziestu lat. To znaczy mój wnuk ma dwadzieścia lat prawie...
Pojawiają mi się w umyśle pytania: po czym w pierwszym krzyku dziecka poznać jaki on będzie? Podobno każdy ma wpisany swój los. 
A może sami mamy wpływ, czy staniemy się uczciwym człowiekiem, czy świnią.
Czy będziemy pisać, czy tylko czytać? 
Obserwowałam moje dzieci i wnuki a jednak nie wiedziałam tylu szczegółów które teraz opisują w kolejnych księgach. Nie wiedziałam również o tym ( nie trafiłam na taką mądrą książkę), że będę się nagle, intensywnie rozwijać w wieku 60+ (powinnam chyba tu dodać dwa plusy ze względu na wiek i na ten wybuch rozwoju!).
Powiem krótko: jest to dla mnie ogromne zaskoczenie i mam tylko nadzieję, że dla innych mój rozwój też będzie zaskoczeniem. Najbardziej cierpię, że postanowiłam już na bieżąco się nie chwalić tym co zrobiłam.
A namalowałam właśnie dwa całkiem niezłe obrazy. Teraz tak o nich myślę, ale  za miesiąc już nie będą warte mojej uwagi ( czy inni też tak osądzą?)
Wątpliwości mnie zżerają a właściwie panika powiększająca się przed prawdziwym sprawdzianem w postaci wystawy!
 Człowiek zajęty dreptaniem w kółko, rozdrabnia się i nie widzi tego, co istotne. 
Myślę, że  twarde lądowanie na wsi miało decydujące znaczenie że teraz maluję.
Potrzebowałam obserwowania kozy i jej rodziny, pokochania psów, pojednania się z kotami i liczenia kurzych jajek aby dojrzeć do istoty spojrzenia. Twórcą byłam zawsze uprawiając zawód artysty plastyka ale artystą staję się dopiero teraz. Czas już pracować, tylko pracować i pracować.
Wcześniej nic nie wiedziałam, że rozwój w moim rozwojowym wieku tak bardzo jest męczący, ale wróciłam do intensywności życia sprzed trzydziestu lat, więc to rozwój, czy cofanie?

sobota, 15 lutego 2014

KOLEJNY OBRAZ DO CYKLU

Nie piszę często, bo rysuję i maluję w wielkim pośpiechu, bo czas gna. Teraz już nie będę pokazywać następnych obrazków. Musi być coś do odkrycia na żywo! Chłopca pokazałam szkic, a teraz chyba skończony. Pewnie po jakimś czasie jeszcze poprawię nos, który mi dzisiaj nie wychodził. Musi dobrze wyschnąć, a biel użyta przeze mnie na jego czubku akurat najdłużej schnie.
Znalazłam szkic zrobiony cztery lata temu. Sama widzę różnicę w moim rysowaniu.
2010 rok



W piątek było tylko kilkoro dzieci ze starszej grupy. Lubię takie zajęcia, bo o wiele więcej mogę przekazać wiedzy i widzę jak bardzo one ją wchłaniają. Obserwuję rozwój i to najbardziej mnie cieszy. Nie mogę pokazać ich rysunków, bo prace pójdą na konkurs.

 Za miesiąc prezentuję się seniorkom jak zostałam malarką. Mam zamiar tym razem poruszyć nieznane na tym terenie wątki mojego "bogatego" życiorysu.
Oczywiście mam już tremę, ale wiem, że grupa jest życzliwa w ocenie, częściowo mi znana z innych spotkań i cieszę się, że spotkało mnie takie wyróżnienie.
W czwartek na takim właśnie spotkaniu słuchaliśmy koncertu Jacka Mianowskiego opartego na utworach z wydanej właśnie płyty "Nie Jestem Aniołem".
To było bardzo miłe przedpołudnie. Piosenki Jacka i muzyka jego zespołu brzmiała na zmianę z wierszami o miłości naszych największych wieszczów, czytanymi przez przejęte pracownice Biblioteki Miejskiej. 
Nastrój spotkania spowodował, że po zakończeniu nikt nie miał zamiaru opuszczać sali.
 ( Och, gdyby też  tak było na moim spotkaniu!!!)

Tymczasem dwa dni przed Walentynkami wszystko wokół domu zrobiło się białe, bo wieczorna mgła osiadła i zamroziła wszystko, nawet najdrobniejsze krzewinki. Niestety był to ponury, szary dzień i zdjęcie robione w wielkim pośpiechu i nie widać bieli drzew. Śnieg jednak widać że u mnie ma się dobrze więc leży.

sobota, 8 lutego 2014

PRAWDZIWE OBLICZA ZIMY

Do cyklu
W tym roku  można zaobserwować niezwykłe zjawisko szklistej, lodowej powierzchni śniegu zalegającego na polach. Plusowe temperatury topią wierzchnią warstwę a wieczorne minusy zamieniają w tafle lodu, błyszczącego potem w słońcu. Po prostu  bajka!

Siedziałam cicho, bo stres związany z różnymi kłopotami zawsze zamyka mi usta.
Najbardziej dawał mi się we znaki strach pokonywania śnieżnych przestrzeni w mojej Biedronce która miała tylko letnie opony, bo zimowych po prostu nigdzie nie mogłam dostać
(oczywiście chodzi o odpowiednią cenę). Nietypowy ich wymiar skutecznie ograniczył możliwości. Po dwóch tygodniach poszukiwań otrzymałam od syna telefon: -"mamuś, przyjeżdżaj, czekają na ciebie!"
Za dwa dni planowo miałam wyjazd 30 km przez boczne drogi na zajęcia, wcześniej MUSIAŁAM być w Warszawie, bo zobowiązałam się przywieść elementy do sali na chińskiego Sylwestra.  Nie ma rady, żadne komunikaty o zamieciach już nie mogły mieć wpływu na moją decyzję.
Przerażona sytuacją zapakowałam się do autka. Z podwórka nigdy bym nie wyjechała bez pomocy silnych ramion A. Nawet 5 cm śniegu stanowiło dla mnie przeszkodę nie do pokonania. Gdy przejechałam już najgorszy dojazdowy kilometr do głównej trasy w radiu usłyszałam komunikat o potężnym wypadku autobusu kilkaset metrów dalej (ale w stronę Gdańska, a nie Warszawy). Pozioma warstwa nawiewanego śniegu tworzyła dodatkowo scenerię z filmów grozy.
Gdy dojechałam do Warszawy poczułam, że moje ręce będące w jakimś skurczu na kierownicy ledwie się rozginają. Myśląc, że najgorsze za mną już spokojnie dojeżdżałam do warsztatu. Skręciłam w bramę, od celu dzieliło mnie już 100 metrów.
Ale dopiero tu rozpoczęła się prawdziwa szalona jazda. Właściciel posesji zajęty budową własnego domu nie miał czasu na odśnieżanie, czy czyszczenie dojazdu do wynajętych pomieszczeń dla firm. Lodowe muldy dochodzące do 30-40 cm wysokości na przemian z wybitymi kawałkami lodu  pokrył świeży śnieg. Uliczka dojazdowa jest wąska i w wielu miejscach parkują samochody. Należy jechać PROSTO.
Nie uwierzycie ale zaczęłam się głośno, histerycznie śmiać, gdyż nie miałam żadnego wpływu na kierunek jazdy samochodem. Jechałam jednak na tyle wolno, że może koleiny i doły poprowadziły  mnie do celu a może modląc się po drodze wyprosiłam pomoc.
Wieczorem otrzymałam wiadomość, że zajęcia są odwołane a ludzie którzy jeżdżą do Mławy do pracy jechali tam te 30 km ponad 5 godzin. Zaspy zupełnie sparaliżowały komunikację.
Po tygodniu, (wczoraj) jechałam ich trasą, śnieg odgarnięty na boki i trzeci dzień dużych, dodatnich temperatur. Widoki jednak przeczą grzejącemu słońcu więc stanęłam i zrobiłam zdjęcia przypadkowemu fragmentowi chociaż prawie cała droga tak wyglądała. Zdjęcia robiłam nie wysiadając z samochodu, bo tak właśnie widzi to kierowca.

A wydawało mi się że mieszkam daleko od lubelskiego.





sobota, 1 lutego 2014

DO CYKLU


Dziękuję wszystkim za opinie napisane w komentarzach pod poprzednim postem. Wróciła chęć do malowania. Naszkicowałam kolejny obraz na wystawę, którą kompletuję konsekwentnie.Jak zwykle, robię mniejsze rysunki z tego samego cyklu. Zaczyna się już kształtować jej zarys. To jedna z trzech ekspozycji w tym roku. Będzie się sporo działo wokół niej. Gdy już będzie wiadomo wszystko w szczegółach dam dokładne informacje z dużym wyprzedzeniem.

środa, 29 stycznia 2014

OBRAZKI FAKTURALNE

Tym razem pokazuję jak dzieciaki tworzyły zimowe, śnieżne pejzaże za pomocą kilku rodzajów kasz, kleju i białej kredki. Chętnie usłyszę opinie, czy zdania na temat konkretnych działań, czy wskazówek o pracy z dziećmi, bo nie mam żadnego przygotowania pedagogicznego. Przekazuję tylko dzieciom swoje umiejętności w sposób dla nich najlepiej przyswajalny. Nie zamienię spotkań z nimi na studia przed studiami, bo inne jest moje założenie. Prowadzę po SWOJEMU i mam efekty widoczne, które potwierdzają rodzice dzieci. Dla mnie oni są miarodajną opinią a nie ktoś siedzący w fotelu i krytykujący, nawet jeśli ma zawód plastyczny.
Dzieci przychodzą chętnie, rodzice chcą płacić za ich uczestnictwo, więc nie rozumiem z jakiego powodu ktoś, kto nie uczy i nie ma o tym wyobrażenia krytykuje ( chyba dla przyjemności). Tym razem jednak będę usuwała komentarze jeśli nie będą wnosiły czegoś konstruktywnego a przy okazji obrażały innych komentujących.  UCZĘ a nie POUCZAM, jak to robi szanowny komentujący pod poprzednim postem.
Zaskoczyło mnie najbardziej to ze nawet wysiłek dzieci i pokazanie ich prac może być pretekstem dla malkontentów, aby wylewać swoje złe samopoczucie. Cóż widocznie każdy pretekst jest dobry, widać to właśnie w internecie.
 Na moich zajęciach nie ma konkursów. Nie prowadzę własnej szkoły rysunkowej, tylko dostosowuję się do poziomu dzieci przychodzących na zajęcia (od 6 lat  do 14 lat).
 Tu są obrazki 6-9 lat. Nie podaję wieku pod obrazkami, gdyż zdolności dzieci są nieporównywalne. One po prostu lubią się bawić w plastykę i to są efekty.
Różnorodność, pomysłowość, czy to dobrze, czy źle? A że jeszcze nie znają anatomii , to już ich uczyć? Uczę poprzez ICH rysowanie i na ich rysunkach. Tutaj przemycałam informacje na temat perspektywy i jak zawsze kompozycji.
 Czy jeśli nie została prawidłowo zastosowana to zła nauczycielka? Zły uczeń? Może zły system? A może jest w tym wszystkim coś dobrego? Może ten padający śnieg, albo kolorowy domek?  Każdy znajdzie coś dla siebie jeśli chce. Ale jeśli zamierza zniszczyć coś dobrego, co jest źle opłacane i działa wbrew logice - to zawsze można to zrobić. 











A na koniec pokażę jak u mnie wczoraj wyglądało rano pod oknem. 
Zaspa utworzona przez wiatr, bo A jeszcze nie zdążył odśnieżyć.
Moja biedna Biedroneczka nie miała jak wygramolić się z garażu.

poniedziałek, 27 stycznia 2014

ISKRA A MOŻE JUŻ ŻAR??

Marek Hłasko napisał kiedyś ślicznie
(cytuję z pamięci): „jeśli znajdziesz w sobie
żarzącą się iskierkę uczucia, dmuchaj
na nią aż do utraty tchu”. Parafrazą tego
cytatu mogłoby być: „jeśli dostrzeżesz
w młodym człowieku żarzącą się iskrę
twórczego wizjonerstwa, nie pozwól jej
zgasnąć; dmuchaj na nią aż do utraty
tchu”. To obowiązek wobec tych, co po
nas przyjdą.
© Grzegorz Malanowski 2014


Zamieszczony wyżej cytat znalazłam w artykule Grzegorza Malanowskiego, polskiego inżyniera, wynalazcy, innowatora myśli technicznej, który drugą część życia postanowił spędzić w Kolorado w Stanach Zjednoczonych. Tam opisuje w swoich znakomitych felietonach wiele ciekawych wątków ze swojego życia, przybliżając tamtejszej Polonii polskie problemy.
Dostałam pozwolenie skorzystania z tego cytatu, który pochodzi z felietonu pt "Sikorski" i jest o niezwykłym wynalazcy, konstruktorze samolotów i pierwszych helikopterów. Felieton ukaże się za trzy dni w gazecie
ŻYCIE Kolorado | www.zycie-kolorado.com | Luty/February 2014 

A teraz powód czemu tak bardzo pasował mi wspomniany cytat. Trójka młodych miała za zadanie narysować nawzajem swoje portrety. Każda siedziała i rysowała, a więc nie było mowy o prawdziwym pozowaniu bez ruchu. Skala trudności niebotyczna. Prowokacyjnie pozwoliłam na tą sytuację bo bardzo chciałam sprawdzić co zrobią. Właściwie chciałam sprowokować do szkiców, bo zawsze z tym są problemy. Tymczasem dziewczyny poradziły sobie tak, że mi szczęka opadła. Sami zobaczcie. Rozwój twórczy jaki obserwuję w tych dziewczynkach zachwyca i dopinguje mnie do wysiłku i pomysłów na zajęcia.
Małgosia rysowana przez Patrycję

Natalia rysowana przez Patrycję

Patrycja rysowana przez Małgosię (9 lat)

Patrycja rysowana przez Natalię
Widzicie więc dokładnie kto był dzisiaj na zajęciach.bo podobieństwo jest świetnie uchwycone.
Radość oglądania ich rozwoju jest nie do opisania, zwłaszcza jak wspominam ich pierwsze czasami  nieudolne próby.
Natalia chwyciła wiatr w żagle właśnie w ołówku i czerni z bielą. Patrycja szaleje z farbami, które w jej rękach zmieniają płaszczyznę papieru w niezwykłe, barwne miejsca. Ach jak ona smakuje w kolorach! Mała Małgosia doskonale i uparcie dąży do swojej wizji, którą ma zawsze na podorędziu. Będą z nich wspaniałe kobiety!!! 


środa, 22 stycznia 2014

POKER

Nie każdy zagra w pokera, nie każdy lubi hazard, nie każdy lubi gry karciane i dzięki Ci za to Panie!
Ale jeśli już ktoś zagra i gra i przegrywa, a bardzo chce się odegrać, to właśnie tak wygląda ta atmosfera. Przynajmniej ja to tak widzę. Widziałam podobne sceny w kasynach w Las Vegas. Może na tym obrazie klimat przypomina bardziej epokę prohibicji, ale emocje graczy są wciąż te same. Teraz już tylko podpis i obraz idzie pod młotek. Format 120 x 70 cm, olej.



Od tygodnia u nas sroga zima. Mróz, wiatr śnieg i nawet trudno przejść do samochodu, bo człowiek zdąży zamarznąć. Ferie odzwyczaiły mnie od zajęć z dziećmi, ale nie próżnowałam i cały czas rysowałam i malowałam. Dzieci na zajęciach po feriach malowały ilustracje do wierszy, nawet przyjechał do nas ich autor  i był zaskoczony pasją z jaką młodzi twórcy rysowali. Efekty pokażę dużo później jak ustalimy w jaki sposób mogą być wydane wiersze w komplecie z pracami dzieci.
 Dzisiaj były pierwsze prawdziwe malunki śnieżnej zimy. Wyzwaniem był czarny karton. Wyszło bardzo ciekawie, ale nie robiłam zdjęć bo wszystko musi wyschnąć aby był wygląd taki jaki autorzy zamierzali. Powiesiłam prace na szkolnym korytarzu przy szatni, gdzie wiadomo, wszyscy uczniowie muszą przejść.
Trochę zaniedbuję zaprzyjaźnione blogi i na swoim rzadziej bywam, ale jeszcze chwilę potrwa natłok spraw które koniecznie muszę pozałatwiać.
Pewnie w lutym dopiero będę nadrabiać, choć widzę że nie będzie łatwo!
Chcę jeszcze wziąć udział w konkursie malarskim, bo mój napęd jeszcze się nie wypalił, wręcz przeciwnie, rozkręcam się. 

środa, 8 stycznia 2014

NOWA RZEŹBA I...

Wstawiłam już część prac na stronę www.joannaart.eu , ale sama przyzwyczaiłam się do pokazywania efektów pracy tutaj. 
Najciekawszą jest rzeźba, która powstawała wiele miesięcy. Rzeźba wykonana jest w brązie i potem patynowana. Patynowanie w ten sposób to prawie nieznana w naszym kraju sztuka. 


                                                      Zrobiłam też portrecik w ołówku
I jeszcze próbny szkic na grubym i szorstkim papierze. Próba nie powiodła się, ale rysunek został.
 Dzieci malowały z wielkim rozmachem ilustracje do wierszy. Jednak nie mogę jeszcze nic pokazać.Jednym słowem lenistwo nie ma kiedy mnie dopaść, bo "w międzyczasie" zajrzałam na wieczór poświęcony promocji tomiku poezji wydanego przez mławskich i działdowskich poetów. Promocja odbywała się w Warszawie na Browarnej. Wieczór prowadziła warszawska poetka pani Bożena Kaczorowska i Jarosław Trześniewski-Kwiecień poeta mławski - przewodniczący naszego Związku Twórców Ziemi Zawkrzeńskiej. To był bardzo miło spędzony czas. Obraz z hazardzistami  też powoli postępuje.
To jest link do zdjęć z wieczoru poezji w Galimatjasie.
https://www.facebook.com/grazyna.jabrzemska/media_set?set=a.706282069404485.1073741837.100000680947264&type=1

piątek, 3 stycznia 2014

SZKIC OBRAZU

Kilka dni nie będę miała czasu pisać więc wstawiam  dzisiejsze moje zmagania. Postanowiłam namalować  postacie skupione na grze w pokera. To efekt godzinnej pracy z pomysłem. Teraz pokażę ten obraz skończony. Ale kiedy to będzie??? Płótno jest duże, ma 120cm x 70cm. Polubiłam większe formaty.
Nie powiem co będzie jeszcze na tym obrazku. Zaczekajcie. Mam pomysł na kolejne dwa obrazy. Dzisiaj też namalowałam portrecik, który muszę dać do akceptacji. Pokaże w następnym wpisie.

środa, 1 stycznia 2014

KLUBOWY SYLWESTER

Sylwestra postanowiliśmy spędzić na sposób klubowy. 
Gwiazdy mówiły w wywiadach, że tak będzie trendy.
O godzinie 16, obejrzałam jakie nosi się w tym roku fryzury i wyciągnęłam ukrytą w mojej garderobie butelkę wina ryżowego. Butelka była ukryta tylko po to, aby wyglądało, że jest to butelka na specjalną okazję np. na Sylwestra.
 A. nie pije. Ja z butelką wina??? Z tego samego powodu nie było w domu szampana.
Fryzurę ustaliłam jeszcze przed świętami, bo wtedy ścięłam włosy prawie na chłopaka.
Zasiedliśmy przy stole do lekko spóźnionego obiadu i ustaliliśmy że zakładamy Klub.
Klub ze względu na jego członków ma nazwę „2na2”. Nasze psiaki bardzo się ucieszyły!
Po obiedzie wykąpałam się aby wejść w Nowy Rok bez żadnych niepotrzebnych naleciałości, których trochę lata, jak nie chce się palić w kominku. 
Psy rozpoczęły bal wcześniej. Sonia ma cieczkę a Gucio to kawaler młody i bardzo napalony. 
Uczucia Gutka dochodzą do granic możliwości, bo jest niższy od Soni o kilka centymetrów i to nie pozwala skonsumować mu związku. Wcześniej  wprowadzałam system wahadłowy: Sonia w tym pokoju, a Gucio w łazience, a potem zmiana. Jednak stwierdziliśmy, że Sonia skutecznie broni się przed zalotami i te kilka centymetrów różnicy we wzroście jest wystarczającym środkiem antykoncepcyjnym.  
Tak więc bal trwał już jakiś czas. Gucio piał, łkał chrapał rzygał, sapał i wyginało go we wszystkie strony. Tańczył w kółko.
 Wiadomo było, że nie wypiję na raz butelki wina, więc przezornie jeszcze przed dwunastą poprosiłam A. o otwarcie butelki i nalanie wina. Przecież za stary rok, który  jaki był taki był, trzeba też wypić.
Próba wypadła zaskakująco. Wino, było mocne jak diabli i po TRZECH łykach stwierdziłam, że wypicie toastu o północy będzie dla mnie już trudne ( była 23,04}.
W telewizji leciały życzenia : dla babci Marysi od kochającego Zbyszka z Basią….
Muszę być w formie.
Gucio nic nie je od dwóch dni, ale rzyga. Płacze, chrapie, sapie i przewrócił stolik, pod który schowała się figlarnie Sonia.
We wsi już zaczęły strzelać fajerwerki. Tego nie znosi Sonia. Trzęsawka jaką dostała wprowadziła kanapę, gdzie siedzę w wibracje i wino dało znać o sobie.
 Wytrzymam! Jeszcze pół godziny do dwunastej!
 Dyskutowaliśmy z A. co było dodane do wina, że miało ono tak dziwny, ostry smak, niby coś jak goździki, a może cynamon?  Upiłam łyk. W telewizji kochająca Ania tęskniła do Zenka. 
Gucio biega za Sonią, ona wskakuje mi na głowę, na nią Gucio! Muszę ewakuować się z kanapy.
 Upijam mały łyk. Trudno mi się utrzymać w pionie, bo Sonia trzyma się blisko mnie, a Gucio w ferworze zalotów, w tańcu sylwestrowym robi slalom wokół moich kroczących nóg. 
W telewizji Krysia z Dominikiem kochają Jacka i chcą, żeby wrócił.
Zapomnieliśmy o banknotach! 
A. miał przy sobie 3,50, ale ja miałam w portfeliku 20 i 10 złotych, więc „pobiegłam” po torebkę. Moja torebka jest nie za duża, ale waży z 5 kilo ze względu na noszone w niej ważne przedmioty (mały młotek, pistolet do kleju, akcesoria do laptopa itd..jak w każdej damskiej torbie).
Dałam A. 10 złotych w ostatniej chwili, już jak biła dwunasta a 20 złotych wsunęłam sobie do stanika.
Upiłam łyk i złożyliśmy sobie życzenia. Na ekranie ciocia Zosia zapewniała że  kocha Alę i Kamila.
Po północy nic się nie zmieniło, Gucio nadal usiłował przekonać Sonię ze będzie najlepszym ojcem, a mnie było już wszystko jedno, czy babcia Agata kocha dziadka, czy tęskni za Krzysiem i czy Lidka czeka na Pawła.
Postanowiłam dyskretnie, tak po angielsku wycofać się z imprezy klubowej. Po cichutku ( tylko raz się przewróciłam o Gucia) przepłynęłam do sypialni, rozebrałam się i położyłam. 
Niestety klubowicze balu nie przerwali, tylko przenieśli się wraz ze mną. 
Zwykle Gucio budzi mnie ze dwa razy w nocy swoim płaczem,  wtedy wstaję i wypuszczam ich obydwoje. Teraz Gucio płakał pod drzwiami, ale gdy wstawałam wracał po Sonię która w strachu przed petardami odmawiała wystawienia choćby nosa spod łóżka. Zaimponował mi ten facet, bo bez swojej ukochanej postanowił też nie wychodzić na siusianie. 
Telewizor wciąż grał, A całkowicie trzeźwy siedział przy komputerze sprawdzając czy moje pierogi są robione zgodnie z ukraińskim  przepisem. W telewizji Sławek kochał bardzo Urszulę.
Położyłam się, bo głowę miałam ciężką jak moja torba. Sonia w trzęsawce siedziała przerażona pod łóżkiem. Gutek przeskakiwał w tą i z powrotem przez łóżko, a właściwie przeze mnie. Do Soni ze względów na tuszę nie może wejść. Płakał, chrapał i sapał przy tym niemiłosiernie. Rzygał. 
Pomimo środka znieczulającego musiałam wstać i kolejny raz powycierać podłogę.  
Wodę spuszczałam trzy razy, bo ślina Gucia w postaci piany nie spływa. Nie nałożyłam szlafroka i trochę zmarzłam. 
Wstałam jeszcze tylko raz, bo sytuacja się powtórzyła.
Rano zobaczyłam leżące na ziemi 20 złotych, które wypadło mi gdy się rozbierałam. Ucieszyłam się, bo znalezione ma większą wartość! Tylko czy sklepowa uwierzy, że to jest warte 30 złotych?
Na stole stała prawie pełna butelka i mój kieliszek nie do końca opróżniony. Na podłodze tylko w dwóch miejscach zasikane i raz zarzygane.
O dziesiątej, w telewizji, gdy lekko ćmiła mnie głowa i czułam zmęczone nogi, powiedziano, że klubowe spędzanie Sylwestra już nie jest modne! Teraz męczą mnie wątpliwości: nie wiem czy Gucio zostanie ojcem i czy trendy spędziliśmy tego Sylwestra?

Musiałam to wkleić, bo takiej super reklamy nikt nie ma!!!Ludziska od PROMOCJI uczcie się!
http://pitraszel.blogspot.com/2014/01/moj-blog-to-nie-bilbord.html?showComment=1388611937452#c2971587406821757144

sobota, 28 grudnia 2013

ATRAKCYJNE ZAKOŃCZENIE ROKU

Coraz mniej wolnego czasu daje się odczuć nawet tu na blogu. Rzadsze wpisy wyraźnie obniżają zainteresowanie, bo blogowanie polega właśnie na wpisach i komentarzach.
 Tym razem częstotliwość wpisów jest większa, bo tylko teraz mam kilka chwil wolnego.

 Nie opowiadałam o prezentach, a właściwie o jednym, który wzbudza zazdrość każdej kobiety, która go zobaczy! Dostałam od Anabell turkusowe piękno ! Właśnie w święta miałam go na sobie, ale jest tak elegancki, że nawet na audiencji u królowej Elżbiety ( gdyby mnie zaproszono!) byłby właśnie tym właściwym klejnotem zdobiącym dekolt. Zdjęcie to 1/10 efektu w rzeczywistości.



Inną ważną sprawę odsunęłam na wolną chwilę i chwila zamieniła się w tydzień...
Na blogu Aliny pojawił się pretekst do zaprezentowania jej projektów. To bardzo wrażliwa i twórcza osobowość, zajrzyjcie! Przy okazji traficie na świąteczną rozdawajkę, której jednak banerka nie umiem wkleić, Daję linka.

Dzisiaj chyba skończyłam "Furtkę do szczęścia"


W rzeczywistości obraz jest ciemniejszy. Muszę go zapisać w innej technice, gdyż żadne oświetlenie nie oddaje jego nastroju, choć jest  blisko. Obraz jest wykonany farbą olejną i ma wymiary 120 x 70cm
Zostawcie w tym roku wszystko co złe, chore i Wam nie pasuje i wchodźcie w Nowy Rok z uśmiechem!!!! 
Każdy, kto będzie chciał, znajdzie klucz do furtki, aby otworzyć lepszy czas.





piątek, 27 grudnia 2013

MOJA CHOINKA



W tym roku, postanowiłam wysilić szare komórki, aby nasza choinka była w pokoju w którym świętujemy. Problem jak zwykle polegał na przestrzeni, którą duża, normalna choinka potrzebuje, aby nas zachwycić. 
Widziałam gdzieś na reklamie taki neon na ścianie w obrysie choinki i to natchnęło mnie pomysłem, aby stworzyć choinkę "naścienną". Poprosiłam A. o przyniesienie gałęzi z naszych choinek. 
Mamy zamiar odnawiać pokój na wiosnę, więc zadziałałam brutalnie. Przybiłam do ściany gałęzie tak, aby tworzyły choinkę. A. pięknie ją ubrał i nikt nie zauważył, że jest tak zrobiona. Każdy podchodził i szukał gwoździ, bo efekt zaskoczył nawet mnie. Pod choinką zmieściła się przestawiona kanapa.
Dzieciaczki zrobiły na miejską choinkę aniołki, Mikołaje, łańcuchy i cukierki. Jak zawsze buźki wszyscy mają uśmiechnięte!

Siedzę sobie pod choineczką, oglądam zdjęcia aniołków, Mikołajowi dziękuję za piękne prezenty,  podgryzam kolejne kawałki makowca i pomimo, że wszyscy już odjechali, to jestem jeszcze wciąż w najpiękniejszej atmosferze: ATMOSFERZE RODZINNYCH ŚWIĄT!

Wszystkich, którym nie złożyłam życzeń świątecznych przepraszam, ale nie zdążyłam, zajęta i przejęta domowymi przygotowaniami. 

środa, 18 grudnia 2013

DO CZYTANIA

Wszystkim, którzy czytanie uważają za cudownie spędzony czas, lub może szukają zaskakującego prezentu polecam trzecią część świetnej, debiutanckiej powieści. To jest link do trzeciej części na e-bookowie, bo  na razie są w tej formie.
 http://www.e-bookowo.pl/proza/nie-moje-niebo.html

Nie mam czasu na nic. Dom jeszcze nie ogarnięty. Świąteczni goście są w większości na specjalnych dietach trudnych do przetworzenia na smakołyki świąteczne. Obrazy ustawione w kącie czekają na dalszy ciąg a ja dzisiaj tylko pojechałam kupić drewno do kominka i...skroiłam głowę kapusty wielką jak dwie przeciętne razem wzięte. Już ugniotłam do zakiszenia , bo liczę, że zjemy ją jako surówkę do karpia i jeszcze zdążę uformować z nią pierogi.
 Przeszłam na żywienie się jajkami kaczymi, bo przed świętami okropnie trudno  kupić kurze, tutaj na wsi. Nie widzę różnicy w smaku, zwłaszcza przy gotowanych. Do ciasta wręcz są rewelacyjne, większe, bardziej spajają mąkę. Nie wiem dlaczego tutejsi ludzie nie jedzą tych jajek.Ciasto drożdżowe z tych jaj dużo bardziej mi smakuje. Zaopatrzyłam się już w kaszę jaglaną i mąkę z prosa. Teraz poprzeczka poszła wyżej, bo wcześniej nigdy nie próbowałam tak bardzo ograniczonego składu, zwłaszcza na święta. Robiłam dwa rodzaje dań, te obfitsze i te dietetyczne ale nie do tego stopnia, żeby "nic nie dało się użyć". Zaraz wchodzę na strony ograniczeń : bez glutenu, przeciwgrzybiczne, bezbiałkowe itd...Czy tak można w ogóle żyć??
Kończę te głupie rozważania i biorę się do roboty. 
Wszystkim życzę:
 wiele, wiele ulubionych smakołyków,
 wymarzonych prezentów,
 bliskiego sercu towarzystwa,
 pogody w duszy i w ogóle!

 Niech nasz Nowy Roczek pojawi się co najmniej  tak uroczy, mądry i dobry jak chłopczyk  z portreciku, który właśnie oddałam.



czwartek, 12 grudnia 2013

ŚWIĄTECZNE PRZYGOTOWANIA


Otrzymałam nagrodę konkursową -książki, które mnie bardzo ucieszyły. Wiem już z czym będę usypiać. Są to "Dzienniki 1945-1950" Agnieszki Osieckiej, "20 Lat Nowej Polski w Reportażach"
Mariusza Szczygła oraz zdobywcy Paszportu Polityki Mikołaja Łozińskiego "Książka".
Cudownie, że idą Święta i będę mogła bezkarnie zatopić się w lekturze.

Przygotowania do Gwiazdki pełną parą! 

Starsza grupa zrobiła piękne bombki z pasków białego papieru. Na bombce były zdobienia własnego pomysłu. Jestem pewna, że choinka nabierze innego wymiaru z tą ozdobą. Wcześniej wszystkich poprosiłam o pomoc przy ustrojeniu choinki na Miejską Wigilię, która odbędzie się w sobotę, 14 grudnia. Ozdoby mają mieć określony charakter nawiązujący do widowiska.













 Nie będę zdradzała tajników, zrobię zdjęcia dopiero przystrojonego drzewka. Wszystkie zabawki, tak jak papierowe bombki są mojego pomysłu.











Maluchy kleiły choinki z Mikołajem, bałwanem, śniegiem i prezentami.








 Tymczasem w Radzanowie nowo zorganizowana  grupa dzieci przychodzi regularnie na zajęcia.  Maluchy kleiły swoje teczki na rysunki makaronowym imieniem , które potem ja pryskałam na złoto. Starszyzna, rysowała z ozdobnikami imię i nazwisko. Wszystkie teczki wykańczaliśmy razem tak, aby miały piękne rączki do zawieszenia, lub noszenia.

Tylko jedno podejście do obrazu kończy moje zmagania z furtką do........... Pokażę za dwa dni.