Obserwatorzy

piątek, 26 października 2012

MORZE MOŻE SKOŃCZONE

Dzisiaj wysyłam aż dwa posty. Tyle miłych słów w ostatnim czasie uskrzydliło mnie niesamowicie i usiadłam i skończyłam (?) obraz widoczny w tle na spotkaniu szkolnym. Wcześniej nie wiedziałam w którą stronę go przemalować, ale dzisiaj mnie naszła myśl! Mam nadzieję, że się spodoba. Nie wiem, czy nie wykorzystam go przez chwilę w grudniu, na wystawie w galerii mławskiej. 
( a jednak dzisiaj jeszcze odrobinkę poprawiłam i jadę oddać bo nigdy nie skończę!)

WERNISAŻ PRZEDSZKOLNY






A na koniec ja dostałam OBRAZ od dzieci. 
                                                                                                            






 Po miłym powitaniu i wyjaśnieniu co to jest wernisaż i po co się go robi, wręczałam dyplomy przygotowane wcześniej przez   Przedszkole.  Na początku był uścisk ręki, ale szybko przeszłam na przybicie piątki. W końcu rozmawialiśmy jak równy z równym, sami artyści. Odświętne ubranka dodawały wagi  tak bardzo pięknie przygotowanej wystawie. Były też i występy z tańcami, śpiewem. Na koniec pożegnanie i.....ja dostałam piękny obraz malowany przez dzieci, wraz z podziękowaniem na piśmie od Przedszkola. Na deser ( bo musiałam odmówić zjedzenia i tym razem obiadu z dziećmi), pani dyrektor poczęstowała mnie tak pyszną szarlotką z orzechami, jakiej jeszcze w życiu nie jadłam. To wypiek pani kucharki. Kłaniam się jej nisko. A dyrekcję przedszkola wraz z całym zespołem stawiam za przykład mądrego pokazywania dzieciom dobrego wychowania, kultury i miłej zabawy.
i bardzo eleganckim wyglądem
Dzieci zaskoczyły mnie pięknymi pracami

czwartek, 25 października 2012

DZISIAJ Z UCZNIAMI

Zanim opiszę dokładnie przepiękny, przedszkolny wernisaż, opowiem o dzisiejszym spotkaniu w szkole.
 Po wysłuchaniu mojej twórczości na Wieczorze Literackim w Miejskiej Bibliotece,  jedna z Pań bibliotekarek zapowiedziała mi, że zaprosi mnie na spotkanie z uczniami do swojej szkoły. Właśnie na dzisiaj ustaliłyśmy termin tego spotkania.
Zawiozłam szkice, portrety, pejzaże i wzięłam pod pachę książkę mamy i własną twórczość
.Na wstępie zostałam pięknie przedstawiona, na końcu otrzymałam wiśniowe, przecudne róże i eleganckie podziękowanie! (Boże nie dopuść, aby przewróciło mi się w głowie!!!!)
Miejsce spotkania podpowiedziało mi kolejność i wagę omawianych spraw.
Opowiedziałam o książce mamy, przeczytałam niewielki fragment i płynnie przeszłam do swojej twórczości. Skupione twarze dzieci sprawiły, że nie zorientowałam się w upływającym czasie. Przeczytałam króciutkie opowiadanie o sowie i dłuższe o moich przeżyciach z ostatniej rekonstrukcji. Już kończę czytać, gdy nagle rozlega się drrrrrrrrrrrrrrr…dzwonek! 
- och, dzwonek,- podniosłam pytający wzrok na opiekunkę,-czyli już mam kończyć? 
Opiekunka kiwnęła głową, ale dzieci ani drgną.
 – Proszę pani, proszę czytać dalej!
Ani jedno dziecko nie ruszyło z miejsca, siedziały w skupieniu oczekując zakończenia!!!!!!!!!!
Przeczytałam i dopiero wtedy wzruszenie mną targnęło, gdyż pamiętam przecież jak dźwięk dzwonka powodował natychmiastową reakcję i związany z tym hałas odsuwanych krzeseł.
Nie było czasu na pytania od dzieci, które chciały jeszcze choć chwilę ze mną pobyć. Chłopcy rzucili się do pomocy wynoszenia mi sprzętu do samochodu, inni obiecywali zapisać się do kółka plastycznego w MDK.
Ale nie może być aż tak piękne i to z mojego własnego powodu. 
 Wczoraj  planując spotkanie z uczniami, pomyślałam sobie, że powinnam napisać jakiś zabawny wierszyk po to, aby były i te lekkie momenty. Usiadłam i napisałam. Tylko, że zaspałam i nie wydrukowałam i NIE PRZECZYTAŁAM. 
MOJA MAGIA
Gdy deszcz pada
 i w butach chlupie
idę do kompa
  i mam resztę w d…!
   Na małym ekranie
   Jak za sprawą różdżki
Pędzel  wydostanie
różne piękne muszki
   i ptaszki i konia, 
co bryka i jednego psa.
Bo  ekran mnie wciąga,
Bo ekran to gra.
 Bo gra na ekranie
dla mnie polega
na tym, że panie
piesek i  ich kolega
 powstają w mej  myśli
i na tablecie,
który przyjmuje 
to, co mi się plecie.


- Zrób i moim!  I moim, dam na fejs!
- Proszę pani, to kładka na Wólce! Prawda?
- Tak, oczywiście!
- O, kładka z tym drzewem, na Wólce, w Krajewie!
- Proszę pani, ja mam portret, który pani mi zrobiła na Wyciągamy Dzieci z Bramy!
- A ja brałem z panią udział w rekonstrukcji!


http://www.mlawa.pl/z-zycia-szkol-i-przedszkoli/zpo1-spotkanie-z-malarka-joanna-rodowicz.html



wtorek, 23 października 2012

JESIENNY PEJZAŻ CZĘŚĆ FOTO


Dzień dobry dzieci, jakie są kolory jesieni? Wiecie?


Tyle czasu byłam grzeczna, a tu jeszcze pozowanie!


Jeszcze tylko wpis do Księgi Pamiątkowej.

To drugi obrazek malowany z dziećmi.

A to bukiet od Przedszkola po
DWÓCH TYGODNIACH

środa, 10 października 2012

JESIENNY PEJZAŻ


Dni jak pogoda, jedne są piękne a potem cały tydzień deszcz. Na szczęście wczorajszy dzień rozpoczęłam i zakończyłam w ciekawy sposób.
Zacznę od wieczornego zakończenia. Napisałam pierwszy raz w życiu wiersz, zmobilizowana tematem konkursu. Bardzo przejęta przeczytałam  wiersz przez telefon mojej siostrze. Skończyłam czytać a w słuchawce cisza..
- skończyłam. Jak ci się podobało? zapytałam zaniepokojona.
- Nie mogę mówić! Jest piękny!  - połykając łzy, odpowiedziała mi siostra – piękny, przepiękny!
……..
A teraz początek dnia.
Miałam umówione spotkanie z przedszkolakami w ramach ich programu wychowawczego pod hasłem „ Spotkanie z malarką.  Temat - pejzaż jesienny”.
Pani, przez telefon, szczegółowo omówiła za mną wszystkie działania, czego po mnie oczekują i wydawać by się mogło, że świadoma wszystkiego mogłam się przygotować. 
Jednej rzeczy tylko nie brałam pod uwagę, że przed wyjściem pokłócę się z A. i że moje myślenie będzie bardzo upośledzone.
Wylądowałam w przedszkolu, gdzie pierwsza pojawiała się grupa 60-ciu  pięcio i sześciolatków.
Przedszkole nr 4 w Mławie jest przedszkolem integracyjnym, mimo to są bardzo duże grupy dzieci.
Wyjęłam duży blejtram 80 x 50 cm i wyjrzawszy za okno zobaczyłam jesienną, już wyżółconą brzozę a pod nią na tle zielonych tui, popiersie ich patronki Ewy Szelburg-Zarębiny.
Objaśniwszy co potrzebuje malarz do swojej pracy, która równocześnie jest wielką  przyjemnością, ustaliłam z dziećmi jakie będziemy używać kolory farb. Wzięłam paletę, pędzle i namalowałam widok zza okna.  Na koniec na kolanie pożyczywszy od dzieci ołówek i kartkę naszkicowałam portrecik dziewczynki.
Nie przewidziałam, że nie pozwolą mi zabrać obrazu i że będą chcieli go powiesić i że nie będę miała na czym malować z drugą grupą. 
Głupio planowałam zetrzeć obraz i na tym samym płótnie malować dla drugiej grupy.
Chyba przez przypadek, albo podświadomość wzięłam taki malutki blejtram 30 x 40 cm. Brałam go po to, aby w razie potrzeby namalować na nim pojedynczy jesienny liść.
Przeraziłam się bardzo, bo zostałam z tym malutkim płótnem. Trudno, trzeba mocniej użyć mózgownicy!
 Pani konspiracyjnie tłumaczyła mi, że nie jest to komfortowa sytuacja, bo jedni będą mieli duży
obrazek a tamci….
Moje komórki z szarych zrobiły się pewnie czerwone z przeciążenia.
Pojawiła się kolejna grupa 60 dzieciaczków w wieku 3-4 latka.
Troszkę inaczej trzeba prowadzić spotkanie, prościej i ciekawiej - pomyślałam. 
- Widok jesienny można namalować w postaci jednego listka, całego drzewa, krzaków, lasu, parku a nawet całego miasta. Co dzieci by chciały mieć na obrazku?- pytam
- CAAAłee miastOO!!! Odzywa się grupa.
-O kurka wodna! Sama sobie kretyńsko szykuję stryczek idąc na żywioł - przeklinałm swoją spontaniczność.
Wzięłam pędzel i leciutkimi kreskami malowałam mówiąc: - dobrze, to namalujemy nasz ratusz, obok ratusza kościół i chodnik koło nich. Żeby była prawdziwa jesień, to zmienimy bloki wokół na park. Za ratuszem są drzewa a przed nimi krzewy. 
Ustaliliśmy wcześniej,że kolor niebieski nie jest charakterystyczny dla jesieni, ale zawsze pojawia się na niebie i w odbiciu w wodzie.
Namalowałam więc niebo, malutki ratusz i obok kościół, a potem poprosiłam panie o pomoc, aby podchodziły do mnie po kolei dzieci, które pomogą mi namalować jesień. 
Ustawiono kolejkę. Dziecko podchodziło, dawałam mu do ręki pędzel wcześniej umoczony w farbie olejnej i chwytając za koniuszek pędzla prowadziłam po płótnie. Każde robiło tylko jedną plamę koloru. Gdy skończyliśmy okazało się że wyszedł tak piękny obrazek, że sama ze zdumienia nie mogę wyjść! Za tydzień dostanę zdjęcia i je tutaj umieszczę. 
WSZYSCY byli bardzo zadowoleni.  Wręczono mi fantastyczny, kolorowy, wielki bukiet kwiatów razem z podziękowaniami  (oprócz zapłaty ).
Poczęstowano mnie jeszcze obiadem, który zjadłam razem z grupą średniaków. Był pyszny.
Co tu dużo mówić, towarzystwo w którym jemy zawsze wpływa na smak potraw.

czwartek, 4 października 2012

URROCZYSTE PODSUMOWANIE SIERPNIOWEJ INSCENIZACJI

Jest taki zwyczaj uroczystego podsumowania inscenizacji sierpniowej Nalotu Bombowego na Mławę i Bitwy pod Mławą.  W tym roku odbyło się to w poniedziałek. Niestety tylko my, stara gwardia w ilości OSÓB TRZECH przyszliśmy na tą uroczystość w ubraniach z epoki. Reszta nie wiedziała, że to piękny zwyczaj i pretekst do stworzenia mocnej społeczności rekonstruktorów. Komentarz prowadzącej spotkanie nie był dla nas pochlebny, nie wiem dlaczego. Jednak gdy pojawiliśmy się na scenie natychmiast poproszono nas na środek, aby 
dziennikarze mieli możliwość porobić zdjęcia. Jestem na czterech ostatnich zdjęciach, w  jasnym kostiumie z różowym toczkiem na głowie. I nim się kłaniam wszystkim odwiedzającym mnie tu.
http://www.naszamlawa.pl/bitwa-bedzie-kontynuowana-chca-nakrecic-film-fabularny-8222mlawa-to-slawa-i-tak-ma-byc8221,news,4117,aktualnosci.html#
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

 Poruszę jeszcze moje ostatnie przygody autobusowe.
Po raz drugi w niedługim czasie, kiedy wracałam z Warszawy autobusem specjalnie wypatrzonym tak, aby logistyka moich wycieczek płynnie wplatała mnie w wytyczone zadania, zdarzyła się ta sama sytuacja.
 Wpadam na Dworzec i pędzę do kasy, proszę o bilet na godzinę...!
 - Nie, proszę pani takiego autobusu dzisiaj nie ma.
Tak właśnie się zdarzyło, gdy przyszłam o godzinie dwudziestej drugiej na Dworzec Zachodni w Warszawie.
- jak to się stało, że nie ma?-pytam
- nie zauważyła pani w swoim rozkładzie, że przy tej pozycji jest mały plusik? Oznacza to, że kursuje on tylko w niedzielę.
- o której mam następny? pytam kompletnie zaskoczona.
- Następny jest o godzinie zero minut dziesięć. Proszę sprawdzić może będzie jakiś pociąg i uważać, bo po jedenastej zamykają cały Dworzec. Koło ochrony jest taka mała nocna poczekalnia.
Tyle dowiedziałam się od kasjerki, którą już potem zamęczałam głupimi pytaniami.
Sytuacja nie była wesoła, bo A. musiał po mnie wyjechać te osiem kilometrów do Mławy. Wracałam tego wieczora, bo on wybierał się świtem w daleką podróż i  trudno, żeby wcale nie spał tej nocy.
Jak zawsze miałam ciężką torbę, ruszyłam z nią kilometrowymi podziemnymi labiryntami dworcowymi do nocnej kasy kolejowej. Nie, nie miałam żadnego połączenia przed świtem. Wróciłam z powrotem na Dworzec autobusowy, do kasy kupić bilet. Potem ruszyłam w poszukiwaniu lokalizacji nocnej poczekalni, ale tam dowiedziałam się, że za dziesięć dziesiąta nie mam prawa, aby przysiąść w tym miejscu na ławce. Takie prawo nabywa się dopiero piętnaście po jedenastej. Powędrowałam więc z torbą do głównej poczekalni. 
Publiczność dworcowa nocna zasadniczo różni się od dziennej. Jest jakaś bardziej śmierdząca, bardziej pijana i bardziej mnie przeraża.
 Po jakimś czasie przysiadła się do mnie niemłoda już Ukrainka pytając o jakieś wskazówki. Powiedziałam jej co i jak, bo całkiem dobrze poznałam już topografię  tego miejsca.
 Kobiecina z wdzięczności zaczęła mi się skarżyć, że właśnie przyjechała z Wilna, gdzie pochowała matkę i musi się przesiąść na lwowski autobus. Na ten przed półgodziną nie zdążyła i będzie czekała do rana do godziny dziewiątej. 
Mówiła po ukraińsku i sprawiła mi tym przyjemność, bo ogromnie lubię słuchać melodii tego języka, ale trudno mi było odpowiadać w łamańcu rosyjsko-ukraińskim. Przekazałam jej wszystko co wiedziałam na temat nocnej poczekalni i w odpowiednim czasie wyekspediowałam ją i siebie na miejsce. Pocieszałam się myślą, że moja wycieczka niedługo się skończy, nie tak jak Ukraince.
Do domu dotarłam o drugiej trzydzieści.
Od tego czasu głowię się nad jednym zagadnieniem.
 Gdy przyjeżdża jakiś nocny autobus, to czasami ludzie muszą gdzieś poczekać. Nie ma takiej możliwości, aby znaleźć wtedy  tą poczekalnię. Wszystkie drzwi są zamknięte na głucho.
 Ja miałam ogromny problem z WYJŚCIEM! Wychodzi się przez boczny otwarty barek. Jednak jego działalność nocna jest kompletnie zamaskowana. Ktoś, kto nie pierwszy raz tamtędy przechodził, naciskał klamki dwojga innych sąsiednich drzwi zanim trafił na właściwe. W środku trzeba jeszcze zrobić zawijas, aby trafić za pomocą własnego azymutu, do wyjścia na perony.

Na dworcu przesiedziałam tylko dwie i pół godziny a ile w tym czasie miałam wrażeń, ile się dowiedziałam, ile poczyniłam nowych obserwacji! Tylko nie wiem po co.

środa, 3 października 2012

WERNISAŻ W MUZEUM

Ledwie zdążyłam dojechać na dzisiejszy wernisaż w Muzeum Ziemi Zawkrzeńskiej, gdzie spotkała mnie miła niespodzianka. Znałam temat wystawy: Malarstwo Polskie i Obce w Hafcie  
Krzyżykowym. Od dawna słyszałam, że w naszym Związku Twórców są hafciarki, jednak nie widziałam ich prac "na żywo", tylko na zdjęciach. Nie miałam żadnego poglądu na ich twórczość. To co zobaczyłam dzisiaj w sali wystawowej, zaszokowało mnie poziomem artystycznym, mrówczą pracą i pięknym przesłaniem samym w sobie. Żadne zdjęcie tego nie odda. Wystawę stworzyły prace sześciu pań. Różny jest poziom prac i różna jest tematyka.
Pokazuję tylko jeden z kilku najpiękniejszych obrazów haftowanych krzyżykami. Reszta w linku


Przemalowuję wciąż swój obraz. Chciałam zlikwidować pierwszy plan, ale poszłam dalej. W efekcie cały obraz do zmiany, głównie zasadniczy temat domku na wyspie. Mam jednak satysfakcję: wielka woda namalowana i jestem z niej zadowolona, resztę namaluję od początku.


Jednak całość po przemalowaniu straciła blask, który musi się znowu na nim pojawić.


piątek, 28 września 2012

CIEKAWY DZIEŃ

jeszcze podczas nauki tkania
jesienna poświata


Ostatnie dzisiejsze, słoneczne chwile wykorzystałam podczas wycieczki z dr. Leszkiem Zygnerem, historykiem, znawcą nieprześcignionym naszego terenu, szczególnie Mławy. Tematem były pobliskie cmentarze. Chwile spędzone na słuchaniu jego wykładów nigdy nie są czasem straconym, przeciwnie, podaje wiedzę w ciekawy sposób, nie przesadzając z ilością faktów i dat. Wybraliśmy się do starego kościółka św Wawrzyńca, wokół którego na górce, usytuowany jest cmentarz. Stare grobowce dają świadectwo długiego istnienia cmentarza. 
Potem nasza wycieczka powędrowała na bardziej bolesne miejsce.  Cmentarz przypominający ten na Rosie, w Wilnie. Zobaczyliśmy porozwalane kompletnie i będące tylko szczątkami grobów prawosławnych i ewangelickich.  Porozbijane i splądrowane pieczary, trudno nawet przejść, bo można wpaść. Wokół leżą tylko  połamane fragmenty płyt, gruzy i poprzewracane kawałki krzyży.
Czemu taka nienawiść i wandalizm nawet po śmierci, przecież wtedy tak naprawdę jesteśmy już sobie równi? Pytałam sama siebie patrząc na te rany cmentarne.

Po spacerze skorzystałam z zaproszenia pani dyrektor Biblioteki, która zorganizowała dzisiejszy spacer. Godzinę później, już w Bibliotece czekała na nas pani pielęgniarka przygotowana do rozmowy o nadciśnieniu tętniczym i tematów związanych z profilaktyką tego schorzenia. Przyznam, że w biegu nie mam czasu wcale zastanawiać się nad swoim zdrowiem i z ciekawością słuchałam prostych i jasnych wskazówek dotyczących zdrowego trybu życia, poczynając od sposobu myślenia o nim.
Grono miłych pań obecnych na tym spotkaniu, to dodatkowy aspekt, przemawiający za obecnością na takich akcjach. Ledwie zdążyłam wrócić na czas do domu, aby przełknąć w pośpiechu obiad i wrócić na zajęcia z najmłodszymi. Przybyło dwadzieścioro i jeszcze się zapisują. To są te najmłodsze. Muszę je rozdzielić, bo nie ma mowy o żadnej pracy rozwojowej w tak licznej grupie. Dzieci znakomite, część była mi znana, wiele jest nowych. Zapał z jakim malowały, rysowały, smarowały, całe umorusane po uszy wzruszał mnie bardzo. Jedna z wrażliwszych dziewczynek, gdy nie udał jej się rysunek zaczęła płakać! A przecież nawet mistrzom może się nie udać- to właśnie im powiedziałam. 
Czterdzieści minut zajęło mi wieszanie ich prac, tyle ich było. Ledwie zdążyłam na wieczorny autobus do Warszawy, gdzie dojechałam o 22 godzinie, aby chociaż dzień spędzić z wnukami, których już miesiąc nie widziałam.
Wybaczcie, że ciągle jeszcze nie piszę ciekawiej, mam już w głowie następny kawałek opowiadania, ale wciąż nie mam kiedy go fizycznie napisać.

czwartek, 20 września 2012

W MIĘDZYCZASIE


Nie miałam czasu, aby napisać chociaż kilka słów. 
Wszystko potoczyło się błyskawicznie od momentu, gdy zadzwonił telefon.
- Czy interesował by cię udział w warsztatach tkackich?
- Wszystko co dla mnie nowe, zawsze jest interesujące. Ale gdzie? Jak? kiedy?
- Przyjdź jutro do Ewy i Wojtka o 16.
Odłożyłam słuchawkę. Stałam zastanawiając się co mam zrobić z tą wiadomością. 
Jednego byłam pewna, że potrzebne będą nitki, włóczki i coś z czego się robi tkaniny.
Nic z tych rzeczy w domu nie mialam, bo wszystko w lecie spalilam. 
 Myszy skutecznie pocięły mi moje zapasy, wijąc sobie w nich gniazda. 
Znalazłam cztery, niewielkie motki włóczki, każda różnej grubości, koloru i jakości
Czarną czerwoną białą i żółtą. Ostry zestaw.
Przypuszczałam, że pogadamy sobie i dopiero po zebraniu wstępnym zabierzemy się do dzieła.
Niestety byłam w błędzie i od pierwszych minut spotkania robiliśmy tkaninki na pokaz.
To znaczy, kilka z nas i ja byłyśmy w innym błędzie przez pierwsze dwie godziny i to widać w naszych pracach.
Uczyłyśmy się przetykać czółenko z osnową, łączyć kolory, wplatać nowe nitki, a tu słyszymy, że tkamy anioła na wystawę, która zakończy nasze warsztaty.
trzeba było uznać dotychczasową robotę, za fragment aniołkowej, co nie było bardzo sensowne.
Przez cały tydzień po południu pędziłam aby utkać kilka kolejnych rządków.
Potem ambitnie zabrałam się do innego niewielkiego kilimka w momencie, kiedy przemieszczając się zapomniałam podstawowej czarnej włóczki którą robiłam tło.
 Wyszło to, co mogło wyjść, ale pierwsze koty za płoty!!!


W międzyczasie, w niedzielę  wypadł ostatni plener malarski dotyczący tematyki o Wólce- dzielnicy Mławy.
Namalowałam tam jeden niewielki obrazek, bo własnie jutro zawiśnie ten i jeszcze jeden na tej samej wystawie, co utkane maleństwa.
 W drugim międzyczasie miałam spotkanie z rodzicami dzieci chętnych na Kółko Plastyczne w Domu Kultury. 
W trzecim międzyczasie wyjeżdżałam na dzień do Warszawy i miałam kontrolę dentystyczną. Teraz pokażę tylko obrazki w wersji roboczej, a w niedzielę powymieniam na zdjęcia w lepszej jakości i w komplecie z wernisażu..





niedziela, 9 września 2012

DWA OBLICZA?


Spotykałyśmy się raz do roku, czasem dwa.
 Gdy nadszedł mój czas rozkwitu twórczego, po przeprowadzce na wieś, natychmiast pochwaliłam się w starej grupie znajomych.
Podeszła do mnie jedna z koleżanek i zapytała, czy nie namaluję jej obrazu pt. Góralka. Bardzo się ucieszyłam, bo każde zamówienie, podbija zawsze naszą wartość.
Ochoczo zabrałam się do pracy, wcześniej jednak sprawdziłam jak malowane były Góralki przez mistrzów, zwłaszcza przełomu XIX i XX wieku. Efektem mych zmagań był ten obrazek.


Gdy wysłałam MMS (ze względu na odległośc i dlatego, że nie ma komputera), to nie dość, że przez dwa tygodnie nie odpowiadała, bo podobno nie umiała go otworzyć, a potem powiedziała, że dziewczyna musi być młoda, zalotna i powinno jej być więcej widać. Przemalowałam.


Zadzwoniłam, że gotowe a ona pyta o wymiar. Podaję: 
-:40x50cm. 
- Och, to za wysokie o 2 cm. Musisz zrobić jeszcze raz, bo mam już ramę i twój obraz będzie za duży.(obrazu nie widziała).

Zamawiam NIETYPOWY blejtram , obijam płótnem, gruntuję, maluję.


pierwszy etap                                                                               



Dzwonię.
- Halo, jadę za dwa dni i mogę ci przywieźć namalowany obraz. Masz czas?
- Zaraz, zaraz, jaki to będzie dzień?
- Piątek.
- No, to muszę iść na targ. (chwila ciszy) Ale potem możemy się zobaczyć.
- Ja mam kawał drogi, więc nie będę o świcie, załatwię swoje sprawy i potem zadzwonię, to się umówimy.
- Dobrze.
- No to cześć.
- Cześć.
 (znajoma mieszka w okolicach Wielkiej Warszawy od południowej strony)
Rozmowa po dwóch dniach:.
 - Cześć, zgodnie z umową dzwonię bo jestem w Warszawie. 
( słyszę nieprzytomny głos, pomimo godziny 13-tej) 
 - halo, a jak jest?  Bardzo ciepło?
- nie, zupełnie przyjemnie.
- no, bo ja nie mam klimatyzacji!!!
- wiesz, ja TEŻ nie mam.
- ach, bo po powrocie z targu, byłam tak  zmęczona, że położyłam się spać. 
- Gdzie mam podjechać, żebyśmy się spotkały?
- A gdzie ty jesteś?
- Na Ochocie (to jedna z południowych dzielnic Warszawy)
- Nic mi to nie mówi.
- No, to mogę być zaraz w okolicach Żwirki i Wigury( arteria prowadząca na lotnisko)
- Też mi to nic nie mówi. ( od urodzenia mieszka kilka kilometrów od tego miejsca)
- no to proponuj gdzie się spotkamy.
- a gdzie jedziesz?
- co ci po tej informacji, skoro nie znasz Warszawy?
- dobrze, spotkajmy się na Dworcu Metra Wilanowska.
- ok. za godzinę.
Po godzinie w wyznaczonym miejscu spaceruję oglądając wystawy. Dzwoni komórka.
- Gdzie jesteś?
- w miejscu, gdzie nas umówiłaś. Przy wejściu do Metra.
- a ja jestem przy starym budynku od ulicy, właśnie przyjechałam..
- no to, ja za dwie minuty do ciebie dojdę.( Idę do niej, rozglądam się, ale koleżanki nie widzę, bo musi siedzieć w samochodzie) Bierze mnie cholera, bo nie znam jej samochodu. Nerwowo idę wzdłuż budynku i widzę że w jednym z wypasionych samochodów siedzi ktoś do mnie d…) Wylazła dopiero, jak doszłam do drzwi!!!!!! Pokazuję obraz.
- Ładna, ale dlaczego się tak błyszczy?
- bo świerza i malowana specjalną, starą techniką ( to akurat prawda).
- nie. Wszystkie obrazy, które kupowałam od..( tu wymienia nazwisko jakiegoś kompletnie nieznanego mi malarza) to wszystkie były matowe.
- ten też będzie matowy, ale póżniej. Gdybyś się przeszła po muzeach, to bys zobaczyła niektóre tak właśnie błyszczące.
Nie, ja nie lubię błyszczących. Jakimi ty malujesz farbami?
- olejnymi.
- no to kup takie zwykłe farby na ul. Mazowieckiej!
-właśnie tam kupuję, ale nie musisz mnie uczyć, bo ja się wystarczająco długo uczyłam. Weź ten obraz i we wrześniu, kiedy jest spotkanie to ja wezmę ze sobą materiały i w dziesięć minut, zrobię z tego mat.
- No nie, bo ja może przełożę ten obraz w owalną ramę, więc namaluj mi inny, bo ten ze skrzywioną głową nie może być. Masz tu zaliczkę. 
 Wyciąga trochę więcej niż połowa sumy i wręczając mi mówi:
-Więcej nie mam.
W tym momencie już wiedziałam, że szukała pretekstów, bo jechała z nastawieniem, że nie weźmie.
Gdybym nie lubiła malować palnęłabym robotę, ale ja ambitnie biorę się do pracy.
Przekładam płótno starej góralki na mniejszy blejtram. Zamalowuję znowu na biało i zaczynam od początku.






Wczoraj zadzwoniłam.
- czy będziesz na spotkaniu, bo wiozę obraz?
- nie wiem, jak będzie zimno, to nie, bo bardzo nie lubię zimna. Moze jeszcze będzie padać?
- Nie możesz się ciepło ubrać? Zresztą sama wiesz co masz zrobić i w co się ubrać. Ja pytam, czy mam jechać, bo muszę zrobić w tą i z powrotem 280km, więc jesli nie będziesz, to nie przyjadę.
- to nie jest pilne.
- ale ja nie wiem, kiedy będę samochodem w Warszawie, bo oddaję go w poniedziałek na dłużej do warsztatu. Chyba, że po niego przyjedziesz ty.
- To będę.
- świetnie. To do jutra.
Przez drogę nakręcałam się co powiem, gdy znowu zacznie wybrzydzać. Miałam przygotowane zdanie, że nawet, gdyby kupiła całe Muzeum Narodowe, to i tak nie zna się na sztuce. Itd, itd Jednak nie przewidziałam, że w połowie drogi zadzwoni komórka:
- halo, gdzie jesteś?
- w połowie drogi.
- bo ja nie przyjdę na spotkanie.
-???????
- halo? Jesteś?
- mogłaś zadzwonić wcześniej, To po co ja jadę?
- przecież nie powiedziałam, że MY się nie spotkamy.
- acha, dobrze, to jak sobie to wyobrazasz?
- no, ja jeszcze muszę umyć głowę i się wyszykować, bo jadę do siebie na wieś, na działkę( czytaj do posiadłości), a ty za ile będziesz?
- ja mam jeszcze ponad godzinę. To możesz przyjechać tam na parking, wyjdę do ciebie.
- nie wiem, nie chciałabym się tam pokazywać.
- to zdzwonimy się.
- dobrze.
Dojechałam nie spiesząc się na miejsce, dzwoniąc po drodze do znajomych, pytając, co się dzieje z umysłem naszej wspólnej koleżanki? Wszyscy zgodnie stwierdzili, że nieprzepracowana ani jedna godzina w życiu, źle wpłynęła na jej głowę.
Na parkingu wysiadłam z samochodu.Drrrrrrrrrrr..
- halo?
-gdzie jesteś?
- na parkingu.
-a ja w środku. To czekaj na mnie już wychodzę.

Dziesięć minut później byłam już bez obrazu, z pieniędzmi w garści. 
No nie powiem, chciała mi nie dopłacić stówy, ale nie dałam się.
Weszłam do środka, a kolega mówi: 
- była tu przed chwilą nasza znajoma i pytała o ciebie, a ja jej odpowiedziałem, że jesteś, tylko  w krzakach malujesz dla niej obraz! Uwierzyła, bo zapytała dokładnie gdzie, więc zacząłem się śmiać.

Przypuszczam, że jej świadomość, że inni znajomi wiedzieli o transakcji, zmieniła radykalnie moją pozycję, bo wszystko odbyło się bez żadnych komentarzy.


środa, 5 września 2012

POLE BITEWNE

Jakoś po macoszemu potraktowałam Pole Bitwy pod Mławą w Uniszkach Zawadzkich. To chyba ze zmęczenia i przejęcia. Wklejam linka ze strony MDK, gdzie w reporterskim skrócie pokazane są obydwie rekonstrukcje.
Wybuchy zostały fantastycznie widowiskowo przygotowane, wszystko było zgrane i świetnie komentowane obie rekonstrukcje. Warto je obejrzeć.
W galerii z Rekonstrukcji Bitwy jestem na ostatnim zdjęciu, ściskam naszego reżysera i scenarzystę Mariusza Tarnożka w podziękowaniu za jego ogromną pracę nad nami i widowiskiem
http://www.mdkmlawa.com/v_rekonstrukcja_bitwy_pod_mlawa.html
a to też skrótowo z Nalotu, tu jestem na dwunastym,
http://www.mdkmlawa.com/nalot_bombowy_na_mlawe.html

Zdjęcia są autorstwa Jerzego Michalaka i jeszcze kilka zdjęć Danusi Gastołek.

niedziela, 2 września 2012

NALOT PO RAZ PIĄTY - MŁAWA

Wszystkie umieszczone tutaj zdjęcia są wykonane przez Danusię Gastołek, której zawsze dziękuję, za udostępnienie ich.
próba generalna, sceny końcowe
 Ćwiczę pseudo- migowy sposób porozumiewania się.
To stanowisko pucybuta
To już po i po oklaskach i gratulacjach, Po lewej to ja

Ten tekst, tak bardzo osobisty dedykuję Jadzi-Stokrotce.

Długo przed tym, nim zapytano mnie kim chcę być na Rekonstrukcji, podjęłam decyzję, że będę   tam facetem.
 Poprzedni rok odgrywałam siebie - malarkę, ale tym razem chciałam sprawdzić zdolności aktorskie, czy je w ogóle mam. 
Kiedy pan Mariusz Tarnożek, reżyser i autor autor scenariusza  zapytał:
- Kto będzie pucybutem?  Pani Rodowicz zdaje się, chciała męską rolę? 
Ani chwili się nie zawahałam i odpowiedziałam :  - Tak, będę pucybutem. 

Od tego momentu byłam pucybutem.
Obejrzałem film dokumentalny o pucybucie, zobaczyłem co robi, jaki ma „sprzęt”, jak czyści te buty i jak się zachowuje. Dużo mnie to nauczyło.
 Powoli powstawała w mojej głowie malutka etiuda. Wiedziałem już, że 45 minut istnienia na scenie to niesamowicie długi okres czasu i trzeba wiedzieć co ze sobą zrobić.
Pomyślałem, że muszę być głucho-niemy, bo przecież damskiego, trzęsącego się głosiku nie mogę użyć. Ale co dalej?
Na filmiku zobaczyłem stare, biurowe krzesło na którym siadali ludzie autentycznego pucybuta  i to natchnęło mnie pomysłem.
Z tego powodu wnosiłem przedwojenne, stare krzesło dumnie na głowie.  Było tronem, więc ważne stało się też miejsce na którym stało, gdyż z niego musiał roztaczać się widok na cały rynek.
Ten kto tam siadał, musiał czuć się panem. Podkreślałem jego ważność  czyszcząc buty.
 Mój mały pomocnik to mądry chłopczyk. Opiekowałem się nim  i na szkołę dla niego zbierałem zarobione pieniądze. Już widziałem go idącego z książkami pod pachą.
 Byłem bardzo z niego dumny i wszystkim się nim chwaliłem. Jednocześnie, mały pomagał mi  i załatwiał codzienne sprawy.
 Kupował brakującą pastę, przynosił ze mną skrzyneczkę i stołeczek i był tłumaczem w trudnych rozmowach.
Pozwalałem mu jednak na zabawy z rówieśnikami i pobłażliwie patrzyłem jak kopie puszkę z innymi.
Gdy coś dziwnego stało się z ludźmi i stanęli, a właściwie zastygli z niepokoju, ja nie wiedziałem co się stało. Szarpałem małego dopytując co się dzieje?
A potem nalot!  A chłopak gdzieś się podział,  ja nie słyszę, ale ludzie szarpią mnie i przewracają na ziemię. 
–Gdzie on jest???!!! Nerwowo szukam, biegam po rynku! Panika!
Kolejny nalot, wybuchy i wtedy go widzę.. leży ranny i gdy rzucam się osłonić go sobą, on umiera.. Mój chłopak, dziecko..
Wyję, płaczę, nie zgadzam się z tym wyrokiem, nie chcę!
Biorę go. Taką bezwładną istotę i ciągnę na fotel.
 Policjanci i jacyś ludzie chcą mi pomóc, ale ja nie chcę pomocy . 
To moja jedyna i najbliższa osoba.  Miał iść do szkoły, był mądry! 
Muszę posadzić go na najważniejszym miejscu, sam, własnoręcznie. Na tronie. Tam wciągam to bezwładne ciało. 
Płacząc czyszczę mu buty, tylko to potrafię, jemu się należy… łkam i rozpaczam.  
Kobieta spostrzega, że zostałem na rynku, więc pomaga mi znieść trupa do ratusza.  

Niemcy po zawieszeniu swojej flagi ze swastyką na ratuszu,  wypędzają  stamtąd  pozostałych przy życiu ludzi. Znęcają się nad ciężarną, kpiąc z niej, a potem na skutek chęci pomocy przypadkowego mężczyzny, wyciągają jego małego synka z tłumu. Zabawiają się z dzieckiem, dając karabin do ręki , ale gdy ciężarna robi zamieszanie, chłopiec ucieka ..
Niemcy strzelają celnie. Do leżącego syna wyrywa się matka ..i ona pada po strzale. 
Scena znoszenia dziecka przez ocalałego ojca należy do najbardziej przejmujących z wszystkich inscenizacji, które oglądałam.

Wydawało mi się, że już jestem otrzaskana ze scenami śmierci, rozpaczy, wojny.
 Nie. Nie jestem otrzaskana, to ZAWSZE jest ogromnym przeżyciem.

Wróciłam do domu, przywitałam się tylko z psami, bo A. wyjechał na kilka dni.
Zajrzałam do Internetu, chciałam zobaczyć jak zostało to wszystko pokazane na filmiku, ale zapis się nie otwiera.
Zmęczona, spłakana położyłam się spać.  Po godzinie obudziło mnie szczekanie psów, które spały mi w nogach, wykorzystując nieobecność A.  Zrugałam je ostro, zakryłam się na głowę i znowu zasnęłam. 
Tym razem poczułam czyjąś obecność, jednak nie widziałam twarzy. Wiem, że był to jakiś pan, otworzyłam oczy, bo psy zaczęły znowu szczekać. 
Zakryłam się całkiem, nie mogłam zasnąć, ale w końcu zasnęłam. 
Kolejny raz obudziłam się, bo poczułam szarpnięcie z rękaw. Koło łóżka stała para w średnim wieku, oboje mieli zamazane twarze, tak jak pokazuje się winnych w telewizji.  Zrobiło mi się nieswojo i natychmiast sobie przypomniałam, że duchom trzeba pomóc odejść.
 Przeżegnałam się i odmówiłam za nich Wieczny Odpoczynek. Odeszli.
Zapaliłam światło, wstałam i wypiłam szklankę leczniczego wina mniszkowego, wiedząc, że tym razem już nie zasnę bez pomocy znieczulenia. 
Psy szczekały w pokoju jeszcze trzy razy. 
Zasnęłam o trzeciej nad ranem i o mały włos nie zaspałam na kolejną rekonstrukcję na Polu Bitwy.
Siedząc tam pod trybuną i obserwując zmagania wojsk i kolejne dramatyczne natarcia i naloty zdałam sobie sprawę, że to co jest największą naszą wartością: ŻYCIE, tam na tych łąkach było celem wszystkich dział, karabinów, czołgów i samolotów.
 Nigdy nie pojmę sensu wojny.
Mój pomocnik

Wejście z tronem na głowie
Pewnie chwalę się pomocnikiem
.

scenki z codziennego życia