Obserwatorzy

środa, 10 października 2012

JESIENNY PEJZAŻ


Dni jak pogoda, jedne są piękne a potem cały tydzień deszcz. Na szczęście wczorajszy dzień rozpoczęłam i zakończyłam w ciekawy sposób.
Zacznę od wieczornego zakończenia. Napisałam pierwszy raz w życiu wiersz, zmobilizowana tematem konkursu. Bardzo przejęta przeczytałam  wiersz przez telefon mojej siostrze. Skończyłam czytać a w słuchawce cisza..
- skończyłam. Jak ci się podobało? zapytałam zaniepokojona.
- Nie mogę mówić! Jest piękny!  - połykając łzy, odpowiedziała mi siostra – piękny, przepiękny!
……..
A teraz początek dnia.
Miałam umówione spotkanie z przedszkolakami w ramach ich programu wychowawczego pod hasłem „ Spotkanie z malarką.  Temat - pejzaż jesienny”.
Pani, przez telefon, szczegółowo omówiła za mną wszystkie działania, czego po mnie oczekują i wydawać by się mogło, że świadoma wszystkiego mogłam się przygotować. 
Jednej rzeczy tylko nie brałam pod uwagę, że przed wyjściem pokłócę się z A. i że moje myślenie będzie bardzo upośledzone.
Wylądowałam w przedszkolu, gdzie pierwsza pojawiała się grupa 60-ciu  pięcio i sześciolatków.
Przedszkole nr 4 w Mławie jest przedszkolem integracyjnym, mimo to są bardzo duże grupy dzieci.
Wyjęłam duży blejtram 80 x 50 cm i wyjrzawszy za okno zobaczyłam jesienną, już wyżółconą brzozę a pod nią na tle zielonych tui, popiersie ich patronki Ewy Szelburg-Zarębiny.
Objaśniwszy co potrzebuje malarz do swojej pracy, która równocześnie jest wielką  przyjemnością, ustaliłam z dziećmi jakie będziemy używać kolory farb. Wzięłam paletę, pędzle i namalowałam widok zza okna.  Na koniec na kolanie pożyczywszy od dzieci ołówek i kartkę naszkicowałam portrecik dziewczynki.
Nie przewidziałam, że nie pozwolą mi zabrać obrazu i że będą chcieli go powiesić i że nie będę miała na czym malować z drugą grupą. 
Głupio planowałam zetrzeć obraz i na tym samym płótnie malować dla drugiej grupy.
Chyba przez przypadek, albo podświadomość wzięłam taki malutki blejtram 30 x 40 cm. Brałam go po to, aby w razie potrzeby namalować na nim pojedynczy jesienny liść.
Przeraziłam się bardzo, bo zostałam z tym malutkim płótnem. Trudno, trzeba mocniej użyć mózgownicy!
 Pani konspiracyjnie tłumaczyła mi, że nie jest to komfortowa sytuacja, bo jedni będą mieli duży
obrazek a tamci….
Moje komórki z szarych zrobiły się pewnie czerwone z przeciążenia.
Pojawiła się kolejna grupa 60 dzieciaczków w wieku 3-4 latka.
Troszkę inaczej trzeba prowadzić spotkanie, prościej i ciekawiej - pomyślałam. 
- Widok jesienny można namalować w postaci jednego listka, całego drzewa, krzaków, lasu, parku a nawet całego miasta. Co dzieci by chciały mieć na obrazku?- pytam
- CAAAłee miastOO!!! Odzywa się grupa.
-O kurka wodna! Sama sobie kretyńsko szykuję stryczek idąc na żywioł - przeklinałm swoją spontaniczność.
Wzięłam pędzel i leciutkimi kreskami malowałam mówiąc: - dobrze, to namalujemy nasz ratusz, obok ratusza kościół i chodnik koło nich. Żeby była prawdziwa jesień, to zmienimy bloki wokół na park. Za ratuszem są drzewa a przed nimi krzewy. 
Ustaliliśmy wcześniej,że kolor niebieski nie jest charakterystyczny dla jesieni, ale zawsze pojawia się na niebie i w odbiciu w wodzie.
Namalowałam więc niebo, malutki ratusz i obok kościół, a potem poprosiłam panie o pomoc, aby podchodziły do mnie po kolei dzieci, które pomogą mi namalować jesień. 
Ustawiono kolejkę. Dziecko podchodziło, dawałam mu do ręki pędzel wcześniej umoczony w farbie olejnej i chwytając za koniuszek pędzla prowadziłam po płótnie. Każde robiło tylko jedną plamę koloru. Gdy skończyliśmy okazało się że wyszedł tak piękny obrazek, że sama ze zdumienia nie mogę wyjść! Za tydzień dostanę zdjęcia i je tutaj umieszczę. 
WSZYSCY byli bardzo zadowoleni.  Wręczono mi fantastyczny, kolorowy, wielki bukiet kwiatów razem z podziękowaniami  (oprócz zapłaty ).
Poczęstowano mnie jeszcze obiadem, który zjadłam razem z grupą średniaków. Był pyszny.
Co tu dużo mówić, towarzystwo w którym jemy zawsze wpływa na smak potraw.

czwartek, 4 października 2012

URROCZYSTE PODSUMOWANIE SIERPNIOWEJ INSCENIZACJI

Jest taki zwyczaj uroczystego podsumowania inscenizacji sierpniowej Nalotu Bombowego na Mławę i Bitwy pod Mławą.  W tym roku odbyło się to w poniedziałek. Niestety tylko my, stara gwardia w ilości OSÓB TRZECH przyszliśmy na tą uroczystość w ubraniach z epoki. Reszta nie wiedziała, że to piękny zwyczaj i pretekst do stworzenia mocnej społeczności rekonstruktorów. Komentarz prowadzącej spotkanie nie był dla nas pochlebny, nie wiem dlaczego. Jednak gdy pojawiliśmy się na scenie natychmiast poproszono nas na środek, aby 
dziennikarze mieli możliwość porobić zdjęcia. Jestem na czterech ostatnich zdjęciach, w  jasnym kostiumie z różowym toczkiem na głowie. I nim się kłaniam wszystkim odwiedzającym mnie tu.
http://www.naszamlawa.pl/bitwa-bedzie-kontynuowana-chca-nakrecic-film-fabularny-8222mlawa-to-slawa-i-tak-ma-byc8221,news,4117,aktualnosci.html#
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

 Poruszę jeszcze moje ostatnie przygody autobusowe.
Po raz drugi w niedługim czasie, kiedy wracałam z Warszawy autobusem specjalnie wypatrzonym tak, aby logistyka moich wycieczek płynnie wplatała mnie w wytyczone zadania, zdarzyła się ta sama sytuacja.
 Wpadam na Dworzec i pędzę do kasy, proszę o bilet na godzinę...!
 - Nie, proszę pani takiego autobusu dzisiaj nie ma.
Tak właśnie się zdarzyło, gdy przyszłam o godzinie dwudziestej drugiej na Dworzec Zachodni w Warszawie.
- jak to się stało, że nie ma?-pytam
- nie zauważyła pani w swoim rozkładzie, że przy tej pozycji jest mały plusik? Oznacza to, że kursuje on tylko w niedzielę.
- o której mam następny? pytam kompletnie zaskoczona.
- Następny jest o godzinie zero minut dziesięć. Proszę sprawdzić może będzie jakiś pociąg i uważać, bo po jedenastej zamykają cały Dworzec. Koło ochrony jest taka mała nocna poczekalnia.
Tyle dowiedziałam się od kasjerki, którą już potem zamęczałam głupimi pytaniami.
Sytuacja nie była wesoła, bo A. musiał po mnie wyjechać te osiem kilometrów do Mławy. Wracałam tego wieczora, bo on wybierał się świtem w daleką podróż i  trudno, żeby wcale nie spał tej nocy.
Jak zawsze miałam ciężką torbę, ruszyłam z nią kilometrowymi podziemnymi labiryntami dworcowymi do nocnej kasy kolejowej. Nie, nie miałam żadnego połączenia przed świtem. Wróciłam z powrotem na Dworzec autobusowy, do kasy kupić bilet. Potem ruszyłam w poszukiwaniu lokalizacji nocnej poczekalni, ale tam dowiedziałam się, że za dziesięć dziesiąta nie mam prawa, aby przysiąść w tym miejscu na ławce. Takie prawo nabywa się dopiero piętnaście po jedenastej. Powędrowałam więc z torbą do głównej poczekalni. 
Publiczność dworcowa nocna zasadniczo różni się od dziennej. Jest jakaś bardziej śmierdząca, bardziej pijana i bardziej mnie przeraża.
 Po jakimś czasie przysiadła się do mnie niemłoda już Ukrainka pytając o jakieś wskazówki. Powiedziałam jej co i jak, bo całkiem dobrze poznałam już topografię  tego miejsca.
 Kobiecina z wdzięczności zaczęła mi się skarżyć, że właśnie przyjechała z Wilna, gdzie pochowała matkę i musi się przesiąść na lwowski autobus. Na ten przed półgodziną nie zdążyła i będzie czekała do rana do godziny dziewiątej. 
Mówiła po ukraińsku i sprawiła mi tym przyjemność, bo ogromnie lubię słuchać melodii tego języka, ale trudno mi było odpowiadać w łamańcu rosyjsko-ukraińskim. Przekazałam jej wszystko co wiedziałam na temat nocnej poczekalni i w odpowiednim czasie wyekspediowałam ją i siebie na miejsce. Pocieszałam się myślą, że moja wycieczka niedługo się skończy, nie tak jak Ukraince.
Do domu dotarłam o drugiej trzydzieści.
Od tego czasu głowię się nad jednym zagadnieniem.
 Gdy przyjeżdża jakiś nocny autobus, to czasami ludzie muszą gdzieś poczekać. Nie ma takiej możliwości, aby znaleźć wtedy  tą poczekalnię. Wszystkie drzwi są zamknięte na głucho.
 Ja miałam ogromny problem z WYJŚCIEM! Wychodzi się przez boczny otwarty barek. Jednak jego działalność nocna jest kompletnie zamaskowana. Ktoś, kto nie pierwszy raz tamtędy przechodził, naciskał klamki dwojga innych sąsiednich drzwi zanim trafił na właściwe. W środku trzeba jeszcze zrobić zawijas, aby trafić za pomocą własnego azymutu, do wyjścia na perony.

Na dworcu przesiedziałam tylko dwie i pół godziny a ile w tym czasie miałam wrażeń, ile się dowiedziałam, ile poczyniłam nowych obserwacji! Tylko nie wiem po co.

środa, 3 października 2012

WERNISAŻ W MUZEUM

Ledwie zdążyłam dojechać na dzisiejszy wernisaż w Muzeum Ziemi Zawkrzeńskiej, gdzie spotkała mnie miła niespodzianka. Znałam temat wystawy: Malarstwo Polskie i Obce w Hafcie  
Krzyżykowym. Od dawna słyszałam, że w naszym Związku Twórców są hafciarki, jednak nie widziałam ich prac "na żywo", tylko na zdjęciach. Nie miałam żadnego poglądu na ich twórczość. To co zobaczyłam dzisiaj w sali wystawowej, zaszokowało mnie poziomem artystycznym, mrówczą pracą i pięknym przesłaniem samym w sobie. Żadne zdjęcie tego nie odda. Wystawę stworzyły prace sześciu pań. Różny jest poziom prac i różna jest tematyka.
Pokazuję tylko jeden z kilku najpiękniejszych obrazów haftowanych krzyżykami. Reszta w linku


Przemalowuję wciąż swój obraz. Chciałam zlikwidować pierwszy plan, ale poszłam dalej. W efekcie cały obraz do zmiany, głównie zasadniczy temat domku na wyspie. Mam jednak satysfakcję: wielka woda namalowana i jestem z niej zadowolona, resztę namaluję od początku.


Jednak całość po przemalowaniu straciła blask, który musi się znowu na nim pojawić.


piątek, 28 września 2012

CIEKAWY DZIEŃ

jeszcze podczas nauki tkania
jesienna poświata


Ostatnie dzisiejsze, słoneczne chwile wykorzystałam podczas wycieczki z dr. Leszkiem Zygnerem, historykiem, znawcą nieprześcignionym naszego terenu, szczególnie Mławy. Tematem były pobliskie cmentarze. Chwile spędzone na słuchaniu jego wykładów nigdy nie są czasem straconym, przeciwnie, podaje wiedzę w ciekawy sposób, nie przesadzając z ilością faktów i dat. Wybraliśmy się do starego kościółka św Wawrzyńca, wokół którego na górce, usytuowany jest cmentarz. Stare grobowce dają świadectwo długiego istnienia cmentarza. 
Potem nasza wycieczka powędrowała na bardziej bolesne miejsce.  Cmentarz przypominający ten na Rosie, w Wilnie. Zobaczyliśmy porozwalane kompletnie i będące tylko szczątkami grobów prawosławnych i ewangelickich.  Porozbijane i splądrowane pieczary, trudno nawet przejść, bo można wpaść. Wokół leżą tylko  połamane fragmenty płyt, gruzy i poprzewracane kawałki krzyży.
Czemu taka nienawiść i wandalizm nawet po śmierci, przecież wtedy tak naprawdę jesteśmy już sobie równi? Pytałam sama siebie patrząc na te rany cmentarne.

Po spacerze skorzystałam z zaproszenia pani dyrektor Biblioteki, która zorganizowała dzisiejszy spacer. Godzinę później, już w Bibliotece czekała na nas pani pielęgniarka przygotowana do rozmowy o nadciśnieniu tętniczym i tematów związanych z profilaktyką tego schorzenia. Przyznam, że w biegu nie mam czasu wcale zastanawiać się nad swoim zdrowiem i z ciekawością słuchałam prostych i jasnych wskazówek dotyczących zdrowego trybu życia, poczynając od sposobu myślenia o nim.
Grono miłych pań obecnych na tym spotkaniu, to dodatkowy aspekt, przemawiający za obecnością na takich akcjach. Ledwie zdążyłam wrócić na czas do domu, aby przełknąć w pośpiechu obiad i wrócić na zajęcia z najmłodszymi. Przybyło dwadzieścioro i jeszcze się zapisują. To są te najmłodsze. Muszę je rozdzielić, bo nie ma mowy o żadnej pracy rozwojowej w tak licznej grupie. Dzieci znakomite, część była mi znana, wiele jest nowych. Zapał z jakim malowały, rysowały, smarowały, całe umorusane po uszy wzruszał mnie bardzo. Jedna z wrażliwszych dziewczynek, gdy nie udał jej się rysunek zaczęła płakać! A przecież nawet mistrzom może się nie udać- to właśnie im powiedziałam. 
Czterdzieści minut zajęło mi wieszanie ich prac, tyle ich było. Ledwie zdążyłam na wieczorny autobus do Warszawy, gdzie dojechałam o 22 godzinie, aby chociaż dzień spędzić z wnukami, których już miesiąc nie widziałam.
Wybaczcie, że ciągle jeszcze nie piszę ciekawiej, mam już w głowie następny kawałek opowiadania, ale wciąż nie mam kiedy go fizycznie napisać.

czwartek, 20 września 2012

W MIĘDZYCZASIE


Nie miałam czasu, aby napisać chociaż kilka słów. 
Wszystko potoczyło się błyskawicznie od momentu, gdy zadzwonił telefon.
- Czy interesował by cię udział w warsztatach tkackich?
- Wszystko co dla mnie nowe, zawsze jest interesujące. Ale gdzie? Jak? kiedy?
- Przyjdź jutro do Ewy i Wojtka o 16.
Odłożyłam słuchawkę. Stałam zastanawiając się co mam zrobić z tą wiadomością. 
Jednego byłam pewna, że potrzebne będą nitki, włóczki i coś z czego się robi tkaniny.
Nic z tych rzeczy w domu nie mialam, bo wszystko w lecie spalilam. 
 Myszy skutecznie pocięły mi moje zapasy, wijąc sobie w nich gniazda. 
Znalazłam cztery, niewielkie motki włóczki, każda różnej grubości, koloru i jakości
Czarną czerwoną białą i żółtą. Ostry zestaw.
Przypuszczałam, że pogadamy sobie i dopiero po zebraniu wstępnym zabierzemy się do dzieła.
Niestety byłam w błędzie i od pierwszych minut spotkania robiliśmy tkaninki na pokaz.
To znaczy, kilka z nas i ja byłyśmy w innym błędzie przez pierwsze dwie godziny i to widać w naszych pracach.
Uczyłyśmy się przetykać czółenko z osnową, łączyć kolory, wplatać nowe nitki, a tu słyszymy, że tkamy anioła na wystawę, która zakończy nasze warsztaty.
trzeba było uznać dotychczasową robotę, za fragment aniołkowej, co nie było bardzo sensowne.
Przez cały tydzień po południu pędziłam aby utkać kilka kolejnych rządków.
Potem ambitnie zabrałam się do innego niewielkiego kilimka w momencie, kiedy przemieszczając się zapomniałam podstawowej czarnej włóczki którą robiłam tło.
 Wyszło to, co mogło wyjść, ale pierwsze koty za płoty!!!


W międzyczasie, w niedzielę  wypadł ostatni plener malarski dotyczący tematyki o Wólce- dzielnicy Mławy.
Namalowałam tam jeden niewielki obrazek, bo własnie jutro zawiśnie ten i jeszcze jeden na tej samej wystawie, co utkane maleństwa.
 W drugim międzyczasie miałam spotkanie z rodzicami dzieci chętnych na Kółko Plastyczne w Domu Kultury. 
W trzecim międzyczasie wyjeżdżałam na dzień do Warszawy i miałam kontrolę dentystyczną. Teraz pokażę tylko obrazki w wersji roboczej, a w niedzielę powymieniam na zdjęcia w lepszej jakości i w komplecie z wernisażu..





niedziela, 9 września 2012

DWA OBLICZA?


Spotykałyśmy się raz do roku, czasem dwa.
 Gdy nadszedł mój czas rozkwitu twórczego, po przeprowadzce na wieś, natychmiast pochwaliłam się w starej grupie znajomych.
Podeszła do mnie jedna z koleżanek i zapytała, czy nie namaluję jej obrazu pt. Góralka. Bardzo się ucieszyłam, bo każde zamówienie, podbija zawsze naszą wartość.
Ochoczo zabrałam się do pracy, wcześniej jednak sprawdziłam jak malowane były Góralki przez mistrzów, zwłaszcza przełomu XIX i XX wieku. Efektem mych zmagań był ten obrazek.


Gdy wysłałam MMS (ze względu na odległośc i dlatego, że nie ma komputera), to nie dość, że przez dwa tygodnie nie odpowiadała, bo podobno nie umiała go otworzyć, a potem powiedziała, że dziewczyna musi być młoda, zalotna i powinno jej być więcej widać. Przemalowałam.


Zadzwoniłam, że gotowe a ona pyta o wymiar. Podaję: 
-:40x50cm. 
- Och, to za wysokie o 2 cm. Musisz zrobić jeszcze raz, bo mam już ramę i twój obraz będzie za duży.(obrazu nie widziała).

Zamawiam NIETYPOWY blejtram , obijam płótnem, gruntuję, maluję.


pierwszy etap                                                                               



Dzwonię.
- Halo, jadę za dwa dni i mogę ci przywieźć namalowany obraz. Masz czas?
- Zaraz, zaraz, jaki to będzie dzień?
- Piątek.
- No, to muszę iść na targ. (chwila ciszy) Ale potem możemy się zobaczyć.
- Ja mam kawał drogi, więc nie będę o świcie, załatwię swoje sprawy i potem zadzwonię, to się umówimy.
- Dobrze.
- No to cześć.
- Cześć.
 (znajoma mieszka w okolicach Wielkiej Warszawy od południowej strony)
Rozmowa po dwóch dniach:.
 - Cześć, zgodnie z umową dzwonię bo jestem w Warszawie. 
( słyszę nieprzytomny głos, pomimo godziny 13-tej) 
 - halo, a jak jest?  Bardzo ciepło?
- nie, zupełnie przyjemnie.
- no, bo ja nie mam klimatyzacji!!!
- wiesz, ja TEŻ nie mam.
- ach, bo po powrocie z targu, byłam tak  zmęczona, że położyłam się spać. 
- Gdzie mam podjechać, żebyśmy się spotkały?
- A gdzie ty jesteś?
- Na Ochocie (to jedna z południowych dzielnic Warszawy)
- Nic mi to nie mówi.
- No, to mogę być zaraz w okolicach Żwirki i Wigury( arteria prowadząca na lotnisko)
- Też mi to nic nie mówi. ( od urodzenia mieszka kilka kilometrów od tego miejsca)
- no to proponuj gdzie się spotkamy.
- a gdzie jedziesz?
- co ci po tej informacji, skoro nie znasz Warszawy?
- dobrze, spotkajmy się na Dworcu Metra Wilanowska.
- ok. za godzinę.
Po godzinie w wyznaczonym miejscu spaceruję oglądając wystawy. Dzwoni komórka.
- Gdzie jesteś?
- w miejscu, gdzie nas umówiłaś. Przy wejściu do Metra.
- a ja jestem przy starym budynku od ulicy, właśnie przyjechałam..
- no to, ja za dwie minuty do ciebie dojdę.( Idę do niej, rozglądam się, ale koleżanki nie widzę, bo musi siedzieć w samochodzie) Bierze mnie cholera, bo nie znam jej samochodu. Nerwowo idę wzdłuż budynku i widzę że w jednym z wypasionych samochodów siedzi ktoś do mnie d…) Wylazła dopiero, jak doszłam do drzwi!!!!!! Pokazuję obraz.
- Ładna, ale dlaczego się tak błyszczy?
- bo świerza i malowana specjalną, starą techniką ( to akurat prawda).
- nie. Wszystkie obrazy, które kupowałam od..( tu wymienia nazwisko jakiegoś kompletnie nieznanego mi malarza) to wszystkie były matowe.
- ten też będzie matowy, ale póżniej. Gdybyś się przeszła po muzeach, to bys zobaczyła niektóre tak właśnie błyszczące.
Nie, ja nie lubię błyszczących. Jakimi ty malujesz farbami?
- olejnymi.
- no to kup takie zwykłe farby na ul. Mazowieckiej!
-właśnie tam kupuję, ale nie musisz mnie uczyć, bo ja się wystarczająco długo uczyłam. Weź ten obraz i we wrześniu, kiedy jest spotkanie to ja wezmę ze sobą materiały i w dziesięć minut, zrobię z tego mat.
- No nie, bo ja może przełożę ten obraz w owalną ramę, więc namaluj mi inny, bo ten ze skrzywioną głową nie może być. Masz tu zaliczkę. 
 Wyciąga trochę więcej niż połowa sumy i wręczając mi mówi:
-Więcej nie mam.
W tym momencie już wiedziałam, że szukała pretekstów, bo jechała z nastawieniem, że nie weźmie.
Gdybym nie lubiła malować palnęłabym robotę, ale ja ambitnie biorę się do pracy.
Przekładam płótno starej góralki na mniejszy blejtram. Zamalowuję znowu na biało i zaczynam od początku.






Wczoraj zadzwoniłam.
- czy będziesz na spotkaniu, bo wiozę obraz?
- nie wiem, jak będzie zimno, to nie, bo bardzo nie lubię zimna. Moze jeszcze będzie padać?
- Nie możesz się ciepło ubrać? Zresztą sama wiesz co masz zrobić i w co się ubrać. Ja pytam, czy mam jechać, bo muszę zrobić w tą i z powrotem 280km, więc jesli nie będziesz, to nie przyjadę.
- to nie jest pilne.
- ale ja nie wiem, kiedy będę samochodem w Warszawie, bo oddaję go w poniedziałek na dłużej do warsztatu. Chyba, że po niego przyjedziesz ty.
- To będę.
- świetnie. To do jutra.
Przez drogę nakręcałam się co powiem, gdy znowu zacznie wybrzydzać. Miałam przygotowane zdanie, że nawet, gdyby kupiła całe Muzeum Narodowe, to i tak nie zna się na sztuce. Itd, itd Jednak nie przewidziałam, że w połowie drogi zadzwoni komórka:
- halo, gdzie jesteś?
- w połowie drogi.
- bo ja nie przyjdę na spotkanie.
-???????
- halo? Jesteś?
- mogłaś zadzwonić wcześniej, To po co ja jadę?
- przecież nie powiedziałam, że MY się nie spotkamy.
- acha, dobrze, to jak sobie to wyobrazasz?
- no, ja jeszcze muszę umyć głowę i się wyszykować, bo jadę do siebie na wieś, na działkę( czytaj do posiadłości), a ty za ile będziesz?
- ja mam jeszcze ponad godzinę. To możesz przyjechać tam na parking, wyjdę do ciebie.
- nie wiem, nie chciałabym się tam pokazywać.
- to zdzwonimy się.
- dobrze.
Dojechałam nie spiesząc się na miejsce, dzwoniąc po drodze do znajomych, pytając, co się dzieje z umysłem naszej wspólnej koleżanki? Wszyscy zgodnie stwierdzili, że nieprzepracowana ani jedna godzina w życiu, źle wpłynęła na jej głowę.
Na parkingu wysiadłam z samochodu.Drrrrrrrrrrr..
- halo?
-gdzie jesteś?
- na parkingu.
-a ja w środku. To czekaj na mnie już wychodzę.

Dziesięć minut później byłam już bez obrazu, z pieniędzmi w garści. 
No nie powiem, chciała mi nie dopłacić stówy, ale nie dałam się.
Weszłam do środka, a kolega mówi: 
- była tu przed chwilą nasza znajoma i pytała o ciebie, a ja jej odpowiedziałem, że jesteś, tylko  w krzakach malujesz dla niej obraz! Uwierzyła, bo zapytała dokładnie gdzie, więc zacząłem się śmiać.

Przypuszczam, że jej świadomość, że inni znajomi wiedzieli o transakcji, zmieniła radykalnie moją pozycję, bo wszystko odbyło się bez żadnych komentarzy.


środa, 5 września 2012

POLE BITEWNE

Jakoś po macoszemu potraktowałam Pole Bitwy pod Mławą w Uniszkach Zawadzkich. To chyba ze zmęczenia i przejęcia. Wklejam linka ze strony MDK, gdzie w reporterskim skrócie pokazane są obydwie rekonstrukcje.
Wybuchy zostały fantastycznie widowiskowo przygotowane, wszystko było zgrane i świetnie komentowane obie rekonstrukcje. Warto je obejrzeć.
W galerii z Rekonstrukcji Bitwy jestem na ostatnim zdjęciu, ściskam naszego reżysera i scenarzystę Mariusza Tarnożka w podziękowaniu za jego ogromną pracę nad nami i widowiskiem
http://www.mdkmlawa.com/v_rekonstrukcja_bitwy_pod_mlawa.html
a to też skrótowo z Nalotu, tu jestem na dwunastym,
http://www.mdkmlawa.com/nalot_bombowy_na_mlawe.html

Zdjęcia są autorstwa Jerzego Michalaka i jeszcze kilka zdjęć Danusi Gastołek.

niedziela, 2 września 2012

NALOT PO RAZ PIĄTY - MŁAWA

Wszystkie umieszczone tutaj zdjęcia są wykonane przez Danusię Gastołek, której zawsze dziękuję, za udostępnienie ich.
próba generalna, sceny końcowe
 Ćwiczę pseudo- migowy sposób porozumiewania się.
To stanowisko pucybuta
To już po i po oklaskach i gratulacjach, Po lewej to ja

Ten tekst, tak bardzo osobisty dedykuję Jadzi-Stokrotce.

Długo przed tym, nim zapytano mnie kim chcę być na Rekonstrukcji, podjęłam decyzję, że będę   tam facetem.
 Poprzedni rok odgrywałam siebie - malarkę, ale tym razem chciałam sprawdzić zdolności aktorskie, czy je w ogóle mam. 
Kiedy pan Mariusz Tarnożek, reżyser i autor autor scenariusza  zapytał:
- Kto będzie pucybutem?  Pani Rodowicz zdaje się, chciała męską rolę? 
Ani chwili się nie zawahałam i odpowiedziałam :  - Tak, będę pucybutem. 

Od tego momentu byłam pucybutem.
Obejrzałem film dokumentalny o pucybucie, zobaczyłem co robi, jaki ma „sprzęt”, jak czyści te buty i jak się zachowuje. Dużo mnie to nauczyło.
 Powoli powstawała w mojej głowie malutka etiuda. Wiedziałem już, że 45 minut istnienia na scenie to niesamowicie długi okres czasu i trzeba wiedzieć co ze sobą zrobić.
Pomyślałem, że muszę być głucho-niemy, bo przecież damskiego, trzęsącego się głosiku nie mogę użyć. Ale co dalej?
Na filmiku zobaczyłem stare, biurowe krzesło na którym siadali ludzie autentycznego pucybuta  i to natchnęło mnie pomysłem.
Z tego powodu wnosiłem przedwojenne, stare krzesło dumnie na głowie.  Było tronem, więc ważne stało się też miejsce na którym stało, gdyż z niego musiał roztaczać się widok na cały rynek.
Ten kto tam siadał, musiał czuć się panem. Podkreślałem jego ważność  czyszcząc buty.
 Mój mały pomocnik to mądry chłopczyk. Opiekowałem się nim  i na szkołę dla niego zbierałem zarobione pieniądze. Już widziałem go idącego z książkami pod pachą.
 Byłem bardzo z niego dumny i wszystkim się nim chwaliłem. Jednocześnie, mały pomagał mi  i załatwiał codzienne sprawy.
 Kupował brakującą pastę, przynosił ze mną skrzyneczkę i stołeczek i był tłumaczem w trudnych rozmowach.
Pozwalałem mu jednak na zabawy z rówieśnikami i pobłażliwie patrzyłem jak kopie puszkę z innymi.
Gdy coś dziwnego stało się z ludźmi i stanęli, a właściwie zastygli z niepokoju, ja nie wiedziałem co się stało. Szarpałem małego dopytując co się dzieje?
A potem nalot!  A chłopak gdzieś się podział,  ja nie słyszę, ale ludzie szarpią mnie i przewracają na ziemię. 
–Gdzie on jest???!!! Nerwowo szukam, biegam po rynku! Panika!
Kolejny nalot, wybuchy i wtedy go widzę.. leży ranny i gdy rzucam się osłonić go sobą, on umiera.. Mój chłopak, dziecko..
Wyję, płaczę, nie zgadzam się z tym wyrokiem, nie chcę!
Biorę go. Taką bezwładną istotę i ciągnę na fotel.
 Policjanci i jacyś ludzie chcą mi pomóc, ale ja nie chcę pomocy . 
To moja jedyna i najbliższa osoba.  Miał iść do szkoły, był mądry! 
Muszę posadzić go na najważniejszym miejscu, sam, własnoręcznie. Na tronie. Tam wciągam to bezwładne ciało. 
Płacząc czyszczę mu buty, tylko to potrafię, jemu się należy… łkam i rozpaczam.  
Kobieta spostrzega, że zostałem na rynku, więc pomaga mi znieść trupa do ratusza.  

Niemcy po zawieszeniu swojej flagi ze swastyką na ratuszu,  wypędzają  stamtąd  pozostałych przy życiu ludzi. Znęcają się nad ciężarną, kpiąc z niej, a potem na skutek chęci pomocy przypadkowego mężczyzny, wyciągają jego małego synka z tłumu. Zabawiają się z dzieckiem, dając karabin do ręki , ale gdy ciężarna robi zamieszanie, chłopiec ucieka ..
Niemcy strzelają celnie. Do leżącego syna wyrywa się matka ..i ona pada po strzale. 
Scena znoszenia dziecka przez ocalałego ojca należy do najbardziej przejmujących z wszystkich inscenizacji, które oglądałam.

Wydawało mi się, że już jestem otrzaskana ze scenami śmierci, rozpaczy, wojny.
 Nie. Nie jestem otrzaskana, to ZAWSZE jest ogromnym przeżyciem.

Wróciłam do domu, przywitałam się tylko z psami, bo A. wyjechał na kilka dni.
Zajrzałam do Internetu, chciałam zobaczyć jak zostało to wszystko pokazane na filmiku, ale zapis się nie otwiera.
Zmęczona, spłakana położyłam się spać.  Po godzinie obudziło mnie szczekanie psów, które spały mi w nogach, wykorzystując nieobecność A.  Zrugałam je ostro, zakryłam się na głowę i znowu zasnęłam. 
Tym razem poczułam czyjąś obecność, jednak nie widziałam twarzy. Wiem, że był to jakiś pan, otworzyłam oczy, bo psy zaczęły znowu szczekać. 
Zakryłam się całkiem, nie mogłam zasnąć, ale w końcu zasnęłam. 
Kolejny raz obudziłam się, bo poczułam szarpnięcie z rękaw. Koło łóżka stała para w średnim wieku, oboje mieli zamazane twarze, tak jak pokazuje się winnych w telewizji.  Zrobiło mi się nieswojo i natychmiast sobie przypomniałam, że duchom trzeba pomóc odejść.
 Przeżegnałam się i odmówiłam za nich Wieczny Odpoczynek. Odeszli.
Zapaliłam światło, wstałam i wypiłam szklankę leczniczego wina mniszkowego, wiedząc, że tym razem już nie zasnę bez pomocy znieczulenia. 
Psy szczekały w pokoju jeszcze trzy razy. 
Zasnęłam o trzeciej nad ranem i o mały włos nie zaspałam na kolejną rekonstrukcję na Polu Bitwy.
Siedząc tam pod trybuną i obserwując zmagania wojsk i kolejne dramatyczne natarcia i naloty zdałam sobie sprawę, że to co jest największą naszą wartością: ŻYCIE, tam na tych łąkach było celem wszystkich dział, karabinów, czołgów i samolotów.
 Nigdy nie pojmę sensu wojny.
Mój pomocnik

Wejście z tronem na głowie
Pewnie chwalę się pomocnikiem
.

scenki z codziennego życia





LIINKI DO REPORTAŻY

Tutaj z próby generalnej
.http://www.xn--portalmawa-g0b.pl/1143-proba-generalna-przed-rekonstrukcja-nalotu-bombowego-na-mlawe-obejrzyj-zdjecia.html

A tu z rekonstrukcji. Dla ułatwienia dodam, że na drugiej stronie zdjęć ten siedzący na krześle pucybut to ja a obok stoi mój pomocnik-wychowanek.
 http://kuriermlawski.pl/34837-120628,Nalot-bombowy-na-Mlawe-2012-teatr-zywy-na-ulicy-Zagraly-emocje,861034.html?

Wszystko opiszę i dodam swoje zdjęcia w poniedziałek, gdy ochłonę z emocji. 

Dzisiaj dodaję jeszcze link do postu Stokrotki, która była w tym dniu najważniejszym i najmilszym dla mnie gościem i opisała to, co widziała. Przeczytajcie koniecznie, proszę.
http://prawiewszystkiemojepodroze.blog.onet.pl/7977465,492419385,8,200,200,9354709,91890042,492419385,forum.html

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

REKONSTRUKCJA NALOT BOMBOWY NA MŁAWĘ


Kochani, oddałam wnusia i rzuciłam się w wir przygotowań do mławskiej rekonstrukcji.
Wklejam oficjalne informacje podane w prasie.

Nalot bombowy na Mławę w Internecie
Kto nie może uczestniczyć w inscenizacji nalotu bombowego na Mławę, a chce zobaczyć widowisko będzie taką możliwość dzięki transmisji on-line na stronie internetowej www.bitwa1939.mlawa.pl. Oficjalne uroczystości 73. rocznicy wybuchu II wojny światowej oraz inscenizacja nalotu bombowego na Mławę - teatralne widowisko uliczne, w piątek 31 sierpnia od godz. 17.00 będą transmitowane w czasie rzeczywistym na bitewnej stronie internetowej. Materiał będzie dostępny dla internautów przez około tydzień. 
PROGRAM UROCZYSTOŚCI 73. ROCZNICY BITWY POD MŁAWĄ
31 sierpnia 2012 r. (piątek)
Centrum Miasta Mława
od 10.00 - Piknik militarny
od godz. 17.00 – Oficjalne uroczystości 73. rocznicy wybuchu II wojny światowej
Przyjęcie meldunku Przemówienia okolicznościowe Apel Pamięci Modlitwa za zmarłych Salwa Honorowa Defilada pododdziałów
- Inscenizacja nalotu bombowego na Mławę - teatr żywy na ulicy – widowisko plenerowe
- Zapalenie symbolicznych zniczy w parku miejskim oraz w miejscach pamięci ofiar II wojny światowej w Mławie
- koncert na Estradzie w Parku Miejskim
 1 września 2012 r. (sobota)
Pole Bitwy pod Mławą, Uniszki Zawadzkie
od godz. 10.00 – Piknik militarny, występ zespołu NPWM
godz. 15.00 - Widowisko Historyczne - Rekonstrukcja Bitwy Pod Mławą
Pomnik Piechura, Uniszki Zawadzkie przy trasie Nr 7
godz. 18.00 - Złożenie kwiatów pod Mauzoleum Żołnierzy Września Zapalenie 864 zniczy pod Pomnikiem Piechura upamiętniających ofiary Bitwy pod Mławą



poniedziałek, 13 sierpnia 2012

KIEDYŚ W KROŚNIEWICZANACH cz 13



Słońce nie zwracając uwagi na smutną uroczystość świeciło mocno i dzień zapowiadał się pogodny.
W Krośniewiczanach, od świtu trwały przygotowania do stypy. Wyglądało na to, że przyjedzie kilka znajomych rodzin i sąsiadów z okolicznych majątków. Jednak ani pan Krzywicki, ani Aleks, ani cała rodzina Anny nie zostali zawiadomieni. Annie było przykro  z tego powodu, tym bardziej, że panią Krzywicką bardzo ceniła i lubiła. Czuła się zagubiona i bezbronna, jednak potrzeba objęcia kierownictwa nad służbą tego dnia odwróciła jej uwagę od wspomnień i obaw. Nata zajmowała się przyjezdnymi i Karol bardzo jej w tym pomagał. Był dowcipny, uroczy i świetnie zabawiał nadjeżdżających wciąż nowych gości.
Anna zajęta wydawaniem dyspozycji nie orientowała się dokładnie kto kiedy przyjechał. 
Czas nieubłaganie pędził i stwierdziła, że ma tylko pół godziny, aby przygotować się do drogi, bo inaczej zostanie we dworze. 
Pobiegła do swojego pokoiku i szybciutko szykowała się na żałobną uroczystość. Była już prawie gotowa, wyjrzała przez okno, aby zobaczyć, czy już podjeżdżają powozy, ale jej uwagę przyciągnął młodzieniec, który wydał jej się tak bardzo podobny do Złotowłosego!
Zamarła. Serce tłukło jej się w piersi jak oszalałe, nie mogła się ruszyć pomimo świadomości, że to tylko złudne wrażenie. 
Musiała chwilę odczekać, bo nogi odmawiały jej posłuszeństwa. O mało się nie spóźniła, wybiegła w ostatniej chwili i wsiadła do bryczki w której siedziała część służby jadąca na mszę.
Anna cieszyła się, że do kościoła jechało się prawie godzinę, miała czas na opanowanie drżenia rąk i bicia serca. Udając że się modli powtarzała w myśli zdanie: - Muszę być spokojna i dzielna w imię mojej miłości!
Pod kościołem już spokojnie wysiadła i patrząc pod nogi dotarła do bocznych ławek. Tam w półcieniu zasłuchała się w organy i głos proboszcza grzmiący z kazalnicy. 
Całą łacińską mszę znała na pamięć i lubiła pod nosem wtórować księdzu, ale dzisiaj wszystko jej się myliło i musiała poprzestać na słuchaniu.
Szybko jednak wyłączyła się i zamyśliła nad skomplikowaną sytuacją, ale gdy klęczała przy podniesieniu, doznała olśnienia, że przecież ksiądz musi wiedzieć więcej od innych i że ona pierwsze kroki skieruje właśnie do niego. Ta myśl kojąco wpłynęła na jej duszę.
Kościół był pełen, gdy zabrzmiała pieśn końcowa i wszyscy zaintonowali ją wraz z organistą o pięknym barytonie Anna pomyślała, że tak muszą brzmieć chóry anielskie!
W tłumie wybijał się też piękny, czysty i donośny głos Naty.
- Chociaż to jedno - piękny pogrzeb otrzymała pani Krzywicka. Teraz osądzać ją już tylko może sam Bóg w Niebiesiech – myślała Anna ze wzruszeniem.
Goście wracali na stypę.  
Anna stała ze spuszczoną głową, starała się nie rozglądać, aby znowu nie wpaść w histerię. Nie miała pojęcia, kto to jest taki łudząco podobny do Złotowłosego, ale nie chciała dociekać prawdy, bojąc się kolejnych rozczarowań. Tym razem też skorzystała z bryczki dla służby.
Korowód bryczek, dwukółek, land i powozów niespiesznie dojeżdżał o Krosniewiczan.
Nata z Karolem witali wszystkich w progu salonu.
 Wyglądali razem fantastycznie. Ona smukła, wyniosła i posągowa, on niski, grubawy, jowialny, dowcipny – zestawienie całkowitych przeciwności, ostro widoczne, gdy tak stali obok siebie.
Wytworny kostium sprowadzony z Paryża świetnie leżący na Nacie zwracał uwagę przybyłych kobiet, zaś inteligencja Karola i jego poczucie humoru wprawiało panów w słuszne kompleksy.
Stół w jadalni został skromnie, ale elegancko nakryty na dwadzieścia dwie osoby. Przy każdym nakryciu stał maleńki kryształowy kieliszek z fioletowym astrem. Obok talerzyków leżały w srebrnych opaskach białe lniane serwetki z wyhaftowanym liliowym monogramem państwa Krzywickich i bzem na narożnikach. Porcelanowy serwis z fiołkami na brzegach, rozstawiony był dokładnie w równych odległościach a przy talerzach równiutko, jak w wojsku położone były błyszczące, srebrne sztućce. Na bocznych stolikach stały w jasnych wazonach astry w różnych odcieniach fioletu, co z białymi muślinowymi firankami i białymi meblami stanowiło piękną, estetyczną całość.
Jadalnia przedstawiała wygląd elegancji i smaku i była dziełem stworzonym przez Natę.
Po chwili wszyscy siedzieli na swoich miejscach na które kierowała ich gospodyni. 
Anna usiadła przy pani Rajgrodzkiej, którą pamiętała z dawnych lat. Nie lubiła jej bo wtedy wydawała się być zbyt bezpośrednia i głośna, ale teraz nie miało to żadnego znaczenia. Drugie krzesło z lewej strony pozostawało puste, choć Anna zajęta rozmową, wcale na to nie zwróciła uwagi.
- Już dawno powinien być podany bulion!- stwierdziła Anna, gdy omówiła już z panią Rajgrodzką spotkanie sprzed lat.
 Goście zajęci rozmowami, dyskretnie rozglądali się oczekując poczęstunku.
Anna, przeprosiła panią Rajgrodzką, wstała i pośpiesznie ruszyła do kuchni.

sobota, 11 sierpnia 2012

PRZEOCZONY ARTYKUŁ

Natychmiast po spotkaniu literackim w Bibliotece Miejskiej w Mławie, wyjechałam do Warszawy i przeoczyłam artykuł, który ukazał się trzy dni później w Gazecie Mławskiej.
 Nie mogę sobie odmówić przyjemności pokazania go tutaj. Daję obrazek całej strony i niżej duże powiększenie, aby można było przeczytać tekst.

Ostatni tydzień też byłam w Warszawie i przywiozłam małego Stasia na dwa tygodnie. Wybaczcie więc, że kuleję z blogiem, pewnie już tak będzie do końca wakacji. Jak znajdę chwilkę, może wrzucę coś, ale nie obiecuję. Przepraszam. 





piątek, 3 sierpnia 2012

KIEDYŚ W KROŚNIEWICZANACH cz 12


W ręku trzymała piękną haftowaną sakiewkę. Na froncie widniał herb Nałęcz, czyli nałęczka-przewiązany szal, a poniżej inicjały kunsztownie wyhaftowane jedwabną nitką: 
T D. Nie, to nie była jedwabna nitka to były różne odcienie włosów. Zaskoczyło ją to odkrycie.
 Wpatrywała się z zachwytem, ale po namyśle schowała sakiewkę do kieszeni nie sprawdzając jej zawartości. 
Wstała i wyszła z pomieszczenia myśląc jeszcze o ukochanym, który tu kiedyś był.
 Jeszcze raz dotknęła woreczka w kieszeni i poczuła, że on zostawił dla niej ślad, że wiedział o jej powrocie.
Jakie to szczęście, że została we dworze. Nie wiedzieć czemu zabrała tutaj ze sobą ciemno- szarą, prawie czarną suknię idealną na ubranie do domu żałoby.
Poszła w stronę stajni, ale w ostatniej chwili rozmyśliła się i zawróciła do dworu.
Chciała czym prędzej zajrzeć do sakiewki. Ostanie metry biegła, a gdy wreszcie zamknęła drzwi swojego pokoju, wysunęła rękę z kieszeni i otworzyła ściśniętą mocno dłoń ze znaleziskiem. Położyła ją na łóżku, jakby ważne było miękkie podłoże.
 Rozwiązała drżącymi palcami mocno zasupłany sznureczek i z jeszcze większym nabożeństwem wyciągnęła złożony na czworo papier. Delikatnie rozkładała go, głaszcząc zagniecenia. Jej oczom ukazał się dziwny napis, pisany łaciną i podpis Konrad Dolibski i Mieczysław Dolibski, obok data sprzed pięciu lat.
 Ale, gdy uważniej się przyjrzała, dostrzegła trochę wyżej jeszcze jeden podpis, mało czytelny, bo bardzo spłowiały i obok datę sprzed 80 lat. Nic z tego nie mogła zrozumieć i nie miała pojęcia co oznacza łacińskie przesłanie, tak ważne, że potwierdzone jeszcze raz innymi podpisami. 
Znalazła w sekretarzyku przybory do pisania i papier listowy, usiadła i wiernie spisała tekst i daty. Złożyła znalezisko, włożyła do woreczka, ale poczuła jeszcze coś. Na samym dnie zawinięty w kawałek materiału tkwił piękny sygnet z wyrżniętym w krwawniku herbem.
 Anna trzymała w ręku ważny przedmiot dla rodziny o herbie Nałęcz i uświadomiła sobie, że trzeba będzie ich odszukać, aby to oddać.
Kompletnie nie wiedziała jak się do tego szukania zabrać. Usiłowała sobie przypomnieć jak mógł mieć na imię jej ukochany. Nie miała okazji spytac go o to, bo albo był tak cierpiący, albo milczący by nie prowokować losu w krótkich chwilach bez bólu. Na końcu stale był nieprzytomny, więc nie miała kiedy pytać jak się nazywa. Wtedy nie to było ważne, wtedy ważniejsze były opatrunki, leki, zdobywanie miejsca na nocleg i łagodzenie wciąż narastającego w nim bólu. 
Pamięta, że na początku, jego kompan zwrócił się do niego: panie Dolibski... tak! 
Panie Dolibski! Panie Dolibski! – już na głos w zachwycie powtarzała dziewczyna.
 Do tej pory w myślach nazywała go Złotowłosy. Mój Złotowłosy!! Jak ma teraz myśleć? Złotowłosy Dolibski?  Mój?
To już nie będzie mój - z żalem myślała, bo jego tajemniczość dodawała ciepła do wszystkich jej uczuć, bo była bezpieczna w świecie dla nikogo niedostępnym. 
Teraz, gdy nie będzie anonimowy wszystko się zmieni. Nie chciała oddawać nikomu tych skrytych marzeń. Jednak odszukanie właścicieli dokumentu i sygnetu było dla niej oczywiste. 
Z jednej strony ciekawa była jego rodziny, z drugiej wszystko stawało się od razu takie banalne.
Nie wiedziała, ile czasu siedziała rozmyślając nad znaleziskiem. Wzdrygnęła się, gdy usłyszała pod oknem Natę i jej męża.
Tydzień do pogrzebu pani Krzywickiej minął im na przeglądaniu dokumentów skrupulatnie poskładanych przez gospodynię. Wynikało z nich, że właściciele ledwie, ledwie wiązali koniec z końcem, pomimo dużych zysków z cukrowni i rolniczych upraw zbóż, lnu i buraków. 
Nata ani chwili nie zastanawiała się nad ekonomia, ale Anna zaintrygowana była tą sprzecznością. Zastanawiała się, kto tak zaburzył dochodową gospodarkę, pan Krzywicki czy Aleks, czy jeszcze coś o czym nie wiedzą do tej pory. 
Nata skupiona była na poszukiwaniach swojego aktu urodzenia, którego nie było w dniu jej ślubu. Ksiądz znał ich od zawsze i pamiętał o tym, że ją chrzcił, więc udało się bez papierka. Teraz Nata przyjechała po dokument, bo konieczny był do papierów wyjazdowych. 
W kościele zaginęła ta jedna jedyna księga z okresu od 15 lutego do 28 marca roku jej urodzin. Nata liczyła na to, że gdzieś znajdzie ten pierwszy oryginalny akt, upchnięty razem z innymi dokumentami.
 Przeliczyła się bardzo. Każdego następnego dnia mina jej robiła się coraz bardziej zniechęcona i smutna. W dniu pogrzebu była tak rozwścieczona, że lepiej było schodzić jej z drogi. Nie zajmowała się wcale sprawami pogrzebu, ale na szczęście w tym wyręczał ją mąż.
Anna zaś dyskretnie szukała śladów o Aleksie, ale i ten temat był ukryty starannie przed okiem przeszukującym papiery.
Bardzo chciały wysłać zawiadomienie do pana Krzywickiego, niestety znalazły od niego tylko jedną kartkę pocztową wysłaną z Wiednia w której dziękował żonie za coś, co nie było ujawnione. Na niej nie było żadnego adresu.
Więcej śladu po nim nie było. Umówiły się z Natą, że gdy Anna pojedzie na poszukiwania siostry i rodziny do Wiednia to  popyta o pana Krzywickiego.
Nadszedł dzień pogrzebu.