Obserwatorzy

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

REKONSTRUKCJA NALOT BOMBOWY NA MŁAWĘ


Kochani, oddałam wnusia i rzuciłam się w wir przygotowań do mławskiej rekonstrukcji.
Wklejam oficjalne informacje podane w prasie.

Nalot bombowy na Mławę w Internecie
Kto nie może uczestniczyć w inscenizacji nalotu bombowego na Mławę, a chce zobaczyć widowisko będzie taką możliwość dzięki transmisji on-line na stronie internetowej www.bitwa1939.mlawa.pl. Oficjalne uroczystości 73. rocznicy wybuchu II wojny światowej oraz inscenizacja nalotu bombowego na Mławę - teatralne widowisko uliczne, w piątek 31 sierpnia od godz. 17.00 będą transmitowane w czasie rzeczywistym na bitewnej stronie internetowej. Materiał będzie dostępny dla internautów przez około tydzień. 
PROGRAM UROCZYSTOŚCI 73. ROCZNICY BITWY POD MŁAWĄ
31 sierpnia 2012 r. (piątek)
Centrum Miasta Mława
od 10.00 - Piknik militarny
od godz. 17.00 – Oficjalne uroczystości 73. rocznicy wybuchu II wojny światowej
Przyjęcie meldunku Przemówienia okolicznościowe Apel Pamięci Modlitwa za zmarłych Salwa Honorowa Defilada pododdziałów
- Inscenizacja nalotu bombowego na Mławę - teatr żywy na ulicy – widowisko plenerowe
- Zapalenie symbolicznych zniczy w parku miejskim oraz w miejscach pamięci ofiar II wojny światowej w Mławie
- koncert na Estradzie w Parku Miejskim
 1 września 2012 r. (sobota)
Pole Bitwy pod Mławą, Uniszki Zawadzkie
od godz. 10.00 – Piknik militarny, występ zespołu NPWM
godz. 15.00 - Widowisko Historyczne - Rekonstrukcja Bitwy Pod Mławą
Pomnik Piechura, Uniszki Zawadzkie przy trasie Nr 7
godz. 18.00 - Złożenie kwiatów pod Mauzoleum Żołnierzy Września Zapalenie 864 zniczy pod Pomnikiem Piechura upamiętniających ofiary Bitwy pod Mławą



poniedziałek, 13 sierpnia 2012

KIEDYŚ W KROŚNIEWICZANACH cz 13



Słońce nie zwracając uwagi na smutną uroczystość świeciło mocno i dzień zapowiadał się pogodny.
W Krośniewiczanach, od świtu trwały przygotowania do stypy. Wyglądało na to, że przyjedzie kilka znajomych rodzin i sąsiadów z okolicznych majątków. Jednak ani pan Krzywicki, ani Aleks, ani cała rodzina Anny nie zostali zawiadomieni. Annie było przykro  z tego powodu, tym bardziej, że panią Krzywicką bardzo ceniła i lubiła. Czuła się zagubiona i bezbronna, jednak potrzeba objęcia kierownictwa nad służbą tego dnia odwróciła jej uwagę od wspomnień i obaw. Nata zajmowała się przyjezdnymi i Karol bardzo jej w tym pomagał. Był dowcipny, uroczy i świetnie zabawiał nadjeżdżających wciąż nowych gości.
Anna zajęta wydawaniem dyspozycji nie orientowała się dokładnie kto kiedy przyjechał. 
Czas nieubłaganie pędził i stwierdziła, że ma tylko pół godziny, aby przygotować się do drogi, bo inaczej zostanie we dworze. 
Pobiegła do swojego pokoiku i szybciutko szykowała się na żałobną uroczystość. Była już prawie gotowa, wyjrzała przez okno, aby zobaczyć, czy już podjeżdżają powozy, ale jej uwagę przyciągnął młodzieniec, który wydał jej się tak bardzo podobny do Złotowłosego!
Zamarła. Serce tłukło jej się w piersi jak oszalałe, nie mogła się ruszyć pomimo świadomości, że to tylko złudne wrażenie. 
Musiała chwilę odczekać, bo nogi odmawiały jej posłuszeństwa. O mało się nie spóźniła, wybiegła w ostatniej chwili i wsiadła do bryczki w której siedziała część służby jadąca na mszę.
Anna cieszyła się, że do kościoła jechało się prawie godzinę, miała czas na opanowanie drżenia rąk i bicia serca. Udając że się modli powtarzała w myśli zdanie: - Muszę być spokojna i dzielna w imię mojej miłości!
Pod kościołem już spokojnie wysiadła i patrząc pod nogi dotarła do bocznych ławek. Tam w półcieniu zasłuchała się w organy i głos proboszcza grzmiący z kazalnicy. 
Całą łacińską mszę znała na pamięć i lubiła pod nosem wtórować księdzu, ale dzisiaj wszystko jej się myliło i musiała poprzestać na słuchaniu.
Szybko jednak wyłączyła się i zamyśliła nad skomplikowaną sytuacją, ale gdy klęczała przy podniesieniu, doznała olśnienia, że przecież ksiądz musi wiedzieć więcej od innych i że ona pierwsze kroki skieruje właśnie do niego. Ta myśl kojąco wpłynęła na jej duszę.
Kościół był pełen, gdy zabrzmiała pieśn końcowa i wszyscy zaintonowali ją wraz z organistą o pięknym barytonie Anna pomyślała, że tak muszą brzmieć chóry anielskie!
W tłumie wybijał się też piękny, czysty i donośny głos Naty.
- Chociaż to jedno - piękny pogrzeb otrzymała pani Krzywicka. Teraz osądzać ją już tylko może sam Bóg w Niebiesiech – myślała Anna ze wzruszeniem.
Goście wracali na stypę.  
Anna stała ze spuszczoną głową, starała się nie rozglądać, aby znowu nie wpaść w histerię. Nie miała pojęcia, kto to jest taki łudząco podobny do Złotowłosego, ale nie chciała dociekać prawdy, bojąc się kolejnych rozczarowań. Tym razem też skorzystała z bryczki dla służby.
Korowód bryczek, dwukółek, land i powozów niespiesznie dojeżdżał o Krosniewiczan.
Nata z Karolem witali wszystkich w progu salonu.
 Wyglądali razem fantastycznie. Ona smukła, wyniosła i posągowa, on niski, grubawy, jowialny, dowcipny – zestawienie całkowitych przeciwności, ostro widoczne, gdy tak stali obok siebie.
Wytworny kostium sprowadzony z Paryża świetnie leżący na Nacie zwracał uwagę przybyłych kobiet, zaś inteligencja Karola i jego poczucie humoru wprawiało panów w słuszne kompleksy.
Stół w jadalni został skromnie, ale elegancko nakryty na dwadzieścia dwie osoby. Przy każdym nakryciu stał maleńki kryształowy kieliszek z fioletowym astrem. Obok talerzyków leżały w srebrnych opaskach białe lniane serwetki z wyhaftowanym liliowym monogramem państwa Krzywickich i bzem na narożnikach. Porcelanowy serwis z fiołkami na brzegach, rozstawiony był dokładnie w równych odległościach a przy talerzach równiutko, jak w wojsku położone były błyszczące, srebrne sztućce. Na bocznych stolikach stały w jasnych wazonach astry w różnych odcieniach fioletu, co z białymi muślinowymi firankami i białymi meblami stanowiło piękną, estetyczną całość.
Jadalnia przedstawiała wygląd elegancji i smaku i była dziełem stworzonym przez Natę.
Po chwili wszyscy siedzieli na swoich miejscach na które kierowała ich gospodyni. 
Anna usiadła przy pani Rajgrodzkiej, którą pamiętała z dawnych lat. Nie lubiła jej bo wtedy wydawała się być zbyt bezpośrednia i głośna, ale teraz nie miało to żadnego znaczenia. Drugie krzesło z lewej strony pozostawało puste, choć Anna zajęta rozmową, wcale na to nie zwróciła uwagi.
- Już dawno powinien być podany bulion!- stwierdziła Anna, gdy omówiła już z panią Rajgrodzką spotkanie sprzed lat.
 Goście zajęci rozmowami, dyskretnie rozglądali się oczekując poczęstunku.
Anna, przeprosiła panią Rajgrodzką, wstała i pośpiesznie ruszyła do kuchni.

sobota, 11 sierpnia 2012

PRZEOCZONY ARTYKUŁ

Natychmiast po spotkaniu literackim w Bibliotece Miejskiej w Mławie, wyjechałam do Warszawy i przeoczyłam artykuł, który ukazał się trzy dni później w Gazecie Mławskiej.
 Nie mogę sobie odmówić przyjemności pokazania go tutaj. Daję obrazek całej strony i niżej duże powiększenie, aby można było przeczytać tekst.

Ostatni tydzień też byłam w Warszawie i przywiozłam małego Stasia na dwa tygodnie. Wybaczcie więc, że kuleję z blogiem, pewnie już tak będzie do końca wakacji. Jak znajdę chwilkę, może wrzucę coś, ale nie obiecuję. Przepraszam. 





piątek, 3 sierpnia 2012

KIEDYŚ W KROŚNIEWICZANACH cz 12


W ręku trzymała piękną haftowaną sakiewkę. Na froncie widniał herb Nałęcz, czyli nałęczka-przewiązany szal, a poniżej inicjały kunsztownie wyhaftowane jedwabną nitką: 
T D. Nie, to nie była jedwabna nitka to były różne odcienie włosów. Zaskoczyło ją to odkrycie.
 Wpatrywała się z zachwytem, ale po namyśle schowała sakiewkę do kieszeni nie sprawdzając jej zawartości. 
Wstała i wyszła z pomieszczenia myśląc jeszcze o ukochanym, który tu kiedyś był.
 Jeszcze raz dotknęła woreczka w kieszeni i poczuła, że on zostawił dla niej ślad, że wiedział o jej powrocie.
Jakie to szczęście, że została we dworze. Nie wiedzieć czemu zabrała tutaj ze sobą ciemno- szarą, prawie czarną suknię idealną na ubranie do domu żałoby.
Poszła w stronę stajni, ale w ostatniej chwili rozmyśliła się i zawróciła do dworu.
Chciała czym prędzej zajrzeć do sakiewki. Ostanie metry biegła, a gdy wreszcie zamknęła drzwi swojego pokoju, wysunęła rękę z kieszeni i otworzyła ściśniętą mocno dłoń ze znaleziskiem. Położyła ją na łóżku, jakby ważne było miękkie podłoże.
 Rozwiązała drżącymi palcami mocno zasupłany sznureczek i z jeszcze większym nabożeństwem wyciągnęła złożony na czworo papier. Delikatnie rozkładała go, głaszcząc zagniecenia. Jej oczom ukazał się dziwny napis, pisany łaciną i podpis Konrad Dolibski i Mieczysław Dolibski, obok data sprzed pięciu lat.
 Ale, gdy uważniej się przyjrzała, dostrzegła trochę wyżej jeszcze jeden podpis, mało czytelny, bo bardzo spłowiały i obok datę sprzed 80 lat. Nic z tego nie mogła zrozumieć i nie miała pojęcia co oznacza łacińskie przesłanie, tak ważne, że potwierdzone jeszcze raz innymi podpisami. 
Znalazła w sekretarzyku przybory do pisania i papier listowy, usiadła i wiernie spisała tekst i daty. Złożyła znalezisko, włożyła do woreczka, ale poczuła jeszcze coś. Na samym dnie zawinięty w kawałek materiału tkwił piękny sygnet z wyrżniętym w krwawniku herbem.
 Anna trzymała w ręku ważny przedmiot dla rodziny o herbie Nałęcz i uświadomiła sobie, że trzeba będzie ich odszukać, aby to oddać.
Kompletnie nie wiedziała jak się do tego szukania zabrać. Usiłowała sobie przypomnieć jak mógł mieć na imię jej ukochany. Nie miała okazji spytac go o to, bo albo był tak cierpiący, albo milczący by nie prowokować losu w krótkich chwilach bez bólu. Na końcu stale był nieprzytomny, więc nie miała kiedy pytać jak się nazywa. Wtedy nie to było ważne, wtedy ważniejsze były opatrunki, leki, zdobywanie miejsca na nocleg i łagodzenie wciąż narastającego w nim bólu. 
Pamięta, że na początku, jego kompan zwrócił się do niego: panie Dolibski... tak! 
Panie Dolibski! Panie Dolibski! – już na głos w zachwycie powtarzała dziewczyna.
 Do tej pory w myślach nazywała go Złotowłosy. Mój Złotowłosy!! Jak ma teraz myśleć? Złotowłosy Dolibski?  Mój?
To już nie będzie mój - z żalem myślała, bo jego tajemniczość dodawała ciepła do wszystkich jej uczuć, bo była bezpieczna w świecie dla nikogo niedostępnym. 
Teraz, gdy nie będzie anonimowy wszystko się zmieni. Nie chciała oddawać nikomu tych skrytych marzeń. Jednak odszukanie właścicieli dokumentu i sygnetu było dla niej oczywiste. 
Z jednej strony ciekawa była jego rodziny, z drugiej wszystko stawało się od razu takie banalne.
Nie wiedziała, ile czasu siedziała rozmyślając nad znaleziskiem. Wzdrygnęła się, gdy usłyszała pod oknem Natę i jej męża.
Tydzień do pogrzebu pani Krzywickiej minął im na przeglądaniu dokumentów skrupulatnie poskładanych przez gospodynię. Wynikało z nich, że właściciele ledwie, ledwie wiązali koniec z końcem, pomimo dużych zysków z cukrowni i rolniczych upraw zbóż, lnu i buraków. 
Nata ani chwili nie zastanawiała się nad ekonomia, ale Anna zaintrygowana była tą sprzecznością. Zastanawiała się, kto tak zaburzył dochodową gospodarkę, pan Krzywicki czy Aleks, czy jeszcze coś o czym nie wiedzą do tej pory. 
Nata skupiona była na poszukiwaniach swojego aktu urodzenia, którego nie było w dniu jej ślubu. Ksiądz znał ich od zawsze i pamiętał o tym, że ją chrzcił, więc udało się bez papierka. Teraz Nata przyjechała po dokument, bo konieczny był do papierów wyjazdowych. 
W kościele zaginęła ta jedna jedyna księga z okresu od 15 lutego do 28 marca roku jej urodzin. Nata liczyła na to, że gdzieś znajdzie ten pierwszy oryginalny akt, upchnięty razem z innymi dokumentami.
 Przeliczyła się bardzo. Każdego następnego dnia mina jej robiła się coraz bardziej zniechęcona i smutna. W dniu pogrzebu była tak rozwścieczona, że lepiej było schodzić jej z drogi. Nie zajmowała się wcale sprawami pogrzebu, ale na szczęście w tym wyręczał ją mąż.
Anna zaś dyskretnie szukała śladów o Aleksie, ale i ten temat był ukryty starannie przed okiem przeszukującym papiery.
Bardzo chciały wysłać zawiadomienie do pana Krzywickiego, niestety znalazły od niego tylko jedną kartkę pocztową wysłaną z Wiednia w której dziękował żonie za coś, co nie było ujawnione. Na niej nie było żadnego adresu.
Więcej śladu po nim nie było. Umówiły się z Natą, że gdy Anna pojedzie na poszukiwania siostry i rodziny do Wiednia to  popyta o pana Krzywickiego.
Nadszedł dzień pogrzebu.

poniedziałek, 30 lipca 2012

KIEDYŚ W KROŚNIEWICZANACH cz 11




 Doktor Pławski wezwany do zmarłej, uściskał w milczeniu Natę i po wypisaniu dokumentu, szybko udał się do powozu. Anna w ostatniej chwili zdążyła chwycić go za rękaw, gdy już jedną nogą stał na stopniu powozu.
- Kochany panie doktorze, czy mógłby pan ze mną porozmawiać?
- Teraz?- zdziwił się doktor.
- Nie - z żalem w głosie odpowiedziała Anna - proszę tylko w najblizszym czasie. Może zaraz po pogrzebie pani Krzywickiej?
- No, dobrze. Termin spotkania ustalimy zaraz po pogrzebie, gdzie pewnie się spotkamy. Słyszałem, że panienka dzielnie się spisuje, jako pomoc szpitalna. Spotkałem niedawno doktora Rybackiego. Zaczepił mnie, bo wiedział od panienki, że to ja wysłałem ją z rannym, przyuczywszy posługi. Nie mógł się panienki nachwalić. No, ale ja już muszę jechać, bo inni czekają. Moje uszanowanie, panienko! - To mówiąc ukłonił się Annie dystyngowanie i szybko wsiadł do powozu. 
Doktor postarzał się bardzo przez te kilka lat, ale wciąż był szarmancki i widać było, ze umysł działa mu bez zarzutu. Anna jednak odniosła wrazenie, że rozmawia z nią bardziej oschle niż by to wynikało z sytuacji. 
Gdy wracała przez hall, dotarły do jej uszu fragmenty rozmowy Naty z mężem
 - Gdzie podziewa się papcio? Przecież nie wiem tak właściwie czy jest w Paryzu, czy w Wiedniu, czy nad jeziorem Como. A jak odszukać Aleksa? Może są jakieś listy? Muszę sprawdzić, ale teraz głowa mnie boli.
- Oczywiście Duszko, że nie wiesz. Szanowna mamusia nie chciała wciągac cię we wszystkie sprawy domowe. Zapewniam cię, ze się zdziwisz, jak dowiesz się róznych, waznych informacji. Tylko kto ci to powie? - zakończył ironicznie Karol, który niespodziewanie ruszył z salonu i
szybkim krokiem minął  Annę.
Nata popędziła za Karolem czujac, ze grunt pod nogami solidnie jej się usuwa.
Gdy Anna pojawiła się na jej drodze, Nata natychmiast, jak kazdy pasozyt, wyczuła jej siłę i już nie pozwoliła, aby się rozstały. Swoim zwyczajem weszła w ton skrzywdzonej ofiary i lamentujac nad swoim losem mówiła. 
- Anno! Musisz mi pomóc odszukać pewien dokument!
- To coś waznego?- bezsilnym tonem zapytała.
- Szalenie. Bez tego nie mogę wyjechać do Ameryki! Po ten papier własnie przyjechałam, ale nie zdążyłam porozmawiać o tym z mamusią i nie wiem gdzie on jest.  Zostaniesz, naturalnie do pogrzebu, to będziemy miały czas na szukanie, bo na Karola nie mogę liczyć.-to mówiąc odwróciła się na pięcie i spokojnie poszła do siebie.
- Czyżbym tutaj nie mogła w żaden sposób nic zaplanowac, bo wszystko układa się po swojemu? Dlaczego? Dlaczego wszystko jest nie tak? - z rozżaleniem myslała Anna.
Nata przerzuciła problem na Annę i poczuła się lepiej. Zaglądała do szaf, aby znaleźc coś stosownego na żałobę, ale wszystko było juz nie modne, albo w innych rozmiarach, więc postanowiła pojechać z Karolem do miasta na zakupy. 
Anna została w majatku. Smutna i zamyślona ruszyła na samotny spacer, aby jeszcze raz pomysleć i uporządkować w głowie zaskakujące wydarzenia. Odruchowo skierowała sie w stronę miejsca, które dostarczyło jej najwięcej emocji. W środku, po tragedii Aleksa nie było śladu, ale przekroczywszy próg poczuła się jak wtedy, gdy pierwszy raz zobaczyła rannego. 
Z płaczem usiadła w tym miejscu, gdzie leżał jeszcze siennik po rannym. Nie było tylko stosów kocy i derek potrzebnych  na zimne noce.
Płakała rzewnie coraz bardziej i coraz bardziej czuła się tak strasznie opuszczona przez wszystkich bliskich jej sercu. Przytuliła się do siennika jakby był to jej ukochany, któremu żali się  na swój los. Wsunęła rękę pod siennik i w pierwszym momencie nie zorientowała się, że jej ręka natrafiła na jakiś woreczek. Po chwili zamknęła dłoń i wyciągnęła znalezisko, sakiewkę. 


niedziela, 29 lipca 2012

KIEDYŚ W KROŚNIEWICZANACH cz.10


 Nareszcie sama w pokoju. Poczuła się jakoś bezpieczniej schowana razem ze swoimi myślami, tutaj w miłym wnętrzu, od lat nie zmienionym. Czy to możliwe, że aż tak inna jest jej przyjaciółka? Czy też ona wcześniej nie widziała jej wad? Pytała samą siebie.
 Powoli układała plan, który od przyjazdu do Krośniewiczan zmieniał się co chwilę. 
- Spróbuje po kolacji poprosić o chwilę rozmowy panią Krzywicką - powiedziała na głos.
Właściwie nawet nie zapytała o pana Krzywickiego. Gdzież on się podziewa?  Nata nic nie wie, bo matka albo jej nie ufa, albo nie chce jej martwić. Pytań do Naty nie będzie! - postanowiła. 
Opłukała twarz i udała się do stołowego. W pokoju stała pani Krzywicka. Patrzyła w okno i wyglądała jakby płakała bezgłośnie. Anna nie wiedziała, czy ujawnić się, czy dyskretnie wycofać. Po chwili namysłu wybrała to drugie. Wiedziała, że tej kobiecie brakuje chwil w których może sobie pozwolić na taką słabośc.
Po cichu skierowała swoje kroki na werandę, gdzie jak za dawnych lat stały dwa bujane, wiklinowe fotele i stolik do kompletu. Usiadła tam i zaczęła się delikatnie kołysać. Po chwili pod powiekami ukazał jej się obraz jakby z cudzego życiorysu. 
 Psy, piękne wyżły trzy sztuki, uwielbiane przez pana Krzywickiego, mądre, wykorzystywane na polowaniach i aportujące wszystkie ustrzelone kaczki. Jeden z nich Portos, tak bardzo wtedy wyrywał się do zabudowań, ze Anna chcąc zaspokoić ciekawość, wbrew zakazom pobiegła z nim do tej starej części. Nie mogła utrzymać psa, bo im bliżej celu, tym mocniej ciągnął, aż pod samym progiem wywróciła się jak długa! Gdy pies na chwilę przestał skamleć a ona rozcierała siniak, usłyszała go. Jakby najboleśniejszy jęk świata, taki z samego środka, przeżarty cierpieniem i wtedy, jak zahipnotyzowana weszła do środka. Od tamtego dnia wiedziała że jej miejsce jest przy cierpiących, tylko myślała, że cierpiącym będzie ten jeden, jedyny i tylko on pozostanie i pozwoli jej się sobą opiekować do końca jej życia, nie jego życia. Skąd wtedy miała wiedzieć, że ten najpiękniejszy na świecie mężczyzna tak szybko umrze w cierpieniach i nie dowie się jak go kochała. Nie wiedział, że ona nie będzie chciała nikogo innego.
 Musiała się zdrzemnąć, bo nagle obudziło ją szarpnięcie a głos Naty przywrócił do świadomości.
- Anno, już kolacja! Wszędzie cię szukałam, a ty tutaj rozmyślasz o niebieskich migdałach! Chodź zobacz jakie kwiaty przyniosłam z ogrodu!
- Już idę, już idę. Tak sobie siedzę i wspominam. -  cicho dodała.
Pani Krzywicka przy kolacji wyglądała jakoś dziwnie zmęczona i Anna unikała patrzenia na nią, żeby nie odkryła, że Anna wie o jej chwili słabości.
Nie miała sumienia tego dnia wypytywać o drażliwe sprawy.- Zrobię to jutro, przygotuję się lepiej - pomyślała.
Nie mogła zasnąc i kręciła się na łóżku, bo wszystko co wiedziała i czego jeszcze nie wiedziała zlewało się w ni to sen, ni to jawę i ogarniało ją przerażenie czego się jeszcze  dowie.
Gdy rano Nata rozczochrana i nieumyta brutalnie ją obudziła, myślała, że koszmarne zwidy jeszcze się nie skończyły.
- Anno, Anno wstawaj, wstawaj! Mama! Mama! Wydzierała się Nata i Anna natychmiast otrzeźwiała.
- Co mama? Nata!- szarpnęła Natę silnie i krótko, tak jak działa się z histerykami.
- Co mama? Co mamaaa.- Nata rozpłakała się jak mała dziewczynka.
- Mama nie oddycha. Poszłam raniutko przywitać się z nią i przytulić, jak za dawnych lat, ale ona spała i była taka zimna, że zaczęłam ją budzić, żeby się ubrała i rozgrzała, ale….uuuu….ale…ona taka zimna ..uuu  nie chciała..uuu…
Anna skamieniała. Nie to nie może być prawdą! Inaczej miało być! Kto jej odpowie?
Powoli wstała, przytuliła Natę i powiedziała:- No, już cicho, cicho .Będziesz musiała szybko dorosnąć.

sobota, 14 lipca 2012

KIEDYŚ W KROŚNIEWICZANACH cz 9


- Wiesz, spotkałam wielu różnych ludzi w ciągu tych lat. Jednych dobrych, życzliwych i tych było więcej, ale też i podłych. Byłam pod opieką Aleksa..
-Tak, na szczęście byłaś pod opieką Aleksa, który zawsze się w Tobie podkochiwał!  - weszła gwałtownie w słowo Natalia.
- Podkochiwał?, co ty mówisz, to zupełnie niemożliwe, żeby Aleks się we mnie podkochiwał.
 On zawsze wolał dziewki ze wsi. One były łatwiejsze i  lgnęły do niego jak muchy do lepu.
- Anno, co ty wygadujesz, on patrzył na ciebie tak, jak na nikogo innego! Zresztą kiedyś powiedział mi w sekrecie, że musi cię mieć, bo ty jesteś wyjątkowa. A właśnie, ciekawe kiedy on wreszcie wróci z tego Paryża? Mama mówi, ze pojechał bo może zacznie studia malarskie i musi sprawdzić jak tam jest. Och, jakbym chciała go tutaj zobaczyć! Ale by miał minę, gdyby zobaczył ciebie, taką piękną, dorosłą!  Wyobrażasz sobie jak to by było cudownie, gdybyśmy stały się rodziną? Ale, ale, ty może masz już narzeczonego…a może..
- Nie. Nie mam narzeczonego. Trochę zbyt gwałtownie odpowiedziała Anna. To, co usłyszała kompletnie ją wytrąciło z równowagi, potwierdzając domysły, że coś niedobrego dzieje się we dworze. Jak to się stało, że kochająca bezgranicznie matka, wiąże pasami swego ukochanego syna? 
Nie miała ochoty na słuchanie bezmyślnego  paplania Naty, która i tak jej niczego nie wyjaśni, ale przypomniała sobie o co ma się ważnego zapytać.
 - Natalio, czy ty coś wiesz o mojej rodzinie, gdzie oni teraz są i co się z nimi działo? Nikt nic mi nie umie powiedzieć.
- To nikt ci nie powiedział, że dwa lata temu, twoja cała rodzina wyjechała do Wiednia do waszej ciotki?
- Do naszej ciotki… jak echo powtórzyła zupełnie zaskoczona Anna. – Ale po co?
- Jak to po co? Tam  miał być ten narzeczony dla Helenki, co prawda najpierw powinna wyjść za mąż Nina według starszeństwa, potem ty, ale podobno Helenkę wybrał jakiś młodzieniec i wszyscy pojechali  na zaręczyny. Nie wiem tylko dlaczego więcej się nie odezwali chyba, że ja nic o tym nie wiem. Helenka przed samym wyjazdem jakoś nie za bardzo się czuła i była trochę chora, ale twoja mama przygotowała wszystko do wygodnej podróży i kazała dać dodatkowe wyściółki do powozu.
- Jaki narzeczony? Tam w Wiedniu? Co ty opowiadasz? - Anna nie nadążała za nowymi informacjami.
Jednak Natalia nie dopuściła do dalszych pytań. – A czy ty wiesz, że ja za trzy miesiące wyjeżdżam do Ameryki z Karolem? On tam będzie dyrektorem fabryki na spółkę z panem Kryszkowskim, który już tam jest i wszystko przygotowuje na nasz przyjazd. Martwię się bardzo co mam ze sobą zabrać i jak zniosę podróż okrętem, ale Karol zapewnia, ze damy sobie radę, bo on już raz tam był. Anno, przecież oni tam mogą nie wiedzieć co teraz nosi się w Paryżu i w Warszawie! Jak ja to zniosę, tak daleko od domu?
Anna potakiwała, jednak jej myśli były zupełnie gdzie indziej. Zamiast wyjaśnień powstawały wciąż  nowe pytania bez odpowiedzi.
Nie wiedziała już kogo pytać. Mimo wszystko musi jak najszybciej sam na sam porozmawiać  z panią Krzywicką. Ale jak to zrobić?
Szły powoli, Nata wciąż podawała coraz to nowe wątpliwości dotyczące podróży przez Ocean, ale Anna  milczała, zajęta swoimi myślami i problemami.
- Anno, ty mnie nie słuchasz! Mówię ci przecież, że ta nasza podróż poślubna do Paryża przeciągnęła się sporo, bo Karol i ja zasmakowaliśmy w wizytach w kasynie. Karol lubi ruletkę, ale ja wolę pokera.
- Mówię ci Anno, wygrałam dwa razy sporą sumkę i dopiero mogliśmy wrócić, bo biednemu Karolowi wcale się nie wiodło i jakiś czas chyłkiem wracaliśmy do pokoju, bo  hotelarz już upominał się o zapłatę! Ach, Anno, jakie emocje! Nigdy tak świetnie się nie bawiłam! Wyobrażasz sobie, ja na czworaka przekradająca się pod recepcją!!? Jak sobie to wyobrażę to jeszcze teraz pękam ze śmiechu! A biedny Karol ze swoim brzuszkiem, kic, kic,kic, jak zajączek ! Ha,ha,ha,ha! Anno, czemu masz taką zdziwioną minę? Ha, ha, ha, Anno nie potrafisz sobie tego wyobrazić? Kic,kic!
Anna nie potrafiła ukryć przerażenia i mimowolnie przyspieszała, aby jak najszybciej ukryć się gdziekolwiek. Najchętniej uciekłaby stąd natychmiast, ale wciąż nie znała adresu ciotki o której istnieniu  nigdy nie słyszała. Postanowiła zaraz porozmawiać z panią Krzywicką.

piątek, 13 lipca 2012

KIEDYŚ W KROŚNIEWICZANACH cz 8


 Obydwie bardzo się zmieniły. Pani Krzywicka ogorzała od słońca, cerę miała jak chłopka a i figurę mocniejszą i bardziej krzepką. Anna wyszczuplała, jej smukłość dodawała wdzięku i powabu.  Pani Krzywicka jakby chcąc uprzedzić pytania gościa, głośno i wylewnie wygłaszała swoje uwagi. Po chwili obydwie nie czuły już upływu czasu i omawiały zdarzenia po kolei we dworze i wędrówkę Anny, która sprytnie omijała moment rozstania z Aleksem. Późno wieczorem, kiedy ich głowy zaczęły zbyt ciążyć i stawać się senne, pożegnały się w korytarzu idąc do swoich sypialni. 
Tak bardzo omijała temat Aleksa, że teraz dopiero będąc już w łóżku Anna spostrzegła, że nie zapytała o scenę, którą zobaczyła. Zrobię to jutro, pomyślała i kilka minut później spała jak aniołek.
Pani Krzywicka pomimo zmęczenia nie mogła zasnąć. Nie wiedziała właściwie po co przyjechała Anna, nie wiedziała co powie Natalii, nie wiedziała co zrobić z Aleksem. Nie wiedziała też kogo się poradzić.
Przewracała się z boku na bok, aż wreszcie po godzinie wstała, ubrała się i wyszła. Poszła do stajni, zaprzęgła konia i dopiero wtedy obudziła Antka.  Sama ruszyła w kierunku do nieużywanej części domu, nakazując chłopcu, aby szedł za nią. Przed wejściem zapaliła lampę naftową stojącą w zagłębieniu. Światło chwiało się i ich cienie tworzyły tajemniczy nastrój.  Dotarli do fotela i widok, który ujrzeli przeraził ich, chociaż jedno przed drugim bardzo chciało to ukryć. Aleks, a właściwie coś podobnego do ciała Aleksa wygięte było dziwacznie, głowa opadała na lewą stronę. Z ust musiała lecieć dłuższy czas krew, bo jej zaschnięte strużki zmieniały dramatycznie wyraz twarzy wychudzonego Aleksa. Sznur na udzie był lekko wyszarpany, albo nadgryziony, bo i na nim znajdowały się ślady krwi. Po chwili już wiedzieli, że krew poleciała, gdy przy gryzieniu sznura wyłamał mu się ząb. Aleks musiał bardzo się zmęczyć i osłabić szarpaniną, bo spał głęboko, pogwizdując nową szparą. Cierpienie na twarzy i ciemna przerwa w ustach nie dodawały mu urody.
Pani Krzywicka jakby niedowierzając nikomu, sama wzięła leżący nieopodal inny kawałek rzemienia i związawszy jeszcze raz ręce i osobno nogi syna odwiązała go z kolei od fotela. Aleks odemknął powieki, ale nie odzywał się wcale, mając zawzięty i jakby kpiący wyraz twarzy.
Antek zarzucił na plecy wychudzone, związane ciało panicza i ruszyli szybko do powozu.
Umieszczono Aleksa na tylnym siedzeniu, gdzie znowu matce przypadło w udziale wiązanie syna do ławki. Pani Krzywicka obiecała Antkowi wartościową monetę w zamian za sprawną i szybką jazdę.
Ruszyli z kopyta.
 Gdy Anna wstała słońce bez wstydu całowało jej oczy a ptaki w parku dawały w najlepsze poranne koncerty.
Anna chciała jak najszybciej zapytać kochanej gospodyni o swoich rodziców i siostry. Wczoraj tak była skupiona na tym by nic nie powiedzieć o bolesnym temacie, że nie zapytała o to co było teraz najważniejsze. Wspominając pobyt tutaj przed laty dotarła do jadalni. Pani Krzywicka bledsza niż wczoraj, ale ciepła i opiekuńcza serdecznym gestem zaprosiła ją do stołu. 
Dziewczyna pilnując dobrych obyczajów dopiero po kilkunastu minutach zdecydowała się zadać pytanie które ją tu przywiodło. Pani Krzywicka jednak jakby go nie słyszała. Po chwili Anna podjęła jeszcze jedną próbę, lecz gdy zaczęła mówić usłyszały jakiś hałas i po chwili drzwi otworzyły się szeroko a w nich ukazała się Nata wraz z niewysokim, korpulentnym panem.
- Pozwól Anno, mąż Naty – Karol Wiczewski, Karolu - przyjaciółka Naty – Anna Ostrowska.
Po oficjalnej prezentacji, zaskoczona Nata natychmiast usiadła obok Anny, aby dowiedzieć się bezpośrednio wszystkiego, czego była bardzo ciekawa. Jednak przy stole, przy mężu rozmowa nie bardzo się kleiła. Należało doczekać do końca śniadania i ruszyć na spacer po parku.
Podświadomie dotarły prosto do miejsca dziecinnych zabaw i tam na ławeczce pomalutku rozpoczęły jedna drugą przepytywać.
- Anno, Aleks mówił, że niewiele wie o tobie i chorym, bo zajęty był walkami, więc opowiadaj!
 -  Proszę - dodała widząc dziwny grymas niechęci na twarzy przyjaciółki.

środa, 11 lipca 2012

SPOTKANIE LITERACKIE-DEBIUT


Z synem i jego żoną wśród obrazów
Strach stawał się coraz bardziej dokuczliwy.
- Czy potworny upał pozwoli na pobyt w dusznej sali na piętrze?
- Czy nagła ulewa z gradem i wichrem nie przeszkodzi aby ktokolwiek dotarł na miejsce?
- Czy lista przeciwności, które sprzymierzyły się przeciwko mnie kiedyś się skończy?
A w końcu podstawowe pytanie nurtujące mnie od początku:
- Czy gdy goście będą wychodzić nie pomyślą sobie, że szkolne opowiadania przerobili do matury i nie chcą więcej do nich wracać.
Dygot rąk stawał się coraz bardziej widoczny, mimo to uśmiechając się witałam oczekiwanych gości.
W pierwszej sali zrobiliśmy korytarz z moich prac wystawionych na sztalugach. Wyszło lepiej niż myślałam, chociaż nie była to jednorodna wystawa, bo wisiały pejzaże (oleje) i szkice i portrety. Może dla wystawy warto było pokonać wszelkie przeciwności pogody.
 We właściwej sali - czytelni dekorację stanowiła wystawa koronkowych serwetek, tak pięknych, że podnosiły automatycznie rangę spotkania. Ich twórczyni, przemiła i skromna siedziała wśród gości. Dzień wcześniej kupiłam od niej prześliczną serwetkę za grosze. 
(Tak przy okazji, jakby ktoś chciał kupić takie cudo, to piszcie, bo ta samotna, kulturalna emerytka wszystko potrafi wyszydełkować i nie bardzo umie się cenić).

Wiedziałam tylko, że mam siedzieć z boku i zabrać głos na sam koniec. Nie słyszałam wcześniej głosu osoby, która według scenariusza miała śpiewać, ubarwiając tym samym przerwy pomiędzy odczytywaniem tekstów przez  lektorów-recenzentów. Dygot rąk zwiększa się....
Szum cichnie, pani dyrektor wita przybyłych, pan Michał czyta…… mój życiorys. Słucham jakby nie o mnie, ciekawy, barwny?
 Recenzję i teksty o zwierzakach przygotowała pani Maria.
Widzę, że ludzie słuchają z zaciekawieniem, ale jeszcze nie dowierzam.
 Teraz  pani Ewa  zaczyna śpiewać.  Repertuar Ordonki i Edith Piaff wypełnia powietrze!! 
Aksamitny, czysty, piękny głos, nienachalny, wypełniający salę cudownym, romantycznym nastrojem.
Zapomniałam trochę o dygocie rąk. 
Drugi lektor przedstawia rewelacyjną recenzję, dowcipną i skonstruowaną z fragmentów moich tekstów. Wybrane opowiadania czyta ze swadą, dowcipem a sala ryczy ze śmiechu. 
Kończy poważnym artykułem o wileńskim spotkaniu rodziny Rodowiczów i Radaviciusów.
Pan Daniel czyta
Od prawej: pani dyrektor Maria Świtoń, pan Daniel Kortland, pan Michał Jaros.
Goście dopisali
Pani Ewa Stabach śpiewa
Grzegorz filmuje
Czytam

Śpiew…
Dygot troszkę mniejszy.
Kolejny serdeczny głos recenzuje zbiór opowiadań autoironicznych i zabawnych, a potem czyta wybrane teksty. Sala pokłada się ze śmiechu, ja też.
Aksamitny śpiew…
Teraz ja.
Ręce trzęsą się tylko trochę, głos już prawie nie. Zaczynam od najtrudniejszego, abym nie zdążyła się zająknąć i całkiem zblokować. Czytam dedykację, prosto z mojego serca, w podziękowaniu.
Drugi tekst też z dedykacją. Przeczytałam. Na koniec złagodzenie napięcia, krótko. Koniec.
Nie potrafię jeszcze uwierzyć, że pierwszy wieczór z moim pisaniem już jest za mną! 
 Ludzie wstają i otrzymuję słowa uznania, gratulacje i piękne kwiaty!
Każde z tych słów pamiętam, ale chyba najbardziej będę otulać i chronić słowa synowej i syna:
 - Mamo jesteśmy tacy z Ciebie dumni!
Syn nakręcił filmik z całego spotkania, więc teraz mogę nareszcie zobaczyć jak to było w rzeczywistości, bo jestem pewna, ze moje sprawozdanie może się trochę różnić.

Od piątku wcale mi się nie chciało schodzić na ziemię.

Warszawska przyjaciółka

Goście oglądają "Sztormy i Burzany" mojej mamy,
 oraz albumy ze zdjęciami srebrnej  biżuterii robionej przeze mnie.
Nie skończony pejzaż, jeszcze mokry.

Najnowsza, jeszcze nie skończona Góraleczka
Następny, to portret Danusi Gastołek-Dagi, która zrobiła wszystkie
umieszczone tutaj zdjęcia.


Ma się też pojawić coś w gazecie. 

http://mlawainfo.pl/10011/gosciem-spotkania-byla-joanna-rodowicz/

czwartek, 28 czerwca 2012

GAZETA MŁAWSKA

We wtorek w 26 numerze Gazety Mławskiej jest wywiad z moją osobą. Niestety nie mogę się dostać do treści w wersji elektronicznej, bo sms z opłatą wracaj do mnie z komunikatem, że coś jest nie tak. Mam tylko w tej chwili gazety papierowe i stwierdzam, że artykuł jest bardzo dla mnie miły i ładnie przedstawiony. Są dwa zdjęcia. Na jednym moja uczennica na tle swoich prac, na drugim ja portretująca. Artykuł jest na całą stronę nr 12.http://www.gazeta-mlawska.pl/
Nie dało się ściągnąć linku, więc poprosiłam z redakcji o stronę. Mam ją w PDF i wklejam. Obrazki się nie wkleiły, tylko tekst.***********************************************************



Mława. Joanna Rodowicz o sztuce i pracy z dziećmi
Żyć w kolorze,
to żyć pełnią życia
Joanna Rodowicz, absolwentka architektury wnętrz na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie w Miejskim Domu
Kultury w Mławie pracuje od października 2011 roku. Wcześniej, na własna rękę, w różnych miejscach. Kiedy
doznała kontuzji musiała porzucić ulubioną rzeźbę w srebrze, zająć się czymś innym i osiąść gdzieś na stałe.
Najpierw było to Muzeum Narodowe, współpraco­wała też z Urzędem Pra­cy w Warszawie, gdzie prowadziła kursy dla bezrobotnych. Uczyła, co robić, żeby dobrze wy­glądać, jak się ubierać stosownie do sytuacji. W końcu osiadła w Kosi­nach Bartosowych pod Mławą.
Jakoś trzeba było żyć
Jednocześnie dalej tworzyła – ry­sowała i malowała portrety. – Za­częłam od twarzy fikcyjnych Ży­dów – wspomina. – Zawsze mnie fascynowała ta nacja. Miałam jakiś wzorzec, a potem go modyfikowa­łam, wlewałam weń różne uczucia. Nowe zainteresowanie stało się też opłacalne.
Portrety sprzedawała w Instytucie Żydowskim. – Dobrze szły, w niezłej cenie i dzięki temu było za co żyć – zauważa artystka.
Do MDK trafiła dzięki swojej kolej­nej pasji – prowadziła i dalej prowa­dzi swój blog. Kiedyś zajrzała nań była dyrektor placówki, Małgorzata Retkowska. Szukała ludzi do gru­py rekonstrukcyjnej. Zobaczyła ją tam w kapeluszu. Właśnie z pro­wadzenia grupy plastycznej dzieci zrezygnowała Janina Jaśkiewicz. – Oprócz oferty współpracy z grupą rekonstruktorów otrzymałam ofertę pracy z dziećmi – informuje malar­ka. – Byłam szczęśliwa i jednocze­śnie przerażona. Nigdy wcześniej tego nie robiłam.
– Pracuje się cudownie – mówi Ro­dowicz. – Zawsze, kiedy idę na zaję­cia zastanawiam się, czy podołam. Ze starszymi jest łatwiej, młodsze potrzebują więcej czasu i cierpliwo­ści, ciągle o coś pytają. Wcześniej była grupa mieszana, było ich nie­co więcej, ale według mnie to się nie sprawdziło. Stawiam na ja­koś, nie na ilość. To nie świetlica, gdzie „przechowuje się” dzieci, zajmuje się ich czas, kiedy mamy robią zakupy.
Tematy wymyśla sama, czasem zda­je się na pomysły podopiecznych. Malują, rysują, robią rzeczy faktu­ralne. Pozwala na szukanie swojej indywidualnej drogi w dojściu do celu, chociaż dyskretnie podpowia­da i koryguje. – Nie wszyscy lubią to samo, więc nie zmuszam – zaznacza pedagog. – Mają w sobie tak wiele inwencji twórczej i energii.
W działania wtajemniczeni są ro­dzice, bo emocje dzieci muszą mieć w nich oparcie. To rodzice są pierw­szymi odbiorcami ich twórczość i wspólnie z nimi rozwijają estety­kę widzenia plastycznego. Dzięki temu dzieci mają z kim dyskutować na tematy, które stają się dla nich ważne. - Każda prawdziwa twór­czość jest pokazywaniem swojego wnętrza, w tym wypadku językiem plastyki. Są chwile zwątpienia i chwile euforii, wtedy musi być ktoś, kto wytrzyma te emocje. Dobrze, że nikt z zewnątrz nie widzi bólu dziecka, gdy mu coś, co sobie wy­myślił, nie wychodzi. To nie są żarty. Szanuję pracę każdego z nich i one o tym wiedzą, mają do mnie zaufa­nie i dzięki temu tworzą takie cuda – mówi.
Właśnie dwie dziewczynki biorą udział w konkursie na młodzieżową Kartę Bankomatową. - Zachęcam do obejrzenia podanej strony, naj­później do 30 czerwca http://www.h2o.fundacjabos.pl/ - aktualności, konkurs. Konkurs ma nazwę” H2O DESIGN”. Jest organizowany przez Fundację Banku Ochrony Środowi­ska. Tam trzeba się zarejestrować i głosować na wybrane cztery prace. Warto zobaczyć co wymyślili mło­dzi projektanci! – poleca. - Mamy mławskich zwycięzców w znanym konkursie muzycznym, może i w plastycznym spodobają się projek­ty Pauliny Cendrowskiej i Pauliny Kępczyk z Mławy?
Życie w pełni
Joanna Rodowicz nie znosi żyć w bezruchu. Kiedy nie czuje w sobie weny twórczej, szuka sobie innych zajęć, wyżywa się chociażby na przydomowym warzywniku. Lubi przyjeżdżać tu – do dzieci, bo widzi ich zapał do pracy i rozwój. – Roz­kwitają, jak kwiaty – mówi z unie­sieniem.
W twórczości ważny jest talent, pracowitość i oryginalność poka­zu. – W biżuterii każdy mój wyrób był inny – wraca pamięcią. –Trzeba umieć odgadnąć wnętrze osoby i dopasować do niej wyrób tak, aby noszący biżuterię czuł się w niej do­brze. Podobnie jest z ubraniami. Nie może być dysonansu, bo można za­fundować sobie złe samopoczucie, a nawet narazić się na śmieszność.
Przeprowadzka na wieś spowodo­wała potrzebę pisania, otworzenia się na świat w innej formie. Zmiana środowiska stała się swoista terapią po wcześniejszym zabieganiu. Naj­bardziej dzisiaj lubi tworzyć portre­ty, rysować węglem lub malować ciemnymi pastelami ludzkie twarze. – W każdej z nich jest tyle zagadek, inności – podkreśla Rodowicz.
Praca i jeszcze raz praca
Po chwili namysłu. – Uświadamia mi to, że zaledwie rok temu poja­wiłam się właśnie w Dniu Dziecka, będąc całkiem nieznaną w Mławie portrecistką, siedziałam w parku i malowałam portrety dzieci. Za­częłam o jedenastej, a wstałam od sztalugi o osiemnastej, odsyłając stojących wciąż w kolejce chętnych. Z bólu ręki i z pragnienia, którego nie miałam czasu zaspokoić, mu­siałam przerwać portretowanie. Dzisiaj mam tu przyjaciół, znam więcej mieszkańców i sama dałam się poznać poprzez wiele działań. Narysowałam ołówkiem i węglem przez ten czas ponad setkę portre­tów. Na aukcji Wielkiej Orkiestry licytowano moje portretowanie. Ogarnęło wszystkich zdumienie, gdy taki mały kajtek uparł się i na­ciągnął rodziców na 150 złotych, abym go sportretowała.
– Spotykają mnie tu cudowne nie­spodzianki, ale i czasami zawody – kontynuuje artystka. – Na Balu Otwartych Serc dałam na aukcję ro­biony przeze mnie portret w ołów­ku, mojej kuzynki Maryli Rodowicz z jej autografem. Gdy podpisywała mi rysunek, zrobiła sobie z nim zdjęcie mówiąc, że bardzo jej się podoba i cieszy się, że bierze udział w tak szczytnej akcji. Szkoda, że organizatorzy nie docenili tego, że nazwisko sławy z portretu jest to samo co portrecistki z ich miasta. To przecież nie zdarza się często. Był to bardzo dobry portret, ale przeszedł niezauważony.
Moja nagroda
– Wie pan, co jest największą nagro­dą? – pyta z ożywieniem po chwili zastanowienia. – Moment, gdy sze­ścioletnie dzieci pilnują dnia i godzi­ny spotkania ze mną i nie zgadzają się, aby nie przyjść na zajęcia. Gdy podczas zajęć widzi pan przejęcie, skupienie i na pana oczach spod ich palców wyłania się takie piękne ko­lorowe dzieło. Przecież to widać, ile z tych rzeczy było tworzonych ser­cem. To jest inna jakość, tylko nie zdawałam sobie sprawy, że takich rysunków jest aż tyle!
Dzisiaj, po roku pobytu w tym śro­dowisku ma swoich uczniów i czuje się emocjonalnie związana z Mławą. W sierpniu brała udział w rekon­strukcji Nalotu Bombowego i w ciągu roku w większości działań GRHLC Mława. Z wykładów dr Leszka Zy­gnera dowiedziała się wiele o naszej historii, dziejach miasta, w którym od niedawna przyszło jej żyć.
– Z wszystkiego trzeba umieć czer­pać to, co najwartościowsze. Robię to i uczę tego innych. Cieszę się, że wyszło tak pięknie i kolorowo. Żyć w kolorze to żyć pełnią życia, ja tak właśnie żyję – oznajmiła na zakoń­czenie.
w.p.
>> Prace jednej z podopiecznych
>> Joanna Rodowicz przy pracy

KIEDYŚ W KROŚNIEWICZANACH cz7


Noc w zajeździe nie dała oczekiwanego wypoczynku. Nawet, gdyby za ścianą nie słychać było krzykliwych głosów, Anna nie umiała przestać sobie wyobrażać jak zareaguje gdy spotka  Aleksa, którego musiała się spodziewać w Krośniewiczanach.
 Świt był mglisty i pogoda jeszcze bardziej ją rozstrajała. Tak bardzo chciała dowiedzieć się cos o najbliższych, Tak bardzo za nimi tęskniła te cztery lata najdłuższe w jej życiu!   Im bliższe było spotkanie,  tym  wspomnienia pojawiły się intensywniejsze. Obawa czego się dowie, dochodziła do zenitu. 
Nie pamiętała wiele z tamtego ranka. Wiedziała tylko  cały czas, że musi odegrać swoją rolę i że nikt nie może zorientować się co stało się wtedy tej nocy.
Wynajęta na stacji dwukółka cicho podjechała pod ganek, z którego kiedyś odjeżdżała w nocy w tak innych okolicznościach. Wspomnienia były tak bliskie, a jednocześnie jakby nie były jej.
Anna miała w głowie dwudziestą wersję listu do państwa Krzywickich, ale wciąż wydawało jej się, że czytający domyślą się  między słowami tego, co tak bardzo chciała ukryć. Widziała w wyobraźni scenę, gdy list będzie czytany wspólnie przy podwieczorku a Aleks roześmieje się,
 a może coś powie? Nie, nie odważyła się napisać nawet krótkiej informacji o tym, że przyjeżdża. Dlatego teraz jej serce waliło tak mocno z obawy co tu zastanie.
We dworze panowała cisza. Dom i otoczenie wydały jej się mniejsze od tego co zapamiętała. Odesłała dwukółkę i powoli wchodziła na schody. Gdy już stanęła pod drzwiami i zamierzała nacisnąć klamkę usłyszała krzyk od strony,  gdzie spędziła tyle godzin z rannym. Rzuciła podróżną torbę i pobiegła najszybciej jak mogła w stronę bolesnego krzyku. Drzwi stały otworem, widok który niespodziewanie zobaczyła zaskoczył ją tak bardzo, że zapomniała o wszelkich konwenansach.
Pani Krzywicka stała w rozkroku, miała zawinięte rękawy u starej, zniszczonej sukni. Przed nią siedział tyłem na krześle mężczyzna brudny i zarośnięty. 
Anna jak zahipnotyzowana sunęła w ich stronę. Oboje zajęci sobą nie zdawali sobie sprawy z jej obecności. W miarę zbliżania się Anna zaczęła poznawać w siedzącym dziwnie znajomą sylwetkę, co gorsza dostrzegła powróz omotany wokół niego i krzesła.
Nagle pani Krzywicka gwałtownie się odwróciła i równie nagle zamarła z wrażenia. Anna oszołomiona widokiem jąkając się nieśmiało dukała słowa powitania przygotowywane całą drogę. Nie pamiętała dokładnie co sobie przygotowała i to onieśmielało ją jeszcze bardziej, ale pani Krzywicka przerwała tą okropną scenę otwierając szeroko ramiona i zamykając ją w swoim uścisku.
Przytulając ją mocno do siebie ciągnęła Annę w stronę domu. 
- Skąd Ty tutaj? Powinnaś nas uprzedzić! Świętej Pamięci  Maciej już nie może po nikogo jechać, ale młody Antoni tylko czeka żeby go gdzieś wysłać, tak się rwie do jazdy.
Anna wciąż widziała przywiązanego  Aleksa i wykrzywioną bólem jego twarz gdy lekko odchylił głowę w jej stronę. Wyglądał strasznie, gdyby nie ta bezkresna nienawiść, pielęgnowana latami, chyba zrobiłoby się jej go żal.
 Doszły już do drzwi a pani Krzywicka powtarzała pytanie po raz trzeci.
- Anno, gdzie ty się podziewałaś cały ten czas?  Aleks mówił, że pojechałaś z innymi rannymi i ze stracił Cię z oczu, wtedy, gdy on walczył a gdy wrócił, ciebie nie zastał.
- Tak, tak niewyraźnie mamrotała Anna.
 Bała zapytać się o Natę, ale pani Krzywicka jakby zgadywała jej myśli bo powiedziała:
- Ja tak pytam, a to pewnie Nata zaprosiła cię do nas! Przecież jutro przyjeżdża razem z mężem!

poniedziałek, 25 czerwca 2012

METAFIZYKA I ZAPROSZENIE


Azalio, bardzo chciałabym Cię zadziwić i umieszczam  informację oraz krótki tekścik na temat metafizyki.

Moi Drodzy, 
zapraszam wszystkich 
do Mławy
 dnia 6 lipca w piątek o godzinie 17,30 
do Miejskiej Bibliotek na ulicę 3 Maja nr5.
Tego dnia będę miała swój wieczór autorski i przyrzekam, że nie będzie nudno.




                                                                        Metafizyka
 W księgach  pozostaje: żyła od – do, a ja chcę wiedzieć, czy  można bardziej żyć?
 Czy wtedy,  gdy bardziej pragnę pić, bardziej pragnę kochać i bardziej pragnę Ciebie?.
 Wtedy, gdy bardziej rysuję i nic innego nie ma,  poza kartką i konturem?
Może wtedy nawet najbardziej.
 Ach,  nie! Bardziej, gdy bóle oznajmiły mi czas rozwiązania i wcale nie wiem kiedy bardziej , czy pierwszy raz, czy ten drugi? …ale wnuki jeszcze bardziej! Bardziej i coraz szerzej!
 Ach, jak  bardzo było wtedy,  gdy organy zagrzmiały, a welon zaszeleścił .   Wtedy wszystko miało być razem i bardziej! 
 Ale czy żyje się wtedy, kiedy wcale nie chce się żyć?  
Kiedy serce zamiera ze strachu, że za głośno bije? 
Czy jest się żywym, gdy wszystko jest takie zimne jak głaz na lodowcu?  Gdy nikt nie wie o sercu  bijącym tak rytmicznie  bo liczącym  po cichu: raz dodać dwa, dodać jeszcze dwa…  
A ja wiem swoje, że  ważne jest nie to bardziej, ale to najbardziej,  bo ono zostanie aż do końca nieskończonego odliczania !

LOSOWANY PORTRET



Ostatnio tyle mam do powiedzenia i muszę podzielić się na gorąco wrażeniami. W tym miesiącu rozpoczyna się wakacyjna akcja dla dzieci pozostających w mieście. U nas jest ona pod hasłem Wyciągamy Dzieci z Bramy i dzisiaj było otwarcie sezonu. Piękna pogoda pozwoliła na zorganizowanie imprezy w Parku. Mam umowę z MDK do końca miesiąca i tym samym byłam aktywna na tej akcji.
Ustaliłam wcześniej, że nie będę już robiła darmowych portretów, ale tym razem przygotuję losy i tylko jednemu dziecku , która będzie miało szczęście zrobię portrecik na scenie.
Postanowiłam wykorzystać tą sytuację. Portret musi okazać się dla dziecka, rodziców, widzów i mediów ważnym wydarzeniem.
Kupiłam landrynki w kolorowych papierkach, zawinęłam każdy w biały pasek, tak aby wystawały tylko kolorowe skrzydełka. Na jednym pasku od wewnętrznej strony narysowany był chłopczyk z napisem PORTRET. Ten cukierek wylosowała Ola.
Usiadłyśmy w kącie sceny, na której właśnie odbywał się pomysłowy konkurs, doskonale prowadzony przez  panią dyrektor Biblioteki Miejskiej. Dzieciaki gromadnie zgłaszają się do jej konkursów, bo są przejrzyście podane, dowcipne i niby łatwe, a jednak trudne.



Ola, moja modelka z racji specyficznej urody powinna pozować Wyspiańskiemu, blondyneczka z oczami jak przejrzysta woda.
To skojarzenie zmobilizowało mnie do wytężonej pracy, aby nikt nie pomyślał i nie westchnął:-„ szkoda, że tu nie ma Wyspiańskiego!” Z przyjemnością rysowałam  sympatyczną dziewczynkę.
Za plecami ciekawe oczy dzieci kontrolowały moją pracę i prawiły mi moc komplementów. Przyznaję, że  węgiel dobrze mi się spisywał.
Skończyłam rysować ale pracowałam dalej, bo miałam przygotowane wszystko do oprawy obrazka.
Po dziesięciu minutach Ola była posiadaczką utrwalonego i pięknie oprawionego swojego wizerunku.
Pokazałyśmy go ze sceny. Aparaty zaczęły błyskać, a mnie miód rozlał się po sercu. Miałam świetną promocję. Znane w MDK powiedzenie, że pani Rodowicz jest zaradna znowu znalazło potwierdzenie.

niedziela, 24 czerwca 2012

KIEDYŚ W KROŚNIEWICZANACH cz 6


6. Z rozmyślań wyrwał ją rozpaczliwy krzyk chorego, wyskoczyła więc szybko i pobiegła w jego stronę. Doktor Rybacki zjawił się niemal równocześnie.
 Chory rzucał się usiłując złapać oddech. W panice charczał w niebogłosy. Anna na szczęście po niedawnej dostawie miała pod ręką silny lek na uspokojenie. Jedyne, co mogła zrobić, to wbić igłę i dać mu zastrzyk.
Doktor przytrzymywał chorego, który niedługo po zastrzyku osłabł i ucichł.
 Przypadkowe dotknięcie ręki Anny spowodowało, że odsunęła się gwałtownie. O mało co, ukuła by chorego jeszcze raz. Nie lubiła takich sytuacji, więc szybko opuściła salę chorych. Jednak na korytarzu dogonił ją doktor, przemieniając całą sytuację w żart.  Od razu, gdy przyjął ją do pomocy, widział, że Anna ma za sobą ciężkie przeżycia, pomimo  młodego wieku.  W smutnych, zielonych oczach zobaczył też determinację do tej pracy i to wydało mu się ważniejsze od niewielkiego doświadczenia. Był pewien, to będzie dobra opiekunka i samarytanka. 
Anna natychmiast zaszyła się w swój kąt, aby pomyśleć.  Lubiła ten ciemny  kąt, bo tam przenosiła się bez trudu w lepsze, kolorowe miejsca jej szczęśliwego dzieciństwa. Teraz jednak miała ważniejsze zadanie - opracowanie planu wyjazdu, bo musiała przygotować się na wszelkie okoliczności. Pomimo upływu lat nie była gotowa na spotkanie z Aleksem. Może go nie zastanę, powtarzała sobie zawsze na koniec, ale i tak serce kurczyło się z przerażenia i obrzydzenia. Wiedziała jedno: musi tą sprawę zakończyć, bo z takim ciężarem nie sposób żyć. Z opóźnieniem dotarły do niej jęki chorego. Wstała powoli, gdy dotarła do łóżka pochyliła się i pogłaskała po głowie chłopca, który w panicznym lęku o uciekające mu życie chwycił ją kurczowo za rękę. Usiadła na brzegu i zaczęła opowiadać mu jak to kiedyś było w Krośniewiczanach. Chłopiec słuchał chrapiąc coraz gwałtowniej. Anna podała mu pigułkę i  przytrzymując głowę podsunęła fajansowy kubek z wodą. Chłopiec, a właściwie jeszcze dziecko, uspokoił się. Trzymała go wciąż za rękę, gdy odszedł do innej krainy. Wtedy wstała i sprawdziwszy powoli cały oddział poszła na swoje miejsce, aby pół leżąc zapaść się w marzenia.
Kilka dni później nadjechała Lonia. Wyglądała zupełnie inaczej niż gdy Anna ją zostawiała. Nie była już chudą i mizerną nastolatką, tylko młodą kobietą budzącą się do życia.
Doktor Rybacki od pierwszego momentu, gdy zobaczył Lonię poczuł do niej sympatię.
 Anna przez kolejne dni przyuczała dziewczynę do nowej pracy. Żadna z nich nie przypuszczała, ze opieka nad chorymi nie sprawi dziewczynie  żadnych problemów. Nowa opiekunka zachowywała się tak, jakby od urodzenia nie robiła nic innego. Obecność wesołego i urokliwego doktora dopingowała Lonię jeszcze bardziej do starannego wypełniania trudnych obowiązków.
Po dwóch tygodniach nauki, Anna mogła już wyruszyć w drogę, zostawiając za sobą na oddziale zdolną zastępczynię i zadowolonego doktora Rybackiego.

czwartek, 21 czerwca 2012

MĄDRE SOWY

W świetlicy leżały już wszystkie nieodebrane prace dzieci a na nich odwrócone 
plecami wszystkie sowy. Przejęta byłam bardzo, w głowie miałam gotową krótką informację, a właściwie odezwę do rodziców, żeby pielęgnowali te prace, że plastyka żyje tylko wtedy, gdy się ją ogląda i że tym młodym twórcom należy się duża uwaga za ich ogromną pracę i wysiłek. 
Nie musiałam przecież nic więcej mówić, bo wystawa w parku zrobiła wszystko za mnie.
 Dziesięć minut przed czasem zaczęły schodzić się dzieci z rodzicami. 
Tylko dwoje dzieci nie dotarło.
 Od razu, na wstępie mnie zatkało, bo nim usiedli na przygotowanych krzesłach, podeszła do mnie Ola z kwiatkiem i speszona podziękowała za moją pracę. Za Olą błyskawicznie utworzył się ogonek i dostawałam kwiaty z szeptanymi podziękowaniami.

 Oprócz kwiatów dostałam trzy paczuszki, które natychmiast przy wszystkich otworzyłam a w nich były  pudełka ze słodyczami NA SZCZĘŚCIE! - gdyż żałowałam w duchu, że nie kupiłam cukierków do poczęstowania na pożegnanie. 
Natychmiast otworzyłam pudełka, poprosiłam dzieciaczki aby mi pomogły i poczęstowałam ich. 


 Jednak tak bardzo wybiło mnie to z rytmu, że potem powiedziałam połowę informacji i to ze ściśniętym gardłem. Nie chciałam wyróżniać nikogo, ale mówiłam o nich dobre słowa bo bardzo się im należały. 

  Jedna z sześciolatek przyniosła mi swój 
przestrzenny obrazek, który po prostu jest zachwycający.
 Podpatrzyła technikę pracy starszej grupy i stworzyła po swojemu , to co chciała. 
Będzie zdobił moją ścianę.
A oto tylko kilka pięknych, mądrych sówek




 Takie momenty nawlekam na nitkę i dołączam do najpiękniejszych 
wspomnień  tworzących mój najcenniejszy naszyjnik .