Obserwatorzy

poniedziałek, 1 grudnia 2014

OSOBOWOŚĆ

Najmilsze uczucie, gdy ktoś prosi o portret. Czyli ma zaufanie. Czuję zawsze ogrom odpowiedzialności aby go nie zawieść. Nie ma co gadać, dostałam pozwolenie i od razu pokazuję. Portret malowany olejno na płótnie o wymiarach 40 x 50 cm.

 
Niedługo wernisaż, po nim pokażę namalowane trzy obrazki na temat Mławy.
Dzieci też pracują. Powstają prace konkursowe i kartki świąteczne.
Jednym słowem święta już czuć.
 






 

niedziela, 23 listopada 2014

PUSTE NOCE

Gdy zamieszkałam na wsi, najbardziej zadziwił mnie nieznany wcześniej obrzęd "Pustej Nocy". Nie znałam nawet tego określenia i przyznam ze wstydem, że patrzyłam z politowaniem na wiejskie zwyczaje aż...do dzisiaj.
Kilka dni temu dostałam zaproszenie tej treści:

Mazowiecki Instytut Kultury w Warszawie serdecznie zaprasza  na niecodzienne wydarzenie, które będzie miało miejsce 23 listopada (niedziela).
W Kościele Świętej Trójcy odbędzie się premierowy pokaz filmu dokumentalnego o Pustych Nocach.
To archaiczny obrzęd sprawowany wokół zmarłej osoby,  w którym uczestniczą rodzina, przyjaciele, znajomi.
O istnieniu obrzędu  możemy się przekonać dziś jeszcze na Mazowszu, gdzie obrzęd Pustych Nocy jest nadal kultywowany.
Filmowane obrzędy i bohaterowie filmu pochodzą z najbliższych okolic Mławy -  Turzy Wielkiej, Krępy, Rumoki.
Film zostanie poprzedzony komentarzem autora – Mławianina, Witolda Brody; skrzypka, który od ponad dwudziestu lat  powodzeniem zajmuje się badaniem polskiej kultury tradycyjnej.
Po filmie Witold Broda, z towarzyszeniem śpiewaczek z Ziemi Zawkrzeńskiej  oraz Wawrzyńca Dąbrowskiego i Bartosza Izbickiego, wykonają specjalny koncert przygotowany na tę okazję.
Repertuar pochodzi z XVII - XVIII wieku. Melodie to  często dawne tańce - chodzone, polonezy, mazury. Muzycy wykonają je z towarzyszeniem instrumentów z epoki : liry korbowej, portatywu, organów, skrzypiec, basów.
Zapraszamy – niedziela, 23 listopada, kościół Świętej Trójcy, godzina 16.00

Postanowiłam obejrzeć film, zwłaszcza że był on nakręcony na tym terenie.
To nie był zmarnowany czas. Wyszłam do głębi poruszona.
Zrozumiałam jedno, to sposób żegnania się z bliskimi, potrzebny tym żegnającym.
 To taka terapia pogodzenia się z faktem śmierci i odejścia na zawsze kochanych i niezastąpionych, ale też i tych umęczonych chorobą i tych męczących dla opiekujących się nimi.
Tłem filmu i jego kanwą były pieśni śpiewane przez ludzi wyspecjalizowanych w opłakiwaniu. To prawdziwe zawodzenie trwające godzinami i niezainteresowany człowiek opędza się przed takimi sytuacjami. Dzisiaj świadomie i dobrowolnie wysłuchałam wielu pieśni żałobnych i nagle doznałam olśnienia ich sensu.
Oczywiście słowo wstępne i komentarz Witka Brody, który wyjaśniał, rozjaśniał i tłumaczył, zdziałały cuda, bo cały czas z zaciekawieniem wsłuchiwałam się w słowa i rzewną nutę zawodzeń i opłakiwań.
Skromny, wrażliwy człowiek - skrzypek, muzyk ciekawy świata, ludzi i ich zwyczajów dokonał niezwykłej rzeczy, bo chyba wszyscy zgromadzeni tego wieczora wyszli pod wielkim wrażeniem.
Wyrażam również uznanie dla całego zespołu - twórców filmu. Chciałam podziękować wykonawcom przejmującego koncertu pieśni żałobnych, które wysłuchaliśmy na zakończenie

środa, 19 listopada 2014

STALOWA

Skwerek - miejsce spotkań
Nie wszyscy wiedzą, że Stalowa to nazwa ulicy na warszawskiej Pradze. Ta nazwa jeszcze niedawno kojarzyła się z najgorszymi slumsami zapomnianymi przez Boga i ludzi.
Bliżej cywilizacji, bo na rogu ul Wileńskiej i Szwedzkiej w nowych wtedy blokach mieszkała 40 lat temu moja siostra. Lubiłam bardzo ją odwiedzać, więc okolice tych ulic były mi znane, chociaż poruszałam się tylko w ciągu dnia i to rozglądając się nerwowo. Wieczorem i nocą spacery nie wchodziły w rachubę. Odwiedzając teraz Warszawę wciąż narzekam na nowe budowle zaburzające kompletnie moje wyobrażenie o ciągach komunikacyjnych i opisuję coraz to nowe perypetie, kiedy zabłądzę.
Tym razem sprawdziłam gps-em znane mi miejsce i pojechałam. Wiedziałam, że dojadę dużo przed umówionym czasem, więc zaplanowałam spacer ulicą Stalową.
To był jeden z ciekawszych spacerów. Klimat tej specyficznej ulicy jeszcze istnieje. Każda prawie brama ukrywa czarne, odrapane i śmierdzące klatki schodowe, pomimo, że w elewacji już są zmienione okna na plastikowe i zdjęte wystające, ale bardzo zniszczone wystające ozdoby przy balkonach i oknach. Pomiędzy tymi dramatycznymi kamienicami ( w niektórych widać jeszcze ślady przedwojennej świetności) wrastają odnowione supernowocześnie galerie, restauracje, hotele i biura.
Nigdzie do tej pory nie widziałam tak wielkiego kontrastu. Nie chodzi mi tu o stare budownictwo i nowe, ale o prawdziwe, rozpadające się  slumsy do których nie da się wejść bo smród strach i kondycja budynku na to nie pozwala.
 Patrzyłam na pozostałości po elegancko zdobionych kiedyś elewacjach po których zostały tylko znaki na ścianach. Trafiłam do bramy gdzie rysunek brudu ukazał niezwykłe maszkarony zwieńczające portale prowadzące na klatki schodowe. Pojawiły mi się podwórka o sielskim klimacie wypełniające studnie oficyn.
To niewątpliwie wycieczka w czasie i to nie o moje 40 lat wstecz, ale do innego wymiaru. Czasami warto zobaczyć coś co nawet przeraża, ale uświadamia jak bardzo wszystko jest zmienne, łącznie z nami samymi.

sobota, 8 listopada 2014

SPRAWA ŻONY

- Jak ja urodzę synka to musi się nim ktoś zajmować jak ja pojadę do pracy tak jak tata.
- No to zajmie się nim babcia – zaproponowałam- czyli twoja mama.
Nastała cisza. Brązowe oczy stawały się jeszcze większe, ale po minucie usłyszałam
- Muszę mieć żonę. Dorosłą.
- Tak. To jest konieczne - odpowiedziałam. – Niezbędne. Ale czy już masz kogoś na oku?
- Nie. Patrzę: w samochodzie, na ulicy, przez okno… No bo jak urodzę synka, to musi ktoś się nim opiekować  prawda?
- Ja proponuję ci babcię , czyli twoją mamę, bo ona będzie dla twojego synka babcią.
- Nie. Muszę mieć żonę, jak wyjadę do Nowego Jorku, kiedy będę miał paszport.
- No to jednak musisz ją znaleźć.
- Wiem. Patrzę. Żadna mi się nie podoba – dodał z rezygnacją w głosie
Musiałam gwałtownie wyjść z pokoju, aby niecały pięciolatek nie zobaczył  jak już nie mogę się opanować i duszę się ze śmiechu.
W tej sytuacji sprawa znalezienia żony pozostała otwarta. Oferty będą sprawdzane komisyjnie.

niedziela, 2 listopada 2014

SPRZEDAJĘ SWOJE DZIECI

Kolejne moje dzieci - obrazy idą pod młotek.  Staś z fujareczką jest już znany z wystawy w Ciechanowie i Warszawie, ale mławski dom z ul. Warszawskiej, obrośnięty winem to ostatnia moja praca. Miał być pracą plenerową, ale zmieniłam zamiar i maluję dwa inne.

http://www.ostoya.pl/index.php?option=com_djcatalog2&view=itemstable&cid=0&Itemid=2&pid=11%3A129aukcja&limitstart=230&order=i.ordering&dir=asc

 http://www.ostoya.pl/index.php?option=com_djcatalog2&view=itemstable&cid=0&Itemid=2&pid=11%3A129aukcja&limitstart=220&order=i.ordering&dir=asc

Dzisiaj jednak kursuję pomiędzy domem córki i syna, bo właśnie przyszedł moment, gdy tam jestem potrzebna. Te dzieci: córka i syn, zostały już wiele lat wcześniej oddane w ręce ich małżonków.
Bywa jednak, że "Instytucja Babcia" ( jak mówi moja synowa) jest nie do zastąpienia.
Najmłodsza wnusia od wczoraj raczkuje, a najmłodszy wnuk zaczyna samodzielnie czytać.

Powinnam już zwolnić tempo a ja wciąż ścigam się nie tylko z młodymi ale z najgroźniejszym przeciwnikiem - czasem.
Mam w głowie wciąż nowe obrazy, nowe rzeźby i mnóstwo chęci aby to wszystko zrealizować.
 Brakuje mi tylko czasu na blogowanie. Doskwiera mi powolność mojego Internetu i zamulony laptop, bo każdy załącznik, komentarz, czy kolejny post wymaga zbyt dużo godzin.
Wybaczcie mi że tak rzadko wszędzie zaglądam. Staram się czytać po kilka zaległych postów, ale już nie daję rady komentować, czasami tylko robię to przy bieżącym poście.

Gdyby ktoś chciał okazyjnie zakupić któryś z obrazów wystawionych na aukcję proszę o obecność z wypchaną kieszenią w dniu 15 listopada o 17 w Warszawie
 na ul. Gen Zajączka 8 w Domu Aukcyjnym Ostoya.

sobota, 11 października 2014

SERCE MI WALI.......

- Czemu ja się tak denerwuję? pytałam w myślach samą siebie, sięgając po słuchawkę. No, tak to przecież jak dzieci, trzeba znaleźć im dobry dom, a ja nie wiem , gdzie idą i czy gdzieś idą!
-Halo?
- Już po?
- Jeden i drugi? Poszły? TAAK?
Teraz dopiero serce nabrało amplitudy, czy czegoś tam!
Rety, kupili na Aukcji obydwa obrazy! Hurra!
 Szkoda, że nie wiem, gdzie idą, no ale trudno.
 Kupujcie, kupujcie teraz, bo jak mówiłam, cena będzie rosła. Już jestem "notowana" na aukcji i warto lokować kasę w moje prace.
Nie jest to może skromny post, ale kończę z skromnością, teraz nowy etap wybuchu twórczych działań i nie ma czasu na certolenie się.
Wszystkim posiadającym moje prace serdecznie gratuluję, właśnie procencik wartości podskoczył do góry. Życzę Wam, aby pod koniec przyszłego roku wartość tych prac stokrotnie się pomnożyła.
 

wtorek, 7 października 2014

POWRÓT

Piorun walnął w nasz ruter i  to było powodem tej okrutnie długiej przerwy.
Nie umiałam się dostać do kokpitu bloga z cudzego komputera i przyznam otwarcie, że rozpaczałam z powodu tęsknoty!
Tymczasem, jak zwykle, zajęć mi nie brakowało.
Chciałam mieć wydzieloną pracownię malarską i jesień zastała mnie przy przestawianiu mebli. Rzeźba od dawna ma miejsce w pracowni A. ale obrazy malowałam w pokoju gdzie toczy się nasze życie.
Wszystko poprzenosiłam, odgraciłam sypialnię i dzienny pokój z farb, lakierów i werniksów, a wielka moja ukochana sztaluga usytuowana została na środku pracowni.
I co? …Powstały dwa obrazy a potem już zrobiło się zimno, dużo ciemniej i ponuro, więc wzięłam na plecy sztalugę (łatwo nie było!) i wróciłam do środkowego pokoju.
 Na skutek mojego powrotu wszystkie używane farby leżą znowu w nieładzie na stole, podłoga jest zachlapana, ale efekty pracy już widać.
 Tuż przed zapakowaniem koguta do samochodu wykryłam niedoróbkę na grzebieniu.
Na tym roboczym ujęciu widać dokładnie jak wygląda rzeźboobraz.
Zdjęcie na wprost maskuje wypukłości
i zobaczenie obrazu "na żywo", robi
duże wrażenie. To, że na zdjęciu nie widać że jest to technika 3D to moja duma i chluba, bo malarstwo stapia się z rzeźbą w sposób zupełnie płynny a  jednak przyznacie że nie jest kiczem.


Za oknem widzę A. w nowej roli. Dzisiaj już zaczęłam podnosić głos i powiedziałam że A. chyba pisze pracę doktorską na temat szalunku….
Zaczęło się od przybycia Kory i podarunku przyjaciół, którzy zafundowali jej ogrodzenie.  Teraz trzeba je zbudować.
 Po wielu próżnych wizytach po domach „specjalistów” budowlanych, którzy mogliby wykonać to dzieło, okazało się, ze trzeba zakasać rękawy i robić samemu. Od czasu do czasu któryś przychodzi do pomocy. Pierwszych trzeba było pogonić bo narobili więcej szkód niż pożytku. To wszystko już jest tematem na książkę.
 Nie wiem, czy mam się cieszyć, czy martwić, ale A. w pracy jest perfekcjonistą.
 Nie wiem czy ktoś kto nie miał do czynienia z takim typem wie o czym mówię. Ja wiem jedno: nie liczy się czas, koszty, pogoda i potrzeby bo dzieło MUSI być perfekcyjne.
Przestawianie mebli spowodowało, że musiałam zabrać się do robienia porządku w pomieszczeniach, którymi zawiaduje A.
Gdybyście je zobaczyli" przed", nie mielibyście pretensji, że na tak długo zamilkłam!!! To jest druga strona medalu i tak jak praca jest perfekcyjna, tak bałagan wokół nie do przebicia.
Na razie postawiony jest JUŻ szalunek na murek i słupki przygotowane do zamocowania. Do systemu stawiania słupków musiałam się włączyć bo lada moment miała być budowana specjalna maszyna do pionowania itd…
Za pomocą pociętej dętki, dwóch deseczek i drugich dwóch dłuższych, wykazałam że obejdzie się bez nowych wynalazków.
Kora jest zadowolona,  ma całymi dniami towarzystwo i sprawdza na bieżąco co tam się dzieje.
Ja jednak wolę zająć się malowaniem, bo perfekcja szalunkowa wyprowadza mnie kompletnie z równowagi.
Przyznam ze wstydem, że w czasie, gdy maluję potrafię spalić dwa garnki jednego dnia ale spójrzcie na efekty!

Rower i Pokerzyści, te obrazy poszły na aukcję do Domu Aukcyjnego Ostoja, gdzie 11 października będą licytowane. Dzisiaj otrzymałam pocztą 100 stronnicowy katalog aukcyjny, wydany na kredowym papierze, gdzie 203 i 204 pozycja to moje obrazy. Aukcja dzieli się na sztukę antyczną i współczesną. Wszystko można obejrzeć na linku
 http://www.ostoya.pl/index.php?option=com_djcatalog2&view=itemstable&cid=0&Itemid=2&pid=11%3A129aukcja&limitstart=210&order=i.ordering&dir=asc
Obraz "Staś" w galerii, czeka jeszcze na kupca, ale dałam go niedawno. Teraz do galerii wstawiam tego brązowego koguta.

Dwa dni temu miałam pierwsze zajęcia z dziećmi w Radzanowie. Wycisnęłam z nich wszystko co najlepsze i wyszły z pięknymi i kolorowymi własnymi obrazkami.
Zaskakuje mnie zawsze jaką ja mam frajdę z tej ciężkiej pracy. Praca jest ciężka, nie dlatego, że nie umiem jej, ale dlatego, że cały czas krążę wśród dzieci intuicyjnie wyciągając od nich to, co one mają do powiedzenia w plastyce. Wymuszam na nich, ale tak, aby widziały sens swojej pracy.
Gdy wychodzą szczęśliwi i dumnie pokazują rodzicom to co wykonały, to wiem, że czas nie był stracony.
- „Proszę pani, ja to bym wszystkie lekcje oddała za taką plastykę” w czasie zajęć powiedziała jedna z młodszych dziewczynek.
To kilka prac dzieci na temat jesieni. Dzieci mają od 6 do 14 lat.

Młodsze korzystały z suszek, które stawały się elementem obrazu.



Starsze przy okazji uczyły się przestrzeni i perspektywy
 


 

Zawsze mi żal, ze nie mogę pokazać wszystkich prac.

wtorek, 19 sierpnia 2014

PIRAT SŁODKICH WÓD

Staś w wydaniu groźnego pirata!!!!



 
A to niezwykle nowatorskie urządzenie pt Przywiązywane przedłużki krótkich nóg Gucia - buldoga po to, aby mógł on bez problemu chodzić po wysokich chaszczach. Autor projektu - Staś
                                              Z takim dzieckiem nie da się nudzić.

niedziela, 17 sierpnia 2014

WSZELKIE LINKI W SIECI TO JAK ŚLADY NA PIASKU

Ukazały się artykuły.
To na początku informacyjny.

http://www.wilnoteka.lt/pl/artykul/warsztaty-plastyczne-w-domu-kultury-polskiej-w-wilnie

a potem podsumowujące

http://kresowiacy.com/2014/08/zakonczyly-sie-letnie-warsztaty-w-wilnie/

http://www.tygodnik.lt/201433/
 
Pewnie, że maski były najlepsze!!
To najmłodszy uczestnik
Jeden z dwóch braci -młodszy

I to jeden z młodszych

Jedna z najpiękniejszych masek, przemyślana i bardzo elegancka. Do niej był równie piękny wachlarz. 

Starszy brat ma jeszcze w ręku miecz!
Ta dziewczynka pokonała wszystkich w ilości zrobionych masek. Oto pajęczynowa maska ze sznurka dla Spidermana.

I jeszcze inna tej samej autorki, chciałoby się pokazać wszystkie..
A oto i artykuł o wyjeździe na Żmudź, do Kroży. 
http://l24.lt/pl/spoleczenstwo/item/38526-zjazd-rodziny-rodowiczow-radaviciusow-na-zmudzi

Powrót do Warszawy też nie był taki, jak zaplanowałam. W Wilnie autobus przyjechał na stację spóźniony 10 minut a pomimo wypisanego na bilecie Dworca Zachodniego jako mojego docelowego, minął go zręcznie i stanął dopiero na Centralnym.
Musiałam błyskawicznie zmienić cały kunsztownie wymyślony plan przesiadkowy ( z ciężką walizką w tle) bo 6 rano to nienajlepsza godzina do wzywania ludzi na pomoc.
Ale podróże się skończyły i najwyższy czas na pracę która mnie czekała spokojnie w domu.

1. Obrazy plenerowe - jak co roku, temat  Mława,
2. kilka portrecików,
3. jeden outsider.

Na ostatni okres wakacji nareszcie wzięłam Stacha. Razem też malujemy i bawimy się w przerwach w chowanego, w montowanie samolotów z resztek klocków lego i w różne inne fajne zabawy. Na szczęście chłopak jest pomysłowy i trudno się nudzić w jego towarzystwie.
To koń Stasia

A tu malujemy buldoga - Gucia
 
A teraz Andrzeja

I jeszcze poprawki..
 
Niestety burza z solidnymi piorunami spaliła nam ruter, aż zrobiła się w nim dziura, więc wybaczcie kolejną czkawkę w wysyłaniu postów, ale przede wszystkim w czytaniu waszych. To jak jakieś przekleństwo te wieczne problemy z Internetem. Może to znak, aby więcej malować, bo ostatnio zrobiła się długa przerwa.

piątek, 8 sierpnia 2014

JAK W RODZINIE

Dzień  za dniem ułożony pracą, trochę czytania i jedzenie o regularnych godzinach. 
W środę  Żylvinas Radavicius zatelefonował, że zabiera mnie na cały wieczór.
Ogromna jest serdeczność z jaką goszczą mnie wileński kuzyn i jego mama. Umówiliśmy się, że wykorzystam ten przyjazd i odwiedzę z nimi żmudzką kolebkę rodu Rodowiczów. Jedziemy tam w sobotę.
Tymczasem spotkania z dziećmi dobiegają końca. Sprawa malowania buzi stała się wiodącym elementem. Jednak lekki szantaż z mojej strony poskutkował i prace dzieci pojawiały się w dużych i ciekawych formach. Wachlarze i maski też okazały się trafione.
Serce rośnie patrząc jak się rozkręciły.
Cały czwartkowy wolny czas poświęciłam na zrobienie im wystawy. Dzisiaj rodzice odbierali dzieci, ich prace i uczestniczyli w niewielkiej ale znaczącej uroczystości zakończenia warsztatów.
Wiecie co mówiły do rodziców? - szkoda że nie ma tych zajęć w sobotę i niedzielę!
- że chcą jeszcze, bo szkoda, że się skończyły!
To jest dopiero opinia!!!! Dla takich słów można pracować.
Nie dam zdjęć, gdyż była prasa i dołączę linki aby pokazać moje dzieciaki ich oczyma. Ja sama poprosiłam dzieci o narysowanie dla mnie jednego rysunku na pożegnanie.
Każde z nich wymyślało coś specjalnego, widziałam to i całkiem mnie rozbroiły, a te nieudolne, jedne lepsze, drugie gorsze ale jakże cenne dla mnie, bo z samego serca rysunki zabieram ze sobą.

środa, 6 sierpnia 2014

POLKA W WILNIE

Reszta podróży potoczyła się według rozkładu.

Na dworcu czekała na mnie przemiła dyrektorka Domu Polskiego. Usiłowałam  wyrwać z jej rąk tą walizę, bo  powodowana dobrym wychowaniem rzuciła się aby mi pomagać.
Przyznam że wstyd mnie ogarnął za ten bagaż trudny do ruszenia.
Jakoś dotarłyśmy do hotelu pomagając sobie we wkładaniu i wyciąganiu tego "kufra" do samochodu.
W hotelu -Pan Tadeusz- czekał już na mnie pokój, śniadanie i dzieciaki pod drzwiami sali.
Mam zajęcia od 10 do 12, potem szybki obiad i o 13 do 15 druga grupa.
Jak zwykle nie udaje mi się wyjść punktualnie.
http://www.wilnoteka.lt/pl/artykul/warsztaty-plastyczne-w-domu-kultury-polskiej-w-wilnie
Od razu powiem co zrobiło na mnie największe wrażenie: PIĘKNA POLSZCZYZNA, którą posługują się dzieci, a przecież wokół nich od urodzenia słychać język litewski!!!
Obsługa hotelu mówi po polsku, kompletnie nie mam wrażenia że wyjechałam.
Prawda jest taka, że pierwsze dwa dni padałam ze zmęczenia i po wczesnej kolacji nadrabiałam korespondencję, pisanie bloga i rzuciłam się do czytania książki, którą wzięłam ze sobą. Przyznam, że myślałam że jest to lepsza literatura, ale czytanie jej relaksuje a to już dużo.
Książka ma tytuł " Piekło Gabriela " Sylvain Reynard, ale dopiero tutaj odkryłam napis drobnym, złotym drukiem, że to diabelski erotyk. Wyobrażacie sobie?? Nie tylko erotyk, ale do tego diabelski. Więc czytam i mam nadzieję, że dotrę do tych ciekawszych wątków, bo na razie opis zagmatwanej sytuacji studentki i profesora, znawcy Dantego. 
Wracając do tematu dzieci , to są one tutaj skromne i grzeczne. Przygotowałam im kilka niespodzianek, jedną z nich są farby do malowania buzi. Codziennie maluję kilka buzi. Wzory są z dołączonej książeczki wybierane przez dzieci, bo nie mam czasu na wymyślanie wzorów. Jednym okiem patrzę co reszta robi i prowadzę korekty a drugim pilnuję dobrego makijażu. A dzieci na tym się bardzo dobrze znają!!!








 dc nastąpi.......

wtorek, 5 sierpnia 2014

BABCIA TO BABCIA

 
 Rzuciłam wszystko i ruszyłam do Warszawy , aby pomóc przy naszej małej Królewnie - Lence.
Dziecina jest słodka i radosna więc pobyt z nią to prawdziwa przyjemność. Synowa zadbała aby malutka miała swój rytm dnia i według niego wszystko było ułożone. Nie było niespodzianek, chyba, że ta ilość uśmiechów i temperament o wielkiej sile. Lenka już w wieku swoich 6 miesięcy jest osobą z charakterem. Ciekawe co będzie jak zacznie mówić????
Czas spędzony z dziecinką minął błyskawicznie i popędziłam do domu.
Za kilka dni, w niedzielę wieczorem wyjeżdżałam do Wilna.
Sfinalizowały się rozmowy z Domem Polskim na temat tygodniowych zajęć z dziećmi polonijnymi.
Kupiłam wcześniej bilet i wydawało mi się, że wyjadę mając cały plan dokładnie opracowany.
W razie tłoku w autobusie Gdańsk - Mława - Warszawa miałam jechać samochodem i zostawić go tam na parkingu. Szczęśliwie nie musiałam wcale brać samochodu, bo tłoku nie było. Zapakowałam swój oooogromny bagaż i ruszyłam.
 Tak, bagaż był ogromny, a właściwie duży i ciężki, bo  jako niespodziankę wiozłam wileńskim dzieciom nasze książeczki, a papier waży.
 Do tego wzięłam kolorowe papiery we wzorki do wycinanek i ozdób dla dzieci, a papier waży.
Na wszelki wypadek zabrałam żelazko a ono waży.
Suszarkę do włosów też wzięłam ( nie mam pojęcia po co), a ona waży kilka gramów.
 I cztery pary butów, abym była całkiem spokojna, że mam na zmianę, też wzięłam, (bo buty ważą ..niewiele).
Reszta to kosmetyki, leki, biżuteria.
 Gruba, ciekawa książka na wieczory hotelowe też została zapakowana na sam wierzch!
Rogalik pod głowę na drogę, coś ciepłego na plecy i przybory do mycia i kanapka z serem  jedna, bo druga już się nie zmieściła.
To tak w skrócie.
Na warszawskim Dworcu Zachodnim wylądowałam dwie godziny przed czasem odjazdu autobusu do Wilna.
Pooowoli przetoczyłam się pod informację, bo na bilecie nie zobaczyłam numeru peronu a na dużym dworcowym rozkładzie też tego autobusu nie znalazłam.  Bardzo uprzejma pani w informacji powiedziała tylko, że nie ma podpisanych umów z wieloma przewoźnikami i dlatego nie ma danych o ich kursach, jednak są tylko dwa ostatnie perony dla rejsów międzynarodowych.
Spokojnie i powoli potoczyłam się na jeden z dwóch peronów.
Jako dobry obserwator ( tak wtedy jeszcze o sobie myślałam) zauważyłam ze linia którą mam odjechać ma wyjątkowo charakterystyczne ubarwienie i nie sposób jej nie zauważyć. Wszystko wskazywało na planowo spokojną podróż.
Przed godziną 22, czyli odjazdem na Dworcu robi się ponuro, ciemno, a wcześniej zaczął mi dokuczać smród uryny z pozamykanych przejść pod peronami.
 Jest środek sezonu i ruch wielu dodatkowych linii zwielokrotniony, jednak informacji przez głośnik nie ma albo jest wyrywkowa o natężeniu natrętnego komara, którego trochę słychać ale zlokalizować i zrozumieć się nie da.
Co jakiś czas ludzie z paniką w oczach biegają od autobusu do autobusu wypytując o kolejne rejsy.
Sączące się mdłe światło, jak za dawnych, niechlubnych czasów, nie pozwala odczytać tabliczek przejeżdżających autobusów.
Stoję spokojnie. Co jakiś czas oglądam się na drugi peron, widzę tam jeden autobus nieoznaczony i nie w "moim"  kolorze a tuż za nim drugi taki jak powinien być mój. Z daleka tabliczka absolutnie nie czytelna, zostawiam więc walizę wepchnąwszy ją za ławkę i idę sprawdzić co tam jest napisane.
Tabliczka jest  nietypowa, informuje kurs z Sofii poprzez wymienionych kilkanaście miejscowości zakończonych chyba Kaliningradem..a może Rygą?
Tak jest ciemno, że nie sposób odczytać wszystkiego, co jest tam napisane drobnym pismem. Ech, to chyba jeszcze nie mój.
 Czas leci i doleciał do za 15 dziesiąta, więc zaczęłam nerwowo przestępować z nogi na nogę, bo mobilna to nie byłam.
Drrrr, drrrrrrrrr, dzwoni mi komórka: - Czy pani ma bilet do Wilna? zaskoczył mnie pytaniem aksamitny akcent pytającej.
-Tak, mam- wymamrotałam ,
- A gdzie pani jest?- dalej pyta głos kobiety
- Na dworcu..
-To proszę podejść do autobusu! - już zdecydowanym tonem zarządziła pani.
-Ale gdzie???
- Na ostatnim peronie, taki żółty autobus.
- Tak , pędzę....(przesadziłam z tym pędzeniem), ale zdążyłam dotrzeć przed odjazdem!!!!!
Uff, a gdybym zapomniała komórki, albo mi się wyładowała, albo , albo....???? A przecież stałam tam 5 metrów od tego właśnie autobusu. I to mnie najbardziej zdenerwowało!!!

Jak widzicie Dworzec który ma lada chwila być przebudowany zawsze dostarcza mi wielu przeżyć.
Nie wiem co to będzie jak on stanie się taki czysty i nowoczesny i  bezprzygodowy,..chyba, że Babcia do tego czasu tak bardzo się zestarzeje, że znowu sama załatwi sobie nowe przygody.

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

NIE NADĄŻAM

Tyle się dzieje! Nie nadążam. Chcę coś opowiedzieć, ale zasypiam zanim dobrze otworzy się blog i zanim zdążę napisać jakiekolwiek zdanie. Upały dokuczają mi tak samo, jak wszystkim.
Na szczęście dałam radę z kilkoma ważnymi sprawami.
W środę, 30 lipca dzieci otrzymały na uroczystym spotkaniu w Miejskiej Bibliotece Publicznej KSIĄŻECZKI pt "Ku Ku Ryku"-wybrane wiersze ilustrowane przez dzieci. Autor Bohdan Wasilewski.
Dzieci trzymając w ręku zrobiony przez siebie kwiatek recytowały albo czytały jeden z wierszyków który ilustrowały.
Autor przygotował jeden egzemplarz z dodatkową kartką na której wszyscy biorący udział w tworzeniu tej ślicznej książeczki złożyli swój podpis. Ten egzemplarz otrzymała Miejska Biblioteka w podziękowaniu za przygotowanie spotkania.
Obejrzeć można wszystko na stronie:
PROMOCJA KSIĄŻKI PT. KU KU RYKU http://www.biblioteka.mlawa.pl/strona-683-jezyk-1
proszę jeszcze kliknąc na zdjęcia pod tekstem.
Widać tam okładkę i tył na którym jest w formie grządki kwiatowej, wykaz autorów dzieła. Każda ilustracja zamiast nazwiska ma obok rysunku taki kwiatek z dzieckiem w środku.
Ujawniam dwie strony ze środka, abyście mieli jakiekolwiek wyobrażenie jak ona wygląda.



Jak wiecie upały są nie do zniesienia. Autor ubrany w jasne spodnie przejęty był bardzo, aby wszystko zapisać w formie filmiku i nie zauważył że tłem do spotkania były śliczne obrazki dzieci z poprzedniego mojego spotkania z szóstoklasistami. Efekt pozostał na stałe na spodniach autora. Piękny widok letniego pejzażu wykonany suchymi pastelami w formie odbitki na siedzeniu, może być super reklamą, uwierzcie mi!
Ksiązeczka jest śliczna, kolorowa i radosna, nie mogę jednak jej jeszcze pokazywać, bo w planach Autora jeszcze inne działania.
Dzieci wyglądały na zadowolone, pomimo skwaru i ścisku i z ciekawością oglądały swoje dzieła w druku. Dla każdego z nich ( dla mnie też!) to wazne wydarzenie.

Jutro będzie dalszy ciąg opowieści o aktualnościach, które już przestały nimi być.
Jak nadrobię pisanie to przejdę na czytanie u Was. WRESZCIE!!!!! Stęskniłam się za Wami!
Jutro, a może pojutrze, przyznam się skąd piszę.