Obserwatorzy

niedziela, 10 kwietnia 2016

CZY ZGADNIESZ CO CIĘ CZEKA?

Zbyt szybko kończy się młodość, ta fizyczna. W myslach jeszcze długo, długo wydaje się że nic się nie zmieniło, ale... Plany zmieniają swój rozmiar i to pierwszy objaw lecących lat.
Od jakiegoś czasu zrezygnowałam z jakichkolwiek planów i to było słuszne posunięcie. Nagle gwałtowna wolta we wszystkim do czego zdążyłam się przyzwyczaić zaskoczyła mnie samą najbardziej. A ja uwielbiam zmiany, nudzę się jednostajnością i szukam wciąż nowych wyzwań.
 No więc te nowe wyzwania znalazłam. Chociaż to nie było tak! One znalazły mnie!

 Chmury pozostawiłam za sobą i wylądowałam w środku słonecznej wiosny.

Jestem zachwycona proporcją tutejszych widoków, nic mnie nie przytłacza. Jest mnóstwo pięknych starych budynków, domeczków, domów i domostw. Wszystko ma jakiś swój jedyny i bardzo ludzki styl.
Czystość i porządek podkresla te cechy jeszcze bardziej.
Wiem, że przewidywalność życia Szwajcarów jest znana i chociaż jeden z moich szefów jest bardzo rodowitym Szwajcarem, ale jego wesoły i serdeczny charakter odbiega od tych przyjętych standardów.
Dzieci jak wszędzie biorą przykład z rodziców, a ja twierdzę, że mam szczęście, bo te z którymi pracuję są zupełnie wyjątkowe.
 Na szwajcarskiej ziemi, pierwsze powitały mnie koleżanki Stokrotki, potem zobaczyłam kwitnące drzewa i krzewy.


  Nawet ścięte drewna wyglądają malowniczo w wiosennym słońcu.








Niedziela zapowiadała się słonecznie, więc wybrałam się do Lucerny.

" Lucerna – miasto w Szwajcarii, na zachodnim brzegu Jeziora Czterech Kantonów, nad zatoką, po obu stronach rzeki Reuss, u stóp góry Pilatus. Stolica kantonu Lucerna. Ośrodek turystyczno-wypoczynkowy o międzynarodowej sławie" - to cytat z Wikipedii.


 A teraz moje wrażenia: Powietrze i przestrzeń budzi żal, że nie jest się ptakiem! Woda - kryształ a na niej szczęśliwcy: stada łabędzi! W tle ośnieżone pasmo gór a wśród tych szczytów najpiękniejszy Pilatus. Wszystko to ogląda się będąc w samym centrum i mając za sobą Stare Miasto a wokół tabuny turystów z całego świata.










Powiem szczerze: jest co malować!!!
Ostatnie zdjęcie udowadnia, że moja komórka zwariowała z nadmiaru wrażeń, tak samo jak jej pani.

czwartek, 31 marca 2016

WCALE SIĘ NIE LENIĘ

Wcale się nie lenię. Nie mam czasu na bloga, bo każdą wolną chwilę poświęcam malowaniu. 
Pierwszy był właśnie błękitny portret uroczej kobiety. Olej 40 x 50 cm
Następne portrety czekają w kolejce, biorę się do roboty. Niestety w tej dziedzinie o pośpiechu mowy nie ma.
Kolejne trzy obrazki (plenerowe) pokażę dopiero pod koniec miesiąca, pomimo, że już są skończone. Są w zupełnie innym stylu niż wcześniejsze. 
Szaleńczy temat : Mława zimą, zapodany już podczas roztopów wydawał mi się nie do zrealizowania, ale....jak już będą wisiały na wystawie to pokażę. Tempo miałam zawrotne, w dwa dni dwa obrazy olejne 50 x 60 cm!!!!! Suszarka do włosów jeszcze nigdy nie była tak eksploatowana. 
Trzeci, zimowy, na ten sam temat powstał wcześniej, ale nie miałam do niego przekonania. Teraz po prostu go poprawiłam i doprowadziłam do jakiegoś wyrazu. Ten obrazek kiedyś pokazywałam , więc po lekkich poprawkach wygląda tak.




niedziela, 13 marca 2016

DWIE SEKUNDY

 Przyjmijmy, że ta młodsza, grubsza i sprytniejsza nazywała się Muszalska (nazywała się bardziej dowcipnie, ale nie pamiętam!).
 Drugi kot, starszy podziwiał pomysły Muszalskiej zwłaszcza, że ona łakomczuch i spryciara, nauczyła się otwierania drzwi lodówki. Właściciele kotów i lodówki nie mogąc dać sobie rady z Muszalską, postanowili zamontować haczyk zabezpieczający drzwiczki.
Gdy haczyk skutecznie zabezpieczył lodówkę, Muszalska już od świtu kolejnego dnia rozpracowywała zaistniałą sytuację. Drugi kot ze szczytu lodówki robił co mógł, aby jej pomóc. W efekcie szarpania od góry i od dołu drzwiami, haczyk  podskoczył, drzwi się odchyliły a Muszalska  w jednej sekundzie wsunęła się cała do wymarzonej spiżarni! W następnej sekundzie drzwi zamknęły się i haczyk pod swoim ciężarem opadł......
Gdy gospodarz otworzył przed śniadaniem lodówkę wyskoczyła na niego Muszalska, wyglądająca jakby miała trwałą sztywną ondulację, wzorowaną na wielkim jeżu. Jeż połączony był z ogromną, białą szczotką do mycia butelek w którą zamienił się zestresowany i zlodowaciały ogon Muszalskiej.
Nurtuje mnie tylko pytanie, czy teraz lodówka zamykana jest na kłódkę, bo jak na elektronikę to Muszalska w zespole i z tym da sobie radę!

                                                =============

Zajrzałam na zaprzyjaźniony blog, gdzie są opisane przejścia ze skanerami na granicy.
Natychmiast mi się przypomniał przygoda, gdy odwiedziłam miasto stołeczne. 
Właśnie zachciało mi się pójść na zakupy już nie do marketu prowincjonalnego, ale do wielkiego supermarkeciaka!
Kulturalnie wzięłam wielki wózek, udając stałą bywalczynię i wparadowuję przez najbliższą bramkę. 
Nie spieszyłam się i delektowałam  rozrywkowym charakterem pobytu w markeciaku. Już w połowie bramki rozległ się wibrujący dzwonek. Zatrzymałam się z wrażenia bo dźwięków tak głośnych nie lubię.
 Dobrze zrobiłam, bo ochroniarz, który mnie napadł, był mniej więcej w moim wieku, więc jak bym normalnie robiła zakupy, to by mnie nie dogonił. 
Okazało się, że to właśnie ja dzwoniłam???? Zdziwiłam się.
- Może ma pani jakieś karty, bo one czasami dzwonią?
- Mam parę, jedna ze stacji benzynowej, z apteki, z fajnego Towarzystwa, starą jakąś nieaktualną , wymieniałam te które przychodziły mi do głowy...ale ma pan tutaj całe opakowanie.  
Ochroniarz trzymając etui z kartami dał znak abym przechodziła.
drrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr  Cofam się.
- Może klucze?
oddaję klucze.
drrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr.Cofam się.
  Na wszelki wypadek oddaję torebkę.
drrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr.....Cofam się..
 - Może coś w płaszczu?
Zdejmuję płaszcz.
drrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr Cofam się.
czapka..szallik...buty....zostaję w leginsach i sztruksowej koszuli-bluzie i nie rozbiorę się już z niczego więcej na środku markeciaka, tym bardziej, że zbiera się już  kółko zainteresowanych wywołanych częstotliwością wibrującego dzwonka.
Pan ochroniarz zachowując miły uśmiech i zimną krew dzwoni do kolegi, aby mnie zabrał na osobistą.
Z jednej strony to słyszałam że na osobistej to kobiety sprawdzają kobiety, ale z drugiej strony taka okazja....
Zjawia się kawał odżywionego chłopa, grzecznie prosi abym z nim się udała. Idę przez cały długi markeciak, płaszcz na ręku, swobodnie, a każda z mijanych 15 bramek przy kasach dzwoni po kolei jak oszalała. 
Mówię wam, jakby jakaś gwiazda nie z tej ziemi paradowała!   
 Pytam: to ja uruchamiam ten wibrator?
-Tak, z uznaniem w głosie odpowiedział Młodydobrzedżywiony.
Po wyczerpującym spacerze dotarliśmy do norki ochroniarza, który wyjął z szuflady jakiś metalowy lizak na kiju i udawał, że mnie nim głaszcze. Nie wie, że nie gustuję w takich zabawach, ale w pewnym momencie i to tałatajstwo zaczęło gwizdać.
-Jest! - wykrzyknął ochroniarz  w momencie, gdy lizak był na wysokości mojej pachy, a właściwie serca...może piersi?!
Dobrzeodżywiony kazał mi zajrzeć pod bluzę w tym miejscu.
Odwróciłam się do niego tyłem  i dyskretnie zajrzałam pod bluzę, a tam.... przytwierdzona metka chipowa.
Najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że bluzę dostałam od przyjaciółki, która kupiła ją dla syna przed pięcioma laty w ciucholandzie. Syn ani razu jej nie włożył, wyrósł już z tego rozmiaru, a mnie spodobał się wyjątkowo kolor i świetny prosty fason maskujący moje słabe strony.  
ps.Dzwonki wibracyjne zniosłam z podniesioną głową, ale  dla "sercowych" takie owacje są prawdopodobnie zabójcze
                                                       ===================

                                                         A to z ostatniej chwili. Dziecię urocze, też się śmieje, więc chwyciłam za ołówek, aby ten rozbrajający wyraz buźki zatrzymać na dłużej..

czwartek, 10 marca 2016

TWORZENIE TO LEK

Skołatana przejściami pojechałam do przyjaciół w miejsce, gdzie każdy widok to gotowy obraz. Bajkowe miejsce. Nie wzięłam nic do malowania, ale widokom nie można było się oprzeć.
Wspominałam kiedyś, że mój debiut malarski rozpoczął się akwarelą z której wyszła brudna plama. Po tylu latach nie zapomniałam uczucia klęski jakie wtedy poznałam, ale postanowiłam jeszcze raz spróbować, mając za sobą doświadczenia innych technik malarskich.
Jestem pewna, że długo jeszcze nie dotknęłabym akwareli, ale tylko one były w zasięgu ręki. Oto wynik moich zmagań.
                                     Woda,od dawna mnie fascynuje.

Format A4 

Po serii nieprzyjemnych wydarzeń, kilka bardzo miłych. Jednym z nich jest wygrana w konkursie książka. Wielką miałam na nią ochotę!!!

                 http://cafesenior.pl/juz-sa-wyniki-konkursu-ksiazkowego/

niedziela, 6 marca 2016

OSOBOWOŚĆ WALCZĄCA JAN RODOWICZ "ANODA"




Rzeźba została zapakowana dokładnie i z czułością. Przypięta pasami, aby nic w drodze do Warszawy nie uległo zniszczeniu. Jeszcze tylko zaproszenie na Galę i w drogę...
Gdy wjechałam na siódemkę wycisnęłam numer telefonu, aby skontaktować się z organizatorami Gali. Wiem, jest już środa, ale do ostatniej chwili nie wiedziałam czy uda się skończyć i przywieść dzieło na czas. Przez większość  drogi załatwiam do kogo mam się zgłosić w Muzeum Powstania Warszawskiego. Otrzymuję pozwolenie na kontakt do pani M.i dzwonię, ale oddzwania się tylko do wybrańców, widocznie nie należę do nich, pomimo, ze zostawiam informację kto i po co.
 Następnego dnia pani M.nie odbiera ode mnie telefonu, ale mam jeszcze stacjonarny....
- Tak, mogę przywieść i pokazać, słyszę odpowiedź, pani nie miała czasu oddzwonić.
 Jadę jak najwcześniej i dojeżdżam na 10-tą  z minutami. Jest czwartek rano. 
Panowie uprzejmie wypakowują pakunek i zanoszą gdzieś. Pani M. informuje, że wszystko już zapięte w ramach telewizyjnego scenariusza i nikła nadzieja, ale zobaczymy. 
Wieczorem dzwonię do pani M, bez efektu. Bez efektu jest mój telefon do niedzieli kiedy to ma się odbyć wspomniana Gala. Nie wiem jaka jest sytuacja.
Przyjeżdżam wcześniej z kwiatkiem biało- czerwonym, który chciałam położyć pod popiersiem, ale popiersia nie ma. 
Scenografia: jak zawsze jedno piękne zdjęcie i chaos muzealnego wnętrza.
Podium zajmuje natomiast kilkuosobowy jazzowy zespół bardzo młodych muzyków.
Gdy zobaczyłam najbardziej minimalistyczną scenografie jaką do tej pory widziałam, postanowiłam jeszcze trochę zawalczyć o Naszego Janka Rodowicza Anodę, który jest jeszcze gdzieś ukryty w zamkniętym pokoju biur Muzeum. Sama myśl nasunęła mi koszmarne skojarzenia.
Na mojej drodze pojawił się sam dyrektor, pan Ołdakowski, więc podeszłam, przedstawiłam się, bo do tej pory podczas poprzednich 4 Gali wręczania nagrody im. Janka, nie było okazji do podania sobie ręki ( nie wiedziałam, ze nie mam czego żałować).
Zapytałam: - do kogo mogę pójść i prosić o wsparcie, aby popiersie naszego autorstwa postawić na scenie?
- Niestety, scenariusz już jest zamknięty i nie ma takiej możliwości. - padła kategoryczna odpowiedź.
- No, wie pan , nie niszcząc tej znakomitej scenografii, można go postawić na świecącym kubiku, koło stolika, gdzie stoją statuetki. Pracowałam w telewizji i w scenografii i nie takie zmiany trzeba było robić w ostatnim momencie. To jednak zależy od dobrej woli ludzi.
-Co? Czy pani sugeruje i ma pretensje, że my wkładamy za mało starań w organizację Gali!? niegrzecznym i podniesionym tonem napadł na mnie pan dyrektor. Proszę swoje pretensje przysłać do nas na piśmie. - zakończył w tym samym "uprzejmym tonem".
- Pan chyba te słowa kieruje pod zły adres. Pytałam a nie miałam pretensji. Zrobiłam rzeźbę wymagającą pół roku pracy i nie wiedziałam do ostatniej sekundy, czy zdążę i czy wszystko się uda, więc dopiero gdy była skończona w środę zaproponowałam ją tutaj. Zrobiłam ją nie dla pana ani dla siebie, tylko dla chwały Janka "ANODY" Nie ma jeszcze jego żadnej rzeźby. - już z czerwienią na policzkach odpowiedziałam.
- No, postaram się zrobić specjalny wieczór aby pokazać pani rzeźbę w przyszłości. - odpowiedział dyrektor, który starał się opanować.
- Wie pan, wcale mnie nie interesuje pańska oferta, bo ta rzeźba to model do pomnika, pierwsza raz pokazany. -odwróciłam się i odeszłam. 
Gdy usiadłam na miejscu, znowu ogarnęły mnie wątpliwości. 
Odszukałam  panią M. (w wieku moich dzieci), która zajmowała się organizacją całości. To ona od czwartku nie odpowiadała na moje telefony. Mało tego, gdy pierwszy raz dzwoniłam była jeszcze w telewizji na ustaleniach. 
To u niej w zamkniętym pokoju jest popiersie. Poprosiłam aby wydala mi je teraz przed uroczystością. W jej oczach pojawił się strach i przerażonym tonem zapytała co chcę z tym zrobić?
- To jest moja rzeźba i nic pani do tego, mogę ją postawić np.z tyłu koło dziewczynek na stoliku, za widzami. 
- Ależ to niegodne miejsce! I nie może pani, bo tu dzisiaj rządzi telewizja, z którą mamy umowę. 
- No, lepsze niż w pani zamkniętym pokoju. Mogę np wstawić go do szatni, to będzie moja sprawa, prywatna. Proszę mi go oddać.
Pani natychmiast zajęła się telefonem i błyskawicznie oddaliła ode mnie. 
Czekam. 
Mijają kolejne minuty, minuty, minuty....
Po 15 minutach oczekiwania, zobaczyłam panią po drugiej stronie sali i już purpurowa sunę w jej stronę. Spostrzega mnie kątem oka i wdaje się w rozmowę z kolejną osobą... No nie.
Wparowuje pomiędzy nich : - mam prawie siedemdziesiąt lat i nie zasługuję na to, aby ktoś mnie do tego stopnia lekceważył!!!
- Ależ wydałam polecenie i pani rzeźba jest przyniesiona.
GDZIE? pytam
- Jest w szatni.
-Słucham???
- No, przecież powiedziała pani, że postawi w szatni..
- I nie zawiadomiła mnie pani o tym?
Zawracam natychmiast do szatni i co widzę?
 Szatnia bez szatniarza napchana do granic możliwości okryciami i tuz przy wejściu, pod nogami w ciemności twarzą do ściany stoi Anoda. Tak do kopania.


Może widzicie ślad światła na obrysie pleców Janka po prawej stronie na dole....a nad nim płaszcze . Wszystko w mroku, nikt wchodzący nie widzi rzeźby.
PODŁOŚĆ.Jak można go traktować? A za ścianką ciemnej, ciasnej szatni GALA, niby Jego imienia i tyle wzniosłych słów...
Moje serce nie wal tak, nie wal....!! Gdybym nie odszukała pani M. i nie była tak namolna, Janka by sponiewierano kopniakami, NIECHCĄCY!!!!

Chwyciłam go energicznie i wyniosłam, pomimo, że poprzednio nie dawałam sama rady unieść grubego gipsu.
 W tym momencie przyjechał Grzegorz, mój syn, który oczywiście zaniósł Janka na miejsce, które mu wybrałam: NA KRZEŚLE, koło mnie..
Po zakończeniu transmisji telewizyjnej w której najważniejszym, bo najgłośniejszym elementem okazał się koncert nie najwyższej jakości i nie dostosowany kompletnie do TEJ uroczystości.
NIKOGO nie powitano, NIKOGO nie pożegnano. 
Szkoda tylko tych wspaniałych Starców nie tylko tych 90, 95- letnich, którzy z takim wysiłkiem przyjechali na tą uroczystość. 
Szkoda Kombatantów nie wyglądających na niezwykle zamożnych, oni chyba nie przybyli na jazzowy koncert.
 Chamstwo zalewa jak lawa wulkanu nawet nikt się temu nie dziwi

Wujku Janku jeszcze o Ciebie będę walczyć.





piątek, 25 grudnia 2015

MODA NA ŚWIĘTA

- córeńko, dziękuję ci za tą bluzkę, którą dałaś mi ostatnio!
- mamuś, nie wiem o czym mówisz.
- przecież dałaś mi taką w paski beżowo- czarne, takie w poprzek..
- ja ci dałam w paski, ale to jest sukienka!
Niech będzie sukienka, może na młodej zgrabnej kobiecie taka mini jest sukienką, ale dla mnie to bluzka, pomyślałam a na głos powtórzyłam bezwiednie ...sukienka.., ale bardzo Ci dziękuję, bo noszę ją już i wyjątkowo dobrze się w niej czuję.
- to dobrze, bo mnie nie jest w niej dobrze.
Po jakimś czasie odwiedziłam córkę, nocowałam u nich i rano po wyjściu z łazienki mówię:
- nałożę dzisiaj tą bluzkę od Ciebie.
- jaką bluzkę?
- no, tą w paski!
- chyba sukienkę!
- może być sukienkę,  ale dla mnie to bluzka.
Poszłam do pokoju, ubrałam się i wychodzę do jadalni, gdzie kręcą się wszyscy szykując niedzielne śniadanie.
- Sama zobacz!  W jednej chwili cztery pary oczu spojrzały na mnie pytająco.
- Świetnie mama wygląda powiedział zięć. 
- Babciu, ale ładnie wyglądasz, ucieszył się wnuk. 
- Mamo, ale dlaczego obcięłaś dół tej sukienki? zdziwiła się córka.
- Jaaaa???? Nic nie obcinałam! jak możesz tak myśleć, przecież właśnie taką bluzkę dostałam od Ciebie! z oburzeniem odpowiedziałam na zarzut.
- Mamo, babcia na pewno nic nie obcięła!
-  Monika, jak możesz!  odezwał się natychmiast dwugłos Obrońców.
- Nooo, może były jakieś dwie sukienki - zbita z tropu tłumaczyła córka - bo ja pamiętam, że ona miała dekolt i ściągacz na dole, a ty masz golf....
- O rety..... wiesz Moniczko, możesz mieć rację, bo dziwiłam się że ten golf ma pewnie z 80 centymetrów długości i jak widzisz z pięć razy jest zawinięty. Wychodzi na to, ze założyłam ją do góry nogami...
- twoja kreatywność wciąż mnie powala! - podsumowała córka i wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem.

środa, 23 grudnia 2015

ŚWIĘTA Z CHOINKĄ

Jak zawsze z okazji ważnych świąt wykorzystuję sytuację aby pokazać osiągnięcia dzieci i jednocześnie złożyć życzenia wszystkim czytającym.
Najwięcej obrazków powstało u nas na temat "Odlotowego Mikołaja", ponieważ skompletowałam bardzo ciekawą wystawę na terenie Galerii Foyer, w naszym MDK. Niestety nie mam zdjęć. 
Kolejne prace dotyczyły już samej choinki i niezwykłej atmosfery świąt. Każda grupa robiła inną techniką i w inny sposób, wciąż chodzą mi po głowie kolejne pomysły, ale jak ich nie zapiszę, to zapomnę. 
Dla młodziaków wycinanie wszystkich elementów tak precyzyjnie, łącznie z napisem to nie lada wyzwanie! Za to jaki efekt składanej kartki....widzicie dumę w tym spojrzeniu?


















czwartek, 10 grudnia 2015

RADZANOWIA- RODZĄCY SIĘ NOWY OŚRODEK KULTURY



Niezwykle zobowiązujące zaproszenie spędzało mi sen z powiek. Nie dlatego, że nie wiedziałam co powiedzieć, tylko dlatego, że takich tematów nie umiem poprowadzić racjonalnie.  
Nie mam wiary że podołam, że zaciekawię zaproszonych bo spotkanie stanie się łzawe... nieciekawe.. 
Zwłaszcza z młodzieżą jest najtrudniej. Można łatwo zrazić ich do problemu na całe życie. Wielka odpowiedzialność.
 Zaproszenie dostałam od właścicieli Radzanowii - skansenu w Radzanowie, gdzie odbywają się już regularnie spotkania z ludźmi mogącymi zainteresować młodzież gimnazjalną ważnymi i ciekawymi tematami.
Powyżej, na zdjęciu pani Agnieszki Rychcik-Nowakowskiej, pokazana jest pierwsza osoba,  która zapoczątkowała tego typu spotkania: Alicja Gąsiorowska, która przywiozła ze sobą kilka aparatów fotograficznych ze swojego atelier i pozwoliła młodziakom popracować na tym drogocennym sprzęcie. 
Opowiadała i uczyła, więc zachwytów i westchnień został cały obłok po jej wyjeździe!
Tematem mojego spotkania miał być Jan Rodowicz - Anoda.  Jednym słowem: symbol bohaterstwa najtragiczniejszego okresu naszej historii.
Czy ktokolwiek przyjdzie na spotkanie, które jest po lekcjach całkiem dobrowolne???
Klasa miała obowiązek przeczytania wcześniej książki Aleksandra Kamińskiego "Kamienie na szaniec" więc ogólne pojęcie o tym co się stało i jak działały Szare Szeregi młodzi powinni mieć, ale czy przyjdą??
Kilka dni wcześniej poprosiłam moją siostrę Małgosię o wsparcie, tym bardziej, że ona pamięta Janka noszącego ją na ramionach i tak biegającego z nią po naszym ogrodzie. 
Ja gdy  Janka zakatowano miałam tylko roczek.
Nurtowało mnie samą pytanie: - Jak trzeba przeżyć dwadzieścia kilka lat życia,  żeby wychodziła już czwarta gruba księga o Nim, powstały cztery filmy krótkie i jeden długometrażowy, została napisana sztuka teatralna - monodram o Jego matce.  Po raz kolejny Muzeum Powstania Warszawskiego wraz z Kapitułą przyznaje nagrodę bohatera czasów pokoju Jego imienia.........i tym zdaniem rozpoczęłam spotkanie.
Małgosia zabrała montowany przez siebie film o Janku pt "Dlaczego".
Okazało się, że bez żadnego przymusu zjawiła się duża gromada znakomitych gimnazjalistów, słuchających z uwagą i powagą naszych słów. Wyjaśniałyśmy wiele kwestii na podstawie obejrzanego filmu, naszych przemyśleń i naszych rodzinnych wspomnień i przekazów.
 Małgosia  wniosła wiele istotnych informacji i urealniła wspomnienia.
Gościnność, kultura i wiedza pani Agnieszki Rychcik-Nowakowskiej znane było mi wcześniej, ale w tym wypadku okazały się ogromnie pomocne przy prowadzeniu tak osobistego i  tragicznego wątku wspomnień.
Najbardziej zaskoczyła mnie znakomita postawa młodzieży  i jej ciekawość wiedzy o historii swojego kraju.
W ciągu kilku godzin spotkania,  był również poczęstunek i podczas takiego siedzenia przy kiełbaskach wciąż rozmawialiśmy o  Janku, o patriotyzmie, o wychowaniu, o bohaterstwie, o jego, czyli naszej rodzinie.
Warto było pokonać swoje słabości, aby spotkać tą młodzież. 
Długo będę nosiła w sercu te wrażenia.
 Dziękuję za nie: całej rodzinie państwa Nowakowskich, obecnym na spotkaniu nauczycielkom, i wszystkim oczom wpatrzonym z takim skupieniem.

środa, 2 grudnia 2015

MALUJEMY

Nie mam wcale czasu, i teraz przez najbliższy miesiąc moja obecność w sieci raczej będzie rzadka. Zabrałam się za zlecenie które zgodnie z umową zabierze mi kilka dni w tygodniu.
Spotkania z chętnymi młodymi artystami na zajęciach w MDK, odbywają się według harmonogramu. 
Dzisiaj powiesiłam piękna wystawę ich prac których tematem jest Mikołaj XXI wieku.
 Ten zabieg dotyczący XXI wieku potrzebny był po to, aby dzieci wymyślały pojazdy na których wypatrywany Mikołaj mógłby do nas dotrzeć, gdyby zawiodły zmęczone  renifery. Najbardziej zaskoczyła mnie łódź żaglowa, królik i czarodziejski ptak.
Obrazki wystawowe pokażę w następnym wpisie bo dzisiaj ledwie wyrobiłam się w czasie i nie zrobiłam zdjęć.
Oto kilka ostatnich ich prac, które powstają w wolnym czasie, poza głównym tematem.
 Kamila (15 lat), kocha temat koni. To jej obrazek akrylami na płótnie zrobiony zupełnie samodzielnie na dwóch kolejnych spotkaniach.
 Karolinkę, (ma 10 lat) znam już kolejny rok, ale jej tegoroczny rozkwit twórczy wręcz mnie szokuje. To pierwsza jej próbka węglem.

                    Zosia(10 lat) też przychodzi kolejny rok, zdecydowanie ma malarskie spojrzenie i pociągnięcia kredkami. A zając w nocy podczas śnieżycy?.........

                                         Na koniec i ja pochwalę się ostatnią pracą.

                                                        olej 30x40cm

wtorek, 17 listopada 2015

MRZONKI-MARZONKI-MITENKI

Odbieranie telefonu dotykowego podczas jazdy samochodem, gdy ma się na rękach rękawiczki??? 
A właśnie zrobiło się chłodno i zdejmowanie rękawiczek podczas trzymania kierownicy jest nie tylko niebezpieczne, ale prawie niewykonalne i trzeba obmyslić inny patent.
 I wtedy, właśnie wtedy spojrzałam na jakiś zupełnie nieznany mi blog, gdzie widniały takie cudne....... i ja natychmiast je bardzo zapragnęłam  .......
http://wdomuujagi.blogspot.com/
 Nie zastanawiając się ani minuty napisałam do Jagi, właścicielki bloga
ciepłej, przemiłej i serdecznej osoby.
Po jakimś czasie otrzymałam pięknie zapakowaną i udekorowaną przesyłkę, a w niej to co widzicie. Nie wyobrażacie sobie jaka to jest wygoda. Palce swobodne, ale nie marzną, bo moherowa włóczka jednak mocno grzeje w taki dobry sposób. Nie potrzeba nerwowo kąsać zębami rękawiczek, aby je zdejmować.  Spokojnie odbieramy umocowany w obejmie telefon i miłym głosem mówimy: Hello... ?
Pomysł nie jest nowy, bo podobne, koronkowe mam do stroju retro. Zastanawia mnie teraz, skąd nasze babki wiedziały, że palce bez ochraniaczy będą potrzebne do wysyłania sms-ów i odbierania smartfonów?

Nie patrzcie tylko na niezwykłą dłoń, która ma wielkość jakby była przynależna do mojego sąsiada z wioski, tego co tak dobrze macha łopatą i siekierą. 
Szanuję moje ręce za to co robią, ale mam do nich żal, że są tak ogromne, jakbym miała  198cm wzrostu a ja nawet 160 nie dostałam! 
 Nawet jak wygięłam je na sposób łabędzia też głupio wyglądają. 
Za to mitenki - cudeńko!
 





piątek, 13 listopada 2015

PROMIENIE

Jak słońca promienie 
gdy smutny masz czas
gdy szarość cię gnębi
gdy pędzisz na czas.
Małymi palcami
barwnymi kredkami
i chęcią i sercem
rysują swój świat! (Joanna Rodowicz)

Dzieci zachwyciły mnie do tego stopnia, że musiałam to jakoś inaczej zapisać.

Wymyślam wiecznie jakieś tematy, które nie tylko są nowe dla dzieci, ale przede wszystkim dla mnie. Ambitnie przemycam w nich ważne treści.
Chciałam pozwolić dzieciom na odrobinę radości przy smutnym, deszczowym temacie i rozdałam kolorowe kartki. Kolory każdy wybierał sam.
Deszcz rysowany był na zakończenie. Wcześniej na kolorowej kartce malowany kredkami był po prostu jakiś widok, ale w kolorach smutnych, przygaszonych.
Z przerażeniem dawałam różowe kartki o które poprosiły dziewczynki....
I co z tego powstało???
6 lat (czerwony)
6 lat (pomarańczowy)
(beżowy)
(cytrynowy)
(różowy)
(różowy)
Po tych pracach stwierdziłam, że ta grupka posiada jakąś moc, którą czułam od nich. CHCIELI stworzyć coś ciekawego, rwali się wprost aby to pokazać najlepiej jak potrafią!  (rysowało jeszcze dwoje, ale jedna praca jest nie skończona a kolejna była z innej dziedziny). Ja tam jestem aby ich naprowadzić, ale oni mi zaufali.
Czy widzicie tu BARDZO kolorowe kartki, które wzięli do ręki?
Nie, deszcz zamazuje widoki.
Nie da się ich nie kochać, wszystkich.

ps. Zaczynam żałować, że nie mam pojęcia o śpiewaniu i pisaniu wierszy, ale może to i lepiej, mogę się zająć malowaniem.

niedziela, 1 listopada 2015

CIEŃ






Idziesz powoli
i myślisz wciąż sobą
sobą okreslasz cień
i kto z tobą
A obok
raz głębiej, raz płycej
bez cienia.
Żyją, gdy smugą
pamięci się snują
wśród nas.
(Joanna Rodowicz)

Inaczej odwiedzałam cmentarze w tym roku, wolniej, uważniej.
 Pogląd i stosunek do grobu, czyli kolejnego mieszkania jest zupełnie inny niż nawet kilka lat wstecz, nie mówiąc już o dzieciństwie.
Lubię cmentarze. Muszę jeszcze dodać: STARE, z ich rzeźbami i zdobieniami domów najbliższych, zmarłych.
To takie miasto w którym czas stanął na chwilę, do momentu rozkopywania udeptanych ścieżek, do kolejnego pogrzebu, i głośnego płaczu, albo westchnienia ulgi.
Tam, wśród grobów znanych i nieznanych osób czuje się namacalnie płynność czasu i zależność od niego każdego człowieka.
To uczucie potęgują rzeczy ponadczasowe, takie jak trwałość marmuru, wiekowe drzewa, czy piękno anioła - zabytkowej rzeźby na bródnowskim cmentarzu.