Obserwatorzy

wtorek, 20 listopada 2012

JA TYLKO RYSUJĘ, DZIECI TWORZĄ

pierwszy z zamówionej serii dzieci

We wrześniu zaczęłam zajęcia od tych pajęczyn.
Potem dzieci lepiły muchy  i sklejały wszystko do kupki.




poniedziałek, 19 listopada 2012

DZIECI RYSUJĄ

Paulinka K
Ukochany temat Mateusza K
Te prace to wynik wzajemnego portretowania najstarszej grupy. nie wszyscy brali udział. Jednak większośc chwyciła charakter rysowanej osoby znakomicie. Oczywiście można się czepiać wielu rzeczy, ale kompletnie nie o to chodzi. Na bazie tych rysunków, mogłam każdemu z nich przemycić wiele oczywistości, które nigdy w teorii nie są ciekawe.
Dodaję tutaj jeszcze konie i samochody, chociaż powinnam pokazać jeszcze kilka obrazków, ale nie mogę zupełnie ich poustawiać jak bym chciała. Chyba zacznę budować galerię z boku i będę do niej linkowała, bo przy większej ilości zdjęć jest groch z kapustą.



Tomek W
Izaak R

Adam W
Ukochane konie Tomka W

Patrycja S

Monika M

Dawid P
Ukochany temat Tomka W


ukochany temat Mateusza K

sobota, 17 listopada 2012

DRUGIE BRZOZY I PORTRET

Tu jeszcze do poprawienia brzozy
na pierwszym planie, ale miesza mi się
farba bo jest mokra. 
Zależy mi na bieli pni. Do poprawki idzie jeszcze smukłość kształtu tej wygiętej.














Muszę jeszcze pokazać portret, który robiłam dzisiaj do trzeciej
 w nocy.To prezent urodzinowy dla wnuka.




czwartek, 15 listopada 2012

RADOŚĆ TWÓRCZĄ SIŁĄ

To dzieło najmłodszego Igora - pięciolatka


Gdybym chciała spreparować lek na depresję, pierwszym składnikiem na liście byłyby prace moich dzieciaczków. Właśnie po to, aby wypogodzić twarze czytających będę teraz częściej pokazywać po kilka ich prac. Dzisiejsze to kartka świąteczna.
Dzisiaj kolejna mama poinformowała mnie, że córeczka liczy godziny do naszego spotkania. Takich słów nie da się przeliczyć na monety. Nawet staje się nie ważne co zrobią, ale to, że chcą być razem w grupie, a gdy tworzą jest to na zupełnym luzie, bez przymusu z radością tkwiącą w nich samych.  Dzieci wiedzą też, że jestem tylko dla nich w całości i jest to szczere. Powiem wręcz, że z biegiem czasu ta zależność od dzieci pogłębia się w mojej psychice i sama czekam z zainteresowaniem czym mnie znowu zaskoczą.
Nie wypuszczają mnie na czas, mając już kolejną pracę skończoną, gdy przychodzi czas i rodzice pojawiają się po nich, przychodzą  prosząc o kartkę, bo będą jeszcze rysować. Kłócą się z opiekunami, że nie ma znaczenia, ze już trzeba iść bo jest im tu dobrze i chcą zostać. Te sceny są już normalnością. Niestety potem  nie mam siły robić zdjęć ich prac, bo całkowicie wyczerpana wyrywam do domu. Dzisiaj cudnie pracowały. We wtorek też  i w poniedziałek. Zapisują się wciąż nowe. Cieszę się! Piszę to nie po to, aby się chwalić, tylko bardzo mnie to cieszy i radością chcę się dzielić na blogu.
Jedna ze starszych (11 letnia) dziewczynek, często zostaje na sam koniec, tylko po to, aby na dowidzenia do mnie się przytulić. Wiem, że łatwo wpaść w megalomanię, ale jak mogę o tym nie pisać? 
Tak bardzo mnie to nakręca, że dzisiaj namalowałam szkic do drugiego obrazka z cyklu Brzozy.


Sześciolatka Gabrysia


Siedmiolatka Daria
Siedmiolatka Kalinka

Patrycji S
Patrycji K

środa, 14 listopada 2012

ZDROWY ROZSĄDEK


Staś z kuzynem Jasiem na wiejskim boisku.
Gdy zabierałam z Warszawy trzyletniego wnuczka, córka instruowała mnie dokładnie jakie leki ma on brać, bo wciąż jeszcze kaszle i ma w nocy silne ataki. Ten lek dwa razy, ten raz, ten, jak jest gorączka. Wyjechałam z całą apteką, przejęta zdrowiem dzieciątka. Udało się podczas pobytu zapomnieć prawie o infekcji. Jednak nie odważyłam się przerwać całkiem już rozpoczętej kuracji. Na szczęście leki bardziej były wspomagaczami diety, czyli dobrze jak się je bierze, ale niewiele się zmieni, gdy przerwiemy zażywanie. Najlepszy efekt osiągnęłam własnym syropem zrobionym z utartej cebuli  posypanej cukrem. 
Z grozą wciąż odtwarzam w myśli widok pudła leków stojących  na szafce u córki.
W czasie, gdy miałam u siebie małego Stasia odwiedzała mnie tutejsza, młoda sąsiadka, która w krytycznych momentach pomaga mi w gospodarstwie.  Była wprost niezbędna, gdy wychodziłam do MDK-u. Sąsiadka ma o rok młodszą córeczkę. Przychodzi zawsze z małą, bo nie ma ją z kim zostawić.  Stasiek szpanował przed dziewczynami i powiem szczerze, że bardziej był zainteresowany mamą niż swoją, młodszą koleżanką.  Codziennie rano dopytywał się czy M. przyjdzie i gdy usłyszał potwierdzenie buzia mu się rozjaśniała. Gdy przyszły, brał na przykład swoją książeczkę, siadał na schodkach. Nie reagował na żadne propozycje mówiąc, że on teraz czyta.
Gdy Staś wyjechał, poprosiłam M. żeby wpadła i doprowadziła ze mną mieszkanie do wcześniejszego układu, bez zabawek po kątach, dywaników, samochodzików i innych drobiazgów .
Malutka okazała się być bardzo marudna i wyszło na jaw, że miała w nocy wysoką gorączkę. Mama dała jej czopek antygorączkowy. Przyszła do mnie twierdząc, że wychodzą małej nowe, dalsze zęby i zawsze ma wtedy tak wysoką gorączkę. Jednak razem z wyrzynaniem się zębów  za każdym razem smarcze gilami do kolan. Wiadomo, że kiedy mama pracuje, dziecinka robi różne atrakcyjne rzeczy, na przykład rozlewa (nie wiem jak) z kubeczka niekapka całe swoje picie na podłogę  i rozciera je dokładnie rączkami, potem bierze łapki do buzi, do noska i do twarzy rozcierając gile z brudem. Widok jest jedyny i niezapomniany umorusanej mordki. Mama wcale się nie przejmuje. 
Wczoraj jednak malutka była zdecydowanie bardziej marudna. Przy zmianie pieluszki, mama rzuca uwagę, że smaruje jej pupcię linomagiem, ale nie może zlikwidować odparzenia, które pojawiło się ze dwa tygodnie temu. Podeszłam zajrzeć co się tam dzieje i przeżyłam szok. Ogniste plamy na biednej cipeczce świadczyły o jej cierpieniu. Co mogłam to powiedziałam, dałam inną pieluszkę , tą stasiową, którą zostawiłam w zapasie, dałam cudotwórczą maść aloesową, może jej trochę się ulży.
 I tak sobie myślę jak zupełnie inaczej traktuje się dziecko w obu przypadkach, pomimo, że miłość do nich jest tak samo silna i szczera.
Mama Stasia, gdy zobaczy prawie niewidoczny ślad uczulenia na rączce ma przygotowane maści, leki i przestrzega diety a mama malutkiej nie przejmując się niczym, nie mając środków i możliwości bierze na przeczekanie i zwycięską walkę organizmu dziecka z chorobami.
Po sobie stwierdzam ze stuprocentową pewnością, że tlen w powietrzu i jedzenie bez dodatkowej chemii  jest podstawą zdrowia. Po Stasiu też dało się to zauważyć.
Ja sama jestem zwolenniczką zdrowego rozsądku w chowaniu dzieci, tylko skąd człowiek ma wiedzieć, który z rozsądków jest ZDROWY?

piątek, 9 listopada 2012

W STRONĘ SŁOŃCA

Z panem burmistrzem na tle moich prac

Wróciłam  z wernisażu. Był wynikiem plenerów malarskich tego lata. Szukając śladów ginących budynków i  kapliczek na Wólce w Mławie, poznawałam dokładniej tą część miasta.
Kilka urokliwych zakątków, które miałam wielką ochotę namalować odłożyłam na potem, jednak w tych przypadkach należy jeszcze dodać w myśli: żeby zdążyć! 
Są takie opuszczone miejsca szabrowane przez „złomiarzy” i lada moment przestaną istnieć.
 Taką właśnie jest zapomniana stacyjka  kolejki wąskotorowej. Część eksponatów jeszcze tam stoi, choć jest porośnięta rdzą i przeżarta czasem.  Rozwalone budynki stacji, kilka lokomotyw i wagonów, drezyna, wszystko na stałe już zrośnięte z podłożem,  jakby ten kontakt dodawał im jeszcze woli walki z wszechogarniającą je rdzą i rozkładem.
Wrażenie niesamowite. Ten temat w sposób mistrzowski  został uwieczniony w  artystycznej formie fotogramów przez Danusię Gastołek. Powstał cykl o niezwykłym klimacie, wydobywający piękno starych, bezużytecznych tworów. Kilka zdjęć wygląda jakby były zrobione w klimatycznej Prowansji w słonecznym dniu. 
Kilka fotografii – niezwykłych pejzaży, autorstwa  Darka Tadrzyńskiego wykorzystującego duże możliwości swojego cyfrowego aparatu, też ciekawie ubarwiło naszą wystawę.
Połączono prace malarskie i fotograficzne. Wystawiało 6 malarzy i 5 fotografików .
Został wydany bardzo elegancki katalog wystawy.
Wernisaż zgromadził znamienitych gości. Dla mnie był miłym przeżyciem, tym bardziej, że na wystawie wisi Niebieska kapliczka, Widok na jezioro a pomiędzy nimi Brzozy. Brzozy zwracały bardzo uwagę. Miałam kilka pytań o cenę, ale jeszcze nie chcę się z nimi rozstawać. 
przy pięknych fotosach Danusi
Obraz jest bardzo optymistyczny , więc tak patrzę w przyszłość i zaczynam marsz w stronę słońca!.
Dzisiaj odwiozłam wnusia do Warszawy, i jakoś tak pusto i smutno jest w domu.
Dzieci na zajęcia plastyczne wciąż przybywa. Muszę zrobić dodatkową grupę. Tylko ciężko chore nie przychodzą. Najstarsze, dwunastka chodzi w całości. I co one wyprawiają na kartkach! Serce rośnie, dusza się raduje. Jest co robić. Będę pokazywać ciekawsze prace.

A JaGa, czyli http://jaga-babciaradzico.blogspot.com/ zrobiła mi przemiłą niespodziankę swoim wyróżnieniem i nominacją mojego bloga. JaGuś dziękuję!
Powinnam tutaj podać moje nominacje, ale przyznam otwarcie, że to jest bardzo trudne.
Wszystkie komentujące tu osoby są mi bliskie bo to ciekawe postacie mające coś do powiedzenia. Dowiaduję się wielu rzeczy o których pomimo swojego wieku wczesniej nie wiedziałam. Rozszerzam dzięki nim swoje horyzonty, czasem płaczę, czasem się śmieję.
Nie potrafię wybrać tylko kilku. Nominuję wszystkich moich komentatorów - przyjaciół blogowych. poczujcie się wyróżnieni!  
Stokrotka  http://prawiewszystkiemojepodroze.blog.onet.pl/
Azalia http://azalia60.blog.onet.pl/
Laviolette  http://laviolettee.blogspot.com/
Ataner  http://atanerblog.blogspot.com/
Alina http://alina-lifeafter.blogspot.com/
Ula http://dawnodawnotemu.bloog.pl/
Dośka http://powolniak.bloog.pl/
Pandorra http://manna.bloog.pl/
Anabell http://cobytujeszcze.blogspot.com/
Wienio  http://relaksmorski.bloog.pl
JanToni  http://jantoni341.bloog.pl/
Gordyjka http://gordyjka.blogspot.com
Aurelia http://mierzyczas.blog.onet.pl/
Rena http://renatak484.blogspot.com/
Krystynakabaj http://krystynkabaj.bloog.pl/
 Wcale nie myślałam o kolejności, wymieniłam jednym tchem, na równi.




środa, 7 listopada 2012

OSTATNIE ŻYCZENIE

Jedna z blogerek , KURKA (  http://fotograciarnia.blog.onet.pl/  ) umiera na raka.
 Jest dzisiaj na oiomie  jej ostatnie dni wypełnione były emocjami, czy jej ukochany kot wygra plebiscyt. Tak łatwo dać jej radość tych najtrudniejszych momentów przechodzenia.
Trzeba tylko wejść na link   http://dolnyslask.naszemiasto.pl/artykul/galeria/1574679,superkot-dolnego-slaska-ii-edycja-plebiscytu-glosowanie,galeria,3650255,id,t,tm,zid.html   i pięć razy kliknąc każdego dnia do 15 listopada. Proszę. Bo tylko tyle możemy zrobić.

niedziela, 4 listopada 2012

WARIACJE ARTYSTY



Skończyłam!!!!!


Od tygodnia mam wnusia u siebie. Trzy dni była moja siostra ze swoim dwu i pół letnim wnuczkiem, ale już odjechała, a ja postanowiłam dzisiaj o godzinie 20,30 namalować szkic do obrazu, który zamierzam za dwa dni powiesić na wystawie!  I to jest pierwsze wariactwo.
Drugie, które w czasie było pierwsze, to to że napisałam dziwnej treści dwa listy (do tej samej osoby).
Osoba wraz z żoną i dziećmi od lat mieszka w Stanach, gdzie wyemigrowała dawno temu. Wiele razy Osoba przysyłała mi swoje arcyciekawe artykuły publikowane w gazecie: Zycie Kolorado, dotyczące jego barwnego życia ( tej Osoby). Co ja sobie wymyśliłam, mając przed oczyma wyraźny napis ŻYCIE KOLORADO, że zrobiłam taką wstawkę cytuję:
…..Teraz wydreptuję ścieżki nie Kanadyjskie, ale mławskie. Psychicznie i socjologicznie są równie odległe od warszawskich jak kanadyjskie. Może nawet jeszcze bardziej…..
Jednym słowem Kolorado umieściłam w Kanadzie, ale to nie wszystko.
Dużo wcześniej czytałam opowiadanie Osoby o jego zmaganiach z remontem przed sama emigracją.
 Sytuacje z „fachowcami” przeszły granice absurdu i chciałam to przytoczyć Anabell, będącej w szponach remontu.
Wysłałam więc kolejny list z prośbą o ten opis i tu podaję adres ich mieszkania, gdzie wywnioskowałam z tekstu ( wtedy, kilka lat temu), że właśnie tam mieszkali. Otrzymałam odpowiedzi.
 Na pierwszy list: Joasiu, Kolorado to nie Kanada.
Na drugi list: Nie wiem o czym mówisz, bo nigdy nie mieszkaliśmy na podanej przez ciebie ulicy.
Więc usiadłam i szybko naszkicowałam obraz, no bo artysta może być niepoczytalny i nawet lepiej jak taki jest, wtedy sam nabiera kolorytu.
Nabrałam kolorytu i kolorów ze wstydu. Ale przynajmniej będzie pożytek z obrazu 50x 80cm.

czwartek, 1 listopada 2012

JUŻ PO KONKURSIE

Nikt z Mławy nie otrzymał nagrody. Nie znam jeszcze wierszy nagrodzonych, bardzo jestem ciekawa. Już mogę ujawnić co wysłałam.
Kategoria: Bitwa pod Mławą 1939r



POLA POD MŁAWĄ
Tu jeszcze ptak, a obok 
nad wrzosem kilka motyli.
Wysoko nad głową
chmur kształty flotylli.
Chciałoby się  tam właśnie
lecieć pod niebiosa…
Myśli wypuścić jak ptaki! 
Lecz nagle, z ukosa,
ziemia z wybuchu
otula cię szczelnie,
bo wróg chce cię zniszczyć,
a strzela tak celnie! 
Słońce w zdziwieniu, 
jakby słabiej grzeje,
wrzosy mniej pachną, 
a wiatr mocniej wieje.
I patrzysz znów w niebo,
lecz obraz się maże
i widzisz skrzywione, 
usmolone twarze.
Masz umysł spokojny, 
boś zrobił co trzeba.
I możesz już zacząć 
wędrówkę do nieba.
A w drodze, choć długa,
myśl swoją koloruj
wspomnieniem miłości  
wśród innych dróg toruj.
Choć rankiem myślałeś 
o wspólnej rozmowie,
czy choćby jednym 
od niej zwykłym słowie
- i to było rajem po 
z moździerza serii.
Teraz musisz sprawdzić 
jak jest w niebios prerii.
Spojrzysz stamtąd, z wysoka 
na swą  mławską ziemię,
jak dzieci przejęte
dźwigają to brzemię.
Jak płacząc wnikają 
w prawdziwe postaci.
Jak ojce wynoszą 
raz dzieci, raz braci!
Na polach bitewnych, 
wciąż widać te blizny
i krew tych żołnierzy 
i rany Ojczyzny! 
Choć zaraz po chwili 
motyl latał jeszcze,
zliczono poległych
ilości złowieszcze.
Chmury i dzisiaj
tworzą flotylle.
i wóz drabiniasty 
pojawia się w pyle…
Przybyło tu tylko
cmentarzy tak wiele!
I sierot przybyło,
I płaczek w kościele.




Ten napisałam jako drugi, ale go nie wysyłałam.

TOBIE MŁAWO
Jak żuki niosące 
na plecach zarazę,
wciąż widzę czołgi
sunące na bazę!
Jak zło rozpełzłe 
po rżysku skoszonym.
Zasnute tak lekko 
oparem wznoszonym.
Co będzie?
Pytanie zadaję.
A wybuch granatu 
odpowiedź mi daje.
Jak chronić tą ziemię
taszczącą na sobie
wojenne swe brzemię?
Po łące dym 
czarny się ścieli
i słychać jęk dzwonów 
w miejscowym kościele.
Jak ustrzec najbliższych
przed męką w obozie,
gdzie śmierci jest tyle? 
Odpowiedz mi Boże!
Kiedy mnie znajdą 
za tą wielką kłodą,
to tu zostanie 
myśli moich stos,
bo krzyczałem, 
tak bezwstydnie, w głos!
I choć chciałem, 
to nie chciałem 
umrzeć  cicho 
i płakałem
na tym polu sam.
Bo mi smutno,
bo cię tylko jedną,
tą jedyną, 
Mławo mam!

piątek, 26 października 2012

MORZE MOŻE SKOŃCZONE

Dzisiaj wysyłam aż dwa posty. Tyle miłych słów w ostatnim czasie uskrzydliło mnie niesamowicie i usiadłam i skończyłam (?) obraz widoczny w tle na spotkaniu szkolnym. Wcześniej nie wiedziałam w którą stronę go przemalować, ale dzisiaj mnie naszła myśl! Mam nadzieję, że się spodoba. Nie wiem, czy nie wykorzystam go przez chwilę w grudniu, na wystawie w galerii mławskiej. 
( a jednak dzisiaj jeszcze odrobinkę poprawiłam i jadę oddać bo nigdy nie skończę!)

WERNISAŻ PRZEDSZKOLNY






A na koniec ja dostałam OBRAZ od dzieci. 
                                                                                                            






 Po miłym powitaniu i wyjaśnieniu co to jest wernisaż i po co się go robi, wręczałam dyplomy przygotowane wcześniej przez   Przedszkole.  Na początku był uścisk ręki, ale szybko przeszłam na przybicie piątki. W końcu rozmawialiśmy jak równy z równym, sami artyści. Odświętne ubranka dodawały wagi  tak bardzo pięknie przygotowanej wystawie. Były też i występy z tańcami, śpiewem. Na koniec pożegnanie i.....ja dostałam piękny obraz malowany przez dzieci, wraz z podziękowaniem na piśmie od Przedszkola. Na deser ( bo musiałam odmówić zjedzenia i tym razem obiadu z dziećmi), pani dyrektor poczęstowała mnie tak pyszną szarlotką z orzechami, jakiej jeszcze w życiu nie jadłam. To wypiek pani kucharki. Kłaniam się jej nisko. A dyrekcję przedszkola wraz z całym zespołem stawiam za przykład mądrego pokazywania dzieciom dobrego wychowania, kultury i miłej zabawy.
i bardzo eleganckim wyglądem
Dzieci zaskoczyły mnie pięknymi pracami

czwartek, 25 października 2012

DZISIAJ Z UCZNIAMI

Zanim opiszę dokładnie przepiękny, przedszkolny wernisaż, opowiem o dzisiejszym spotkaniu w szkole.
 Po wysłuchaniu mojej twórczości na Wieczorze Literackim w Miejskiej Bibliotece,  jedna z Pań bibliotekarek zapowiedziała mi, że zaprosi mnie na spotkanie z uczniami do swojej szkoły. Właśnie na dzisiaj ustaliłyśmy termin tego spotkania.
Zawiozłam szkice, portrety, pejzaże i wzięłam pod pachę książkę mamy i własną twórczość
.Na wstępie zostałam pięknie przedstawiona, na końcu otrzymałam wiśniowe, przecudne róże i eleganckie podziękowanie! (Boże nie dopuść, aby przewróciło mi się w głowie!!!!)
Miejsce spotkania podpowiedziało mi kolejność i wagę omawianych spraw.
Opowiedziałam o książce mamy, przeczytałam niewielki fragment i płynnie przeszłam do swojej twórczości. Skupione twarze dzieci sprawiły, że nie zorientowałam się w upływającym czasie. Przeczytałam króciutkie opowiadanie o sowie i dłuższe o moich przeżyciach z ostatniej rekonstrukcji. Już kończę czytać, gdy nagle rozlega się drrrrrrrrrrrrrrr…dzwonek! 
- och, dzwonek,- podniosłam pytający wzrok na opiekunkę,-czyli już mam kończyć? 
Opiekunka kiwnęła głową, ale dzieci ani drgną.
 – Proszę pani, proszę czytać dalej!
Ani jedno dziecko nie ruszyło z miejsca, siedziały w skupieniu oczekując zakończenia!!!!!!!!!!
Przeczytałam i dopiero wtedy wzruszenie mną targnęło, gdyż pamiętam przecież jak dźwięk dzwonka powodował natychmiastową reakcję i związany z tym hałas odsuwanych krzeseł.
Nie było czasu na pytania od dzieci, które chciały jeszcze choć chwilę ze mną pobyć. Chłopcy rzucili się do pomocy wynoszenia mi sprzętu do samochodu, inni obiecywali zapisać się do kółka plastycznego w MDK.
Ale nie może być aż tak piękne i to z mojego własnego powodu. 
 Wczoraj  planując spotkanie z uczniami, pomyślałam sobie, że powinnam napisać jakiś zabawny wierszyk po to, aby były i te lekkie momenty. Usiadłam i napisałam. Tylko, że zaspałam i nie wydrukowałam i NIE PRZECZYTAŁAM. 
MOJA MAGIA
Gdy deszcz pada
 i w butach chlupie
idę do kompa
  i mam resztę w d…!
   Na małym ekranie
   Jak za sprawą różdżki
Pędzel  wydostanie
różne piękne muszki
   i ptaszki i konia, 
co bryka i jednego psa.
Bo  ekran mnie wciąga,
Bo ekran to gra.
 Bo gra na ekranie
dla mnie polega
na tym, że panie
piesek i  ich kolega
 powstają w mej  myśli
i na tablecie,
który przyjmuje 
to, co mi się plecie.


- Zrób i moim!  I moim, dam na fejs!
- Proszę pani, to kładka na Wólce! Prawda?
- Tak, oczywiście!
- O, kładka z tym drzewem, na Wólce, w Krajewie!
- Proszę pani, ja mam portret, który pani mi zrobiła na Wyciągamy Dzieci z Bramy!
- A ja brałem z panią udział w rekonstrukcji!


http://www.mlawa.pl/z-zycia-szkol-i-przedszkoli/zpo1-spotkanie-z-malarka-joanna-rodowicz.html



wtorek, 23 października 2012

JESIENNY PEJZAŻ CZĘŚĆ FOTO


Dzień dobry dzieci, jakie są kolory jesieni? Wiecie?


Tyle czasu byłam grzeczna, a tu jeszcze pozowanie!


Jeszcze tylko wpis do Księgi Pamiątkowej.

To drugi obrazek malowany z dziećmi.

A to bukiet od Przedszkola po
DWÓCH TYGODNIACH

środa, 10 października 2012

JESIENNY PEJZAŻ


Dni jak pogoda, jedne są piękne a potem cały tydzień deszcz. Na szczęście wczorajszy dzień rozpoczęłam i zakończyłam w ciekawy sposób.
Zacznę od wieczornego zakończenia. Napisałam pierwszy raz w życiu wiersz, zmobilizowana tematem konkursu. Bardzo przejęta przeczytałam  wiersz przez telefon mojej siostrze. Skończyłam czytać a w słuchawce cisza..
- skończyłam. Jak ci się podobało? zapytałam zaniepokojona.
- Nie mogę mówić! Jest piękny!  - połykając łzy, odpowiedziała mi siostra – piękny, przepiękny!
……..
A teraz początek dnia.
Miałam umówione spotkanie z przedszkolakami w ramach ich programu wychowawczego pod hasłem „ Spotkanie z malarką.  Temat - pejzaż jesienny”.
Pani, przez telefon, szczegółowo omówiła za mną wszystkie działania, czego po mnie oczekują i wydawać by się mogło, że świadoma wszystkiego mogłam się przygotować. 
Jednej rzeczy tylko nie brałam pod uwagę, że przed wyjściem pokłócę się z A. i że moje myślenie będzie bardzo upośledzone.
Wylądowałam w przedszkolu, gdzie pierwsza pojawiała się grupa 60-ciu  pięcio i sześciolatków.
Przedszkole nr 4 w Mławie jest przedszkolem integracyjnym, mimo to są bardzo duże grupy dzieci.
Wyjęłam duży blejtram 80 x 50 cm i wyjrzawszy za okno zobaczyłam jesienną, już wyżółconą brzozę a pod nią na tle zielonych tui, popiersie ich patronki Ewy Szelburg-Zarębiny.
Objaśniwszy co potrzebuje malarz do swojej pracy, która równocześnie jest wielką  przyjemnością, ustaliłam z dziećmi jakie będziemy używać kolory farb. Wzięłam paletę, pędzle i namalowałam widok zza okna.  Na koniec na kolanie pożyczywszy od dzieci ołówek i kartkę naszkicowałam portrecik dziewczynki.
Nie przewidziałam, że nie pozwolą mi zabrać obrazu i że będą chcieli go powiesić i że nie będę miała na czym malować z drugą grupą. 
Głupio planowałam zetrzeć obraz i na tym samym płótnie malować dla drugiej grupy.
Chyba przez przypadek, albo podświadomość wzięłam taki malutki blejtram 30 x 40 cm. Brałam go po to, aby w razie potrzeby namalować na nim pojedynczy jesienny liść.
Przeraziłam się bardzo, bo zostałam z tym malutkim płótnem. Trudno, trzeba mocniej użyć mózgownicy!
 Pani konspiracyjnie tłumaczyła mi, że nie jest to komfortowa sytuacja, bo jedni będą mieli duży
obrazek a tamci….
Moje komórki z szarych zrobiły się pewnie czerwone z przeciążenia.
Pojawiła się kolejna grupa 60 dzieciaczków w wieku 3-4 latka.
Troszkę inaczej trzeba prowadzić spotkanie, prościej i ciekawiej - pomyślałam. 
- Widok jesienny można namalować w postaci jednego listka, całego drzewa, krzaków, lasu, parku a nawet całego miasta. Co dzieci by chciały mieć na obrazku?- pytam
- CAAAłee miastOO!!! Odzywa się grupa.
-O kurka wodna! Sama sobie kretyńsko szykuję stryczek idąc na żywioł - przeklinałm swoją spontaniczność.
Wzięłam pędzel i leciutkimi kreskami malowałam mówiąc: - dobrze, to namalujemy nasz ratusz, obok ratusza kościół i chodnik koło nich. Żeby była prawdziwa jesień, to zmienimy bloki wokół na park. Za ratuszem są drzewa a przed nimi krzewy. 
Ustaliliśmy wcześniej,że kolor niebieski nie jest charakterystyczny dla jesieni, ale zawsze pojawia się na niebie i w odbiciu w wodzie.
Namalowałam więc niebo, malutki ratusz i obok kościół, a potem poprosiłam panie o pomoc, aby podchodziły do mnie po kolei dzieci, które pomogą mi namalować jesień. 
Ustawiono kolejkę. Dziecko podchodziło, dawałam mu do ręki pędzel wcześniej umoczony w farbie olejnej i chwytając za koniuszek pędzla prowadziłam po płótnie. Każde robiło tylko jedną plamę koloru. Gdy skończyliśmy okazało się że wyszedł tak piękny obrazek, że sama ze zdumienia nie mogę wyjść! Za tydzień dostanę zdjęcia i je tutaj umieszczę. 
WSZYSCY byli bardzo zadowoleni.  Wręczono mi fantastyczny, kolorowy, wielki bukiet kwiatów razem z podziękowaniami  (oprócz zapłaty ).
Poczęstowano mnie jeszcze obiadem, który zjadłam razem z grupą średniaków. Był pyszny.
Co tu dużo mówić, towarzystwo w którym jemy zawsze wpływa na smak potraw.

czwartek, 4 października 2012

URROCZYSTE PODSUMOWANIE SIERPNIOWEJ INSCENIZACJI

Jest taki zwyczaj uroczystego podsumowania inscenizacji sierpniowej Nalotu Bombowego na Mławę i Bitwy pod Mławą.  W tym roku odbyło się to w poniedziałek. Niestety tylko my, stara gwardia w ilości OSÓB TRZECH przyszliśmy na tą uroczystość w ubraniach z epoki. Reszta nie wiedziała, że to piękny zwyczaj i pretekst do stworzenia mocnej społeczności rekonstruktorów. Komentarz prowadzącej spotkanie nie był dla nas pochlebny, nie wiem dlaczego. Jednak gdy pojawiliśmy się na scenie natychmiast poproszono nas na środek, aby 
dziennikarze mieli możliwość porobić zdjęcia. Jestem na czterech ostatnich zdjęciach, w  jasnym kostiumie z różowym toczkiem na głowie. I nim się kłaniam wszystkim odwiedzającym mnie tu.
http://www.naszamlawa.pl/bitwa-bedzie-kontynuowana-chca-nakrecic-film-fabularny-8222mlawa-to-slawa-i-tak-ma-byc8221,news,4117,aktualnosci.html#
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

 Poruszę jeszcze moje ostatnie przygody autobusowe.
Po raz drugi w niedługim czasie, kiedy wracałam z Warszawy autobusem specjalnie wypatrzonym tak, aby logistyka moich wycieczek płynnie wplatała mnie w wytyczone zadania, zdarzyła się ta sama sytuacja.
 Wpadam na Dworzec i pędzę do kasy, proszę o bilet na godzinę...!
 - Nie, proszę pani takiego autobusu dzisiaj nie ma.
Tak właśnie się zdarzyło, gdy przyszłam o godzinie dwudziestej drugiej na Dworzec Zachodni w Warszawie.
- jak to się stało, że nie ma?-pytam
- nie zauważyła pani w swoim rozkładzie, że przy tej pozycji jest mały plusik? Oznacza to, że kursuje on tylko w niedzielę.
- o której mam następny? pytam kompletnie zaskoczona.
- Następny jest o godzinie zero minut dziesięć. Proszę sprawdzić może będzie jakiś pociąg i uważać, bo po jedenastej zamykają cały Dworzec. Koło ochrony jest taka mała nocna poczekalnia.
Tyle dowiedziałam się od kasjerki, którą już potem zamęczałam głupimi pytaniami.
Sytuacja nie była wesoła, bo A. musiał po mnie wyjechać te osiem kilometrów do Mławy. Wracałam tego wieczora, bo on wybierał się świtem w daleką podróż i  trudno, żeby wcale nie spał tej nocy.
Jak zawsze miałam ciężką torbę, ruszyłam z nią kilometrowymi podziemnymi labiryntami dworcowymi do nocnej kasy kolejowej. Nie, nie miałam żadnego połączenia przed świtem. Wróciłam z powrotem na Dworzec autobusowy, do kasy kupić bilet. Potem ruszyłam w poszukiwaniu lokalizacji nocnej poczekalni, ale tam dowiedziałam się, że za dziesięć dziesiąta nie mam prawa, aby przysiąść w tym miejscu na ławce. Takie prawo nabywa się dopiero piętnaście po jedenastej. Powędrowałam więc z torbą do głównej poczekalni. 
Publiczność dworcowa nocna zasadniczo różni się od dziennej. Jest jakaś bardziej śmierdząca, bardziej pijana i bardziej mnie przeraża.
 Po jakimś czasie przysiadła się do mnie niemłoda już Ukrainka pytając o jakieś wskazówki. Powiedziałam jej co i jak, bo całkiem dobrze poznałam już topografię  tego miejsca.
 Kobiecina z wdzięczności zaczęła mi się skarżyć, że właśnie przyjechała z Wilna, gdzie pochowała matkę i musi się przesiąść na lwowski autobus. Na ten przed półgodziną nie zdążyła i będzie czekała do rana do godziny dziewiątej. 
Mówiła po ukraińsku i sprawiła mi tym przyjemność, bo ogromnie lubię słuchać melodii tego języka, ale trudno mi było odpowiadać w łamańcu rosyjsko-ukraińskim. Przekazałam jej wszystko co wiedziałam na temat nocnej poczekalni i w odpowiednim czasie wyekspediowałam ją i siebie na miejsce. Pocieszałam się myślą, że moja wycieczka niedługo się skończy, nie tak jak Ukraince.
Do domu dotarłam o drugiej trzydzieści.
Od tego czasu głowię się nad jednym zagadnieniem.
 Gdy przyjeżdża jakiś nocny autobus, to czasami ludzie muszą gdzieś poczekać. Nie ma takiej możliwości, aby znaleźć wtedy  tą poczekalnię. Wszystkie drzwi są zamknięte na głucho.
 Ja miałam ogromny problem z WYJŚCIEM! Wychodzi się przez boczny otwarty barek. Jednak jego działalność nocna jest kompletnie zamaskowana. Ktoś, kto nie pierwszy raz tamtędy przechodził, naciskał klamki dwojga innych sąsiednich drzwi zanim trafił na właściwe. W środku trzeba jeszcze zrobić zawijas, aby trafić za pomocą własnego azymutu, do wyjścia na perony.

Na dworcu przesiedziałam tylko dwie i pół godziny a ile w tym czasie miałam wrażeń, ile się dowiedziałam, ile poczyniłam nowych obserwacji! Tylko nie wiem po co.

środa, 3 października 2012

WERNISAŻ W MUZEUM

Ledwie zdążyłam dojechać na dzisiejszy wernisaż w Muzeum Ziemi Zawkrzeńskiej, gdzie spotkała mnie miła niespodzianka. Znałam temat wystawy: Malarstwo Polskie i Obce w Hafcie  
Krzyżykowym. Od dawna słyszałam, że w naszym Związku Twórców są hafciarki, jednak nie widziałam ich prac "na żywo", tylko na zdjęciach. Nie miałam żadnego poglądu na ich twórczość. To co zobaczyłam dzisiaj w sali wystawowej, zaszokowało mnie poziomem artystycznym, mrówczą pracą i pięknym przesłaniem samym w sobie. Żadne zdjęcie tego nie odda. Wystawę stworzyły prace sześciu pań. Różny jest poziom prac i różna jest tematyka.
Pokazuję tylko jeden z kilku najpiękniejszych obrazów haftowanych krzyżykami. Reszta w linku


Przemalowuję wciąż swój obraz. Chciałam zlikwidować pierwszy plan, ale poszłam dalej. W efekcie cały obraz do zmiany, głównie zasadniczy temat domku na wyspie. Mam jednak satysfakcję: wielka woda namalowana i jestem z niej zadowolona, resztę namaluję od początku.


Jednak całość po przemalowaniu straciła blask, który musi się znowu na nim pojawić.