Obserwatorzy

czwartek, 14 lutego 2013

OSTATNIE CHWILE WALENTYNEK

Ostatnie chwile Walentynek - wybierajcie z tych pięknych róż i serc. 
Prace jeszcze ciepłe.
Napisy głoszą:
DLA CIEBIE..., ale są i inne, piękne, dla mamy, dla rodziców, dla cioci. Piękne.
JA TEŻ WAS KOCHAM!!!!
     

























środa, 13 lutego 2013

MAM JUŻ WALENTYNKI





Dodaj napis








Od poniedziałku robimy nasze Walentynki. 

Pozwoliłam zabrać je do domu tym , którzy chcieli je komuś wręczyć.
 Kilka zostało i moje oczy się śmieją a serce raduje.
 Jedno zdjęcie, to wierzch, a drugie po otwarciu karneciku. Na wierzchu, pąk róży skręconej z kartonika. Jestem pewna, że piękniejszych ozdób już chyba nie było.

poniedziałek, 11 lutego 2013

STANISŁAW I JAN


Moi kuzyni organizowali wieczór w Studiu Teatralnym na warszawskiej Pradze.
 Zaprosili mnie i moje siostry, abyśmy powiedziały coś na temat dwóch osób: mojego taty i jego stryjecznego brata Janka Rodowicza –„Anody”.
 Jednak tym razem uwaga prezentacji zwrócona była na ich zdolności artystyczne i projektowe.
Od dawna pragnęłam opowiedzieć o moim tacie. Mimo upływu wielu lat od jego śmierci (1969) temat wciąż był to dla mnie zbyt bolesny. 
Nie potrafiłam chłodno, w formie reportażu, felietonu, czy dokumentu ukazać wszystkich walorów i zdolności mojego ojca, którego uwielbiałam. Nie chcąc sama się ranić po prostu o nim nie mówiłam. 
Propozycja kuzynów zaskoczyła mnie, ale bez zastanowienia powiedziałam, że to ja podejmę się opracowania. Nie miałam pojęcia jak do tego się zabrać.
 Już wcześniej był problem napisania scenariusza do filmu opowiadającego jego niezwykłe osiągnięcia. Miałam o to do siebie pretensje, bo to chyba ja powinnam najlepiej ten temat opisać, a nie ktoś obcy.
Na rodzinnej naradzie zostało uzgodnione, że prezentację przygotuję z synem i on będzie ją przedstawiał. Mijał dzień za dniem.
- Od czego zacząć? Od czego zacząć? – pytałam sama siebie w coraz większej panice, bo jak mam ukazać to co mam w pamięci, jego ciepłą twarz, ręce wyczarowujące z niczego piękne, funkcjonalne przedmioty? 
Gdy tak biadoliłam nad swoją niemocą, syn tupnął nogą i powiedział: - mamo, zacznij chronologicznie od dnia gdy się urodził!
Ten prosty zabieg, sprawił, że ruszyłam z kopyta i zaczęłam pisać, ale…..
Zanim znalazłam dokumenty potrzebne mi do pracy, wcześniej w moje ręce trafiały listy, legitymacje, wyroki, rehabilitacja…….łzy i kompletna rozsypka psychiczna znowu mnie rozwaliła.
Mówiłam sobie; - wiem, ze jestem nadwrażliwa, wiem, że to przeszkadza, ale dziękuję Ci Boże za moją nadwrażliwość, bo tylko z nią w parze mogę namalować brzozy, twarze i dać dzieciom swoje serce.
Jednak czas nieubłaganie sunął naprzód i musiałam dać Grzegorzowi orientacyjny materiał.
Blisko dwadzieścia lat temu podczas jakiejś przeprowadzki, a najprawdopodobniej po śmierci mamy, gdy trzeba było oddać i opróżnić mieszkanie, zebrałam wszystkie pudełka z filmami i wraz z siostrą – montażystką filmową oddałyśmy je do przejrzenia do Wytwórni Filmów Dokumentalnych. Przy okazji, nasze prywatne filmy chciałyśmy przegrać na taśmę video.
Powiedziano nam, że nasza Kronika Filmowa z 1936 roku nie jest nic warta, a odrzuty z filmu o pielgrzymce do Częstochowy z Millenijną mszą kardynała Wyszyńskiego na Jasnej Górze mają w swoich archiwach. 
Na przegrywanie naszych filmów wciąż brakowało kasy, więc leżały, dotąd, aż dwa tygodnie temu przypomniałam sobie o nich. 
Odebrałam filmy i jakież było moje zdziwienie, gdy się okazało, że wszystkie nasze rodzinne filmy są jako negatywy filmowe a nie pozytywy, które tyle razy za życia taty oglądałyśmy na wypożyczanym projektorze 16 mm.
Myślałam, że może będą wśród nich jakieś filmy reklamowe, bo mój tata jako pierwszy w Polsce robił takie filmy już w 1963 roku.  Tak były dwa, ale też jako negatywy. 
W tej formie nie do użytku i jak je w ogóle odtworzyć i przegrać na cyfrowy zapis?
Może zadzwonię do kogoś, kto wie o archiwach Warszawskiej Spółdzielni Filmowej, bo tam wtedy pracował tata. – pomyślałam.
- Tak wiemy co się stało: piwnica, gdzie były przechowywane wszystkie filmy zalały fekalia z pękniętej rury. Nie ma nic.- Usłyszałam odpowiedź.
Zapamiętałam znakomitą reklamę spółdzielni  istniejącej do dzisiaj -  „IZIS”, może oni mają coś. Zadzwoniłam, znalazłam panią prezes, która doskonale wiedziała o czym mówię bo pracuje tam wiele lat. 
Zapytałam i usłyszałam w telefonie: - zmagazynowaliśmy wszystkie archiwa w piwnicy i kiedyś pękła rura z gorącą wodą i zalała wszystkie filmy. Nawet suszyliśmy je ale one się całkiem zniszczyły.!!!!!!!!!!!!!
W Archiwum Filmu Polskiego, była jedna pozycja, ale to nie to o co mi chodziło. W innych Archiwach gdzie są przechowywane dawne Kroniki, wszystkie ważne dla mnie materiały były w formie nie do wykorzystania, bo nie przetworzone na cyfrę.  
Nakręcałam się coraz bardziej. 
Odkąd pamiętam, wiedziałam zawsze, że mój ojciec był BARDZO skromnym człowiekiem. Pomyślałam nawet w jakimś momencie, że może nie chciał, abym teraz  robiła o nim jakąś prezentację.
Grzegorz jednak znowu tupnął i powiedział: - mamo, jesteś mu to winna, usiądź sprawdź jeszcze raz zdjęcia, pamiątki, pamiętniki! 
W międzyczasie zaczęło się szukanie fachowca do przetworzenia filmowych negatywów, cennych znalezisk, na których tak naprawdę nie byłyśmy pewne co jest, gdyż nie miałyśmy żadnego sprzętu do przejrzenia. Jednak w takich okolicznościach zdarzają się irracjonalne sytuacje i otrzymałyśmy kontakt na wspaniałego fachowca – pasjonata, prawdopodobnie jedynego takiego w Polsce, który wziął skarby w swoje niezwykłe ręce. 
Wszystek sprzęt którym się posługuje zdobywał w dziwnych okolicznościach: sklejarki, przeglądarki, projektory, taśmy do klejenia , stoły montażowe, to rzeczy już nie istniejące w dzisiejszej epoce wszechobecnej cyfryzacji.
Kilka dni przed momentem zero, dostałyśmy na kasecie filmik na którym oprócz mojej pierwszej komunii, były śluby moich sióstr, imieniny mamy i jeszcze dwa filmy reklamowe m.in. Mody Polskiej i motoroweru polskiej produkcji „Żak”.
Czyli filmy są, skompletowałam zdjęcia, okazało się, że wcale nie jest ich mało. Teraz tekst. 
 To co napisałam w pierwszej wersji muszę skrócić, aby wyciągnąć esencję. Znalazłam fragmenty w książce mamy, Grzegorz poprosił pana Ksawerego Jasieńskiego o ich przeczytanie.  Pan Ksawery natychmiast się zgodził się i za nic nie chciał zapłaty, mówiąc, że to dla niego zaszczyt. 
Siadamy z Grzesiem i od tego momentu, jestem tylko doradcą. Z przyjemnością oglądam jak profesjonalnie pracuje, nasuwa mi się uparcie myśl, że podobnie siedziałam i nie odrywałam oczu od rąk ojca pracującego precyzyjnie i konsekwentnie. Tak samo powstawały zaskakująco piękne rzeczy. Tak, mój syn to odbitka swego dziadka. Dlaczego wcześniej nie przyszło mi to na myśl? Podczas skupienia nad powstającym dziełem coraz częściej myślę o następstwie pokoleń i tym co je łączy niezależnie czy zdajemy sobie z tego sprawę, czy nie.
Powstały dwie piękne prezentacje. Ich niezwykłość polegaa na tym, że pokazaliśmy materiały nigdy dotąd nie publikowane. Wiele rysunków Anody dostał od matki Janka w spadku Grzegorz, ale nigdy  nie było okazji pokazania ich.
Niestety czas biegł nie patrząc na jakim jesteśmy etapie. Przyszedł moment, gdy Grzegorz powiedział: skończyłem teraz komputer musi wszystko przeliczyć. Inaczej nie można przegrać materiału na płytę. Maszyna ruszyła!....i……i……stoi. 
Synowa i ja nie wiemy jak wesprzeć Grzegorza, który bardzo przeżywa całą sytuację. Jest straszliwie zmęczony tym maratonem i niewyspany. Dobrze, że ma taką żonę, która po cichu trzyma pieczę nad domem i bardzo dba o swoich mężczyzn. Tym razem i ja korzystałam z jej troski.
 Pasek przeliczeń rusza milimetr na pół godziny. Uroczystość otwierają bez nas, bo jesteśmy wpatrzeni w pasek który jest w połowie dystansu. Co dziesięć minut porozumiewamy się z jedną z sióstr, która relacjonuje co już idzie. Płyta z prezentacją o tacie powitana jest okrzykiem radości!
 Program w Teatrze idzie już pół godziny, musimy dojechać z Ursynowa na Pragę. Drugą płytę, tą o Anodzie, komputer zawiadamia, że będzie przeliczał cztery godziny! Nie, nie czekamy.
Przyjechaliśmy, straciliśmy ¾ programu, ale gdy na ekranie pojawił się pierwszy obraz z prezentacji, a Grzegorz przejętym, ciepłym głosem czytał komentarz, sala ucichła i przez 20 minut w skupieniu oglądała wzruszające sceny. Grzegorz zakończył: „Jestem dumny że miałem takich dziadków, których lepiej poznałem dzięki przygotowaniu tej prezentacji i żałuję, że nie znałem ich osobiście”.
I ja jestem dumna. Bardzo. Z syna

niedziela, 10 lutego 2013

WIELOTYGODNIK C.D.

Z Danusią, Po prawej z tyłu Darek Tadrzyński 
Przy mnie, tyłem L. Wambutt,
 po prawej Bogdan, mąż mojej siostry



Jeszcze kilka słów na temat wzruszającego spotkania na wystawie w Galerii.
Nieliczna gromadka, bardzo przejętych autorów prac wystawianych w Galerii Piecowa na 
ul. Nowogrodzkiej dotarła na miejsce. Prace wisiały już na swoich miejscach na ścianach przedwojennego wnętrza wysokiego na trzy metry. Obok, w drugiej sali na sztalugach wiele obrazów osób przychodzących tam na naukę malarstwa. Nastrój typowo pracowniany, zapach farb to dodatkowe czynniki powodujące specyficzną atmosferę tych pomieszczeń. 
Powoli zaczęli schodzić się goście. Ze zdjęć wynika że dopisało 19 osób moich osobistych gości, którzy uświetnili ten wieczór. Rodzina, przyjaciele, koledzy i para znakomitych fraszkarzy, byli w tym gronie.
Przy okazji przywiozłam zamówionych Żydów bez których już wróciłam do domu.
Było wiele wzruszających dla mnie momentów bo mogłam pokazać moje prace rodzinie jak i osobom znanym mi od czasów szkoły , od czasów późniejszych zaraz po maturze i tym zaprzyjaźnionym w innych okresach mego życia, zaś panowie Fraszkarze przybyli na Wernisaż po to abyśmy się mogli poznać już w realu a nie tylko wirtualnie.
Były przemowy, był śpiew i gitara, był szampan, wiersze i fraszki.
Usłyszałam dwa piękne wiersze których tematem były brzozy. Moje brzozy powieszone wysoko i królowały nad resztą ekspozycji. 
Nie przewidziałam tylko, że zabraknie mi czasu na umieszczenie zdjęć – relacji z wernisażu. Wszyscy wiedząc, że zależy mi na zdjęciach, przysyłali mi je natychmiast, za co bardzo, bardzo dziękuję. Umieszczone tutaj zdjęcia są autorstwa Tadeusza Piotrowskiego, Ludwika Wambutta i Zbyszka Kurzyńskiego.
Ja jednak natychmiast musiałam zając się  wczorajszą prezentacją i mowy nie było na wstawianie na bloga zdjęć.
Teraz wstawiam linka do strony, gdzie są wszystkie zdjęcia Danusi Gastołek, autorki najpiękniejszych, klimatycznych zdjęć na wystawie. Inne wstawiam i przepraszam że tak późno.
http://www.google.com/url?q=http%3A%2F%2Fwww.facebook.com%2Fl%2F5AQHaz5po%2Fmlawainfo.pl%2F14200%2Fzobacz-zdjecia-z-otwarcia-wystawy-malarsko-fotograficznej-mlawskich-artystow-ze-zwiazku-tworcow-ziemi-zawkrzenskiej-w-galerii-piecowej-w-warszawie%2F&sa=D&sntz=1&usg=AFQjCNEq6436BwaAzDCIS0qvX6w1llnCCQ

 Chcąc podziękować Ludwikowi Wambuttowi i Zbyszkowi Kurzyńskiemu za uświetnienie naszego wernisażu, za trzy dni wyruszyłam na ich spotkanie autorskie do Biblioteki na ul. Młynarskiej w Warszawie.
Za świetne tomiki ich twórczości podziękowałam szkicowymi portrecikami obu autorów. Może nie były to najlepsze portrety, ale zostawiłam w nich mnóstwo serca i życzliwości dla obdarowanych.

Z Danusią witamy rodziców mojej synowej.

Powitanie gości przez panią Kasię, gospodarza Galerii.
Tuż przy niej Zbyszek a w prawo dwie moje bliskie koleżanki.

Z córką i Stasiem.Na tle pieca mąż mojej drugiej siostry.
Dalej w prawo kolega z klasy. 



Staś na kolanach drugiej babci.
Z kamerą przeuroczy gospodarz - Jerzy


Żona Darka, Darek z Mławy, autor prac foto
 Magda i Ula - moi goście

Moja siostra Wanda i żona mojego kolegi z liceum.


Tatuś Stasia, mój syn Grzegorz,
 córka Monika ze swoim Stasiem

piątek, 8 lutego 2013

WIELOTYGODNIK KULTURALNY

Zanim cokolwiek napiszę o warszawskiej wystawie, zaproszę na inne spotkanie, które przygotowuję z synem Grzegorzem. Nasze stryjeczne rodzeństwo zaproponowało nam wzięcie udziału w prezentacji odbywającej się
 w Studium Teatralnym na warszawskiej Pradze.
 Spotkanie odbędzie się w ramach cyklu 
„Historia Jednego Obrazu” w dniu 9 lutego o godzinie 17  
Adres: Lubelska 30/32  (przy Skaryszewskiej)
Drugie podwórko, 
Pierwsza klatka po lewej stronie  I piętro.

Program:

Twórczość Zofii Dembowskiej Romer przedstawi Antoni Rodowicz 
O Marii i Bronisławie Dembowskich, Henryce Dembowskiej i Janinie Dembowskiej z Landych opowiedzą Bogna Dembowska i Maria Rodowicz
O Stanisławie Rodowiczu i Janie Rodowiczu ”Anodzie” opowie Grzegorz Kulka

W części muzycznej wystąpią:
Tomasz Rodowicz z członkami Teatru CHOREA 
oraz Mark Waggoner - gitara i Piotr Rodowicz – kontrabas.
ZAPRASZAM WSZYSTKICH CHĘTNYCH.
 WSTĘP WOLNY.

niedziela, 3 lutego 2013

CZY TYLKO ZAPOWIEDŹ?

Teraz mogę jedynie zapowiedzieć sprawozdanie z wernisażu. Otrzymałam już zdjęcia od moich Bardzo Ważnych Gości, ale jeszcze mam obiecane inne. Potrzebuję jeszcze dzień. Nawet lepiej się składa, bo masa emocji, które mi towarzyszyły, mogłyby zmienić to co chcę opisać. Chciałabym tylko dać linka do bloga Jantoniego, który zrobił u siebie taką miłą niespodziankę i umieścił kompilację zdjęć. Ach jak warto jest znać niezwykłych ludzi, którzy całkowicie zmieniają zwyczajną rzeczywistość w wielkie święto.
 Będę się powtarzać:DZIĘKUJĘ ZA ODWIEDZINY NA WERNISAŻU!
http://jantoni341.bloog.pl/id,333104866,title,Wernisaz-Joanny-R,index.html#komentarze

czwartek, 31 stycznia 2013

KARNAWAŁ CZAS ZACZĄĆ




Ferie rozpoczęte. Pierwszy blok zajęć dla mławskich dzieciaczków rozpoczynałam godziną plastyki. Przygotowane było 30 stanowisk i tylko dwa zostały wolne. Wszyscy już wiedzą i mówią, że na zajęcia pani Rodowicz to zawsze przychodzi dużo dzieci. Miło było mi to słyszeć. Lubię jak tłum kotłuje mi się wołając: - psze pani, ja zrobiłem, co dalej?
Oczywiście wcale nie potrafię podołać tym tłumom, bo wyczuwając moje słabostki, dzieci udają np., tak jak dzisiaj, że nie potrafią wiązać supełka i wycinać oczu w maskach. Dobrze, że były dwie mamy i pomagały, bo ….W ciągu godziny obskoczyć 60 sznureczków za pomocą zszywacza i jeszcze na każdym zawiązać podwójny supełek i wyciąć 60 otworów ocznych, oraz wkleić klejem na gorąco niektóre detale, to och….spociłam się!  A dzieci ? Cudne! Zadowolone,  kolorowe i obiecały mi, że na bal karnawałowy do MDK przyjdą w maskach.  
Dopiero teraz gdy patrzę na zdjęcie widzę efekty ich pracy. Nie ma dwóch takich samych masek, to duże zwycięstwo. Dzieci tworzą same nie kopiują się nawzajem. Najważniejsze przesłanie: bawiąc się twórz, powoli realizuję! Musi sprawiać im przyjemność wymyślanie nowych wzorów, kształtów i pomysłów. Coraz częściej widzę radość z tego co robią. W szkołach zdobywają nagrody, opowiadają mi o swoich sukcesach. Ogromnie mnie to cieszy.
 Były tylko dwie dziewczynki z moich  grup, wszystkie inne to dzieci nieznane mi - feryjne.   


środa, 30 stycznia 2013

KILKA MEJ DUSZY ODSŁON


To ostatnio narysowany Żyd - ołówek w formacie A4, 
 a następnie olejny " Żłoty Żyd "niewielkich rozmiarów bo 33x40 cm. 
Jeszcze TYLKO tło, którym albo zepsuję, albo podbiję wyraz twarzy.
Nie mam pomysłu. Obydwa są całkowicie wytworem mojej wyobraźni. Gdy tak maluję z głowy ogarnia mnie w pewnym momencie wściekłość, że mogłam sobie ułatwić i malować według czyjejś twarzy, po to, aby sprawdzić jak rozkłada się światło. Robię więc mnóstwo błędów, potem je poprawiam, ale gdy już jest lepiej ogarnia mnie ciepło radości, że zdołałam, że pokonałam. Tak jest i tym razem. Lubię ich, miały to być pogodne twarze wnoszące do wnętrza radość z braku kłopotów finansowych, które utrudniają spokojny byt całych rodzin.

Na koniec wierszyk okolicznościowy dla Zespołu Cantare. To jest zespół, który powstał w MDK stworzony przez pana Michała Jarosa z pięknych głosów naszych mławskich seniorów. Nie tylko ja jestem oczarowana wynikami ich pracy. Liczne nagrody świadczą jak wspaniale śpiewają w chórze.
W niedzielę, po roku, rocznicowy koncert na którym będą odczytane wierszowane życzenia. Moje są takie:


Joanna Rodowicz
(dla CANTARE )        20 styczeń 2013

ROK NIE PODOBNY DO INNYCH
Roczek był żmudny
Pracowity i trudny.
Głosy sprawdzane
Mocno trenowane.
Gdy przyszedł czas
Na występ dla mas
Nie spodziewał
Się nikt pochwał,
Laurów, wiwatów 
Łez i kwiatów!
Dzisiaj, gdy chór 
Stał się jednością
I sam jest jak mur,
To swoją radością
Mławę promuje.
I procentuje
Każda chwila pracy.
Bo na ich występy
Czekają na świecie 
Nie tylko rodacy!
A siła piosenki 
Tak wielka i zdrowa
Że urody i wdzięku
Dodać im gotowa.
Rok dla każdego Inną
 Wartość przedstawia,
Dla dzieciątka wiek cały,
Dla seniora błysk mały.
Każdy inaczej liczył dni,
Po swojemu, lecz gdy
Rok temu się  spotkali  
I pierwszą kantatę
Wspólnie zaśpiewali
Czas ruszył, odmierzany 
Wspólnymi pieśniami
I jednym głosem,
Gdy gromko wołali 
Im ludzie pod sceną:
Że stu lat im życzą
W takim oto składzie, 
Z tym dyrygentem 
I w tym układzie.



niedziela, 27 stycznia 2013

DRUGIEGO LUTEGO.......

Drugiego lutego, w sobotę o godzinie 17 w Warszawie na ulicy Nowogrodzkiej 46 m 5, 
w Galerii Piecowej,
odbędzie się
 WERNISAŻ WYSTAWY MALARSKO FOTOGRAFICZNEJ,
 grupy Twórców z Mławy.
Jestem wśród nich i wystawiam pięć obrazów ostatnio namalowanych.
 Wystawa będzie miała również swój uroczysty finisaż za miesiąc. Gdyby zainteresowane osoby nie mogły się pojawić drugiego, to  proszę na finisaż. 
Umieszczę dokładną informację.
 Może nie będzie mrozów. Tak bym chciała Was uściskać!

wtorek, 22 stycznia 2013

DO CYKLU - BRZOZY -

JESZCZE TYLKO KILKA POCIĄGNIĘĆ I BĘDZIE GOTOWE

Nie mogłam się oprzeć. Wieczorem o 22 godzinie stwierdziłam, że muszę jednak namalować to, co dojrzało we mnie , pewnie na skutek bieli za oknem. Od dawna myślałam  że połączenie bieli brzóz i śniegu może być czymś niezwykłym i warto by nad tym popracować. Chcę, aby obraz nie tylko był ciekawy, wart oglądania, ale aby mieścił się w cyklu, który buduję na przyszłą wystawę.
Oczywiście to tylko szkic, ale nie byłabym sobą, gdybym natychmiast nie dzieliła się z wszystkimi moimi twórczymi działaniami. Lubię gdy widać przemiany kolejne rodzącego się obrazu, czy rzeźby. Pokazuję w ten sposób walkę z materią, oraz z samym sobą  i że nie jest to pacnięcie bez wysiłku, lecz wielokrotnego upadku, czasami nagrodzonego dobrym wynikiem.
Kończę pisanie, bo i w innych dziedzinach ten wynik musi być dobry - dzieci czekają!

niedziela, 20 stycznia 2013

OBOK KSIĄŻEK




Nie mogę się oprzeć, aby nie pokazać ostatnich prac dzieci. 
Pomysł ten chodził za mną od pewnego czasu, ale dzieci nie za bardzo rwały się do tematu. Dopiero w czwartek, gdy rozdałam dyplomy i podziękowania za udział w projektowaniu mody i kostiumów, dziewczynki w euforii bez sprzeciwu ruszyły do pracy. Efekty zaskoczyły nie tylko mnie, ale przede wszystkim same projektantki. Gdy posadziłam roboczo nasze ozdoby "półkowe" sala nagle zmieniła styl i zrobiło się jeszcze radośniej. Zdjęcia są nieostre, potem je podmienię i dodam inne do towarzystwa, gdy takie powstaną. Dałam na tekturce szablon postaci, którą musiały po swojemu ubrać. Figurka po zagięciach ma siedzieć na półce. Te na zdjęciu, jeszcze nie mają konstrukcyjnych wzmocnień z tyłu, ale i tak już siedzą.

środa, 16 stycznia 2013

DĘBOWY LIŚĆ




Nie odzywam się prawie, bo za dużo spraw wzięłam sobie na głowę. Będę tylko dawała drobne sygnały z moich poczynań. Dzisiaj wyrzeźbiłam liść dębu. Po skończeniu będzie to statuetka wręczona  przyjaciółce Rodu. Będę opisywała szczegóły. Na zdjęciu jest dopiero model zrobiony w plastelinie. 
Dziewiątego lutego o godz. 17, na warszawskiej Pradze będzie wieczór poświęcony m.in. mojemu ojcu, Stanisławowi  którego zdolności artystyczne i poczucie estetyki nigdy nie było omawiane na forum. Wcześniej będzie mowa o Janku Rodowiczu-Anodzie jako wielce utalentowanym artystycznie studencie Wydziału Architektury. 
W MDK szykujemy wystawę związaną z długoletnim istnieniem LG na tym terenie i jego wpływem na mławskie życie.



niedziela, 6 stycznia 2013

POKONAĆ WŁASNY CZAS




Koza Zuzia jest już historią. Prowizoryczna kuchnia, gdzie nawet koza nie raziła, też jest historią. Retro postacie mają swoją historię, a czas podąża coraz szybciej.
Z Nowym Rokiem nie mam nowych postanowień, wystarczą w zupełności te stare. Myślę tylko ostatnio nad tym dlaczego człowiek ( czyli ja) ma taką potrzebę kontaktu z innymi ludźmi. Po co to wszystko. Zauważyłam, że dopiero teraz po latach samotni, gdy znów jestem wśród ludzi i gdy świadomie wybieram tych z którymi chcę przebywać, mogę również być sama. Sama nie oznacza samotności, ale to, że człowiek nie nudzi się ze sobą i nie boi się być bez wyimaginowanych opiekunów, przyjaciół, obojętnie jak ich nazwać. Oznacza to również i to, że widzi sens swojego życia, wie po co się urodził, a przynajmniej ma plan do wykonania, który sobie wyznaczył. To wszystko jest jakby skokiem na wyższą półkę rozwoju wewnętrznego. Nic dziwnego, że od pewnego czasu zaczęłam odczuwać zmęczenie kontaktami, które nic nie wnoszą ciekawego. Nie dotyczy to wcale ludzi ze wsi, bo spotykając ich obserwuję jak wygląda tutejsze  życie, ich język, ich zwyczaje a swoim przykładem też coś wnoszę (mam nadzieję). 
Wcześniej miałam ogromne obawy że nie dam sobie rady sama z życiowymi problemami, że trzeba mieć z boku czyjeś wsparcie, czyjąś radę i bez niej zginę i przepadnę. Teraz jestem pewna, że wszystko jest do rozwiązania, że nie ma sytuacji bez wyjścia. Oczywiście nie biorę pod uwagę chorób, bo to wszystko zmienia i tego najczęściej zdrowi ludzie nie mogą przewidzieć. Jednak aktywne życie i fizyczne i umysłowe przedłuża wszelką sprawność i oddala choroby.
 Wyszło na to, że automatycznie sprawę sprowadzam do absurdu twierdząc, że teraz, gdy już od 4 lat jestem na emeryturze nie boję się problemów związanych z bytem a to jest właśnie czas kiedy powinnam zaklepać kolejkę do lekarzy różnych specjalizacji związanych z geriatrią, ale właśnie teraz nie mam na to czasu.  Wiem tylko, że z racji wieku nie mogę się już tak prędko spieszyć. 
Dzisiaj wracam z Warszawy, jadę właśnie autobusem i piszę ten tekst. Wczoraj wsiadłam do samochodu, gdy zabierano ode mnie Stasia i przyjechałam do stolicy, aby kupić blejtramy na kolejne dwa obrazy, które mam w głowie. Zakupy zrobione w towarzystwie wnuka Kuby, któremu mogłam kupić wybrane przez niego brakujące czerwone pisaki do rysowania kolejnych samochodów. Byłam dumna i szczęśliwa z jego towarzystwa i wspólnych łączących nas spraw. Kupiłam blejtramy i skorzystałam z jego ulgi w tym sklepie. 
Dzisiaj rano późno wszyscy wstali, nawet Staś długo spał. Chciałam zdążyć na autobus, który ma zniżkę dla seniorów, bo to duża różnica w cenie, jednak wszystko było późno i wyszłam  pięć minut po czasie. Nie mogłam już skorzystać z autobusu miejskiego jadącego pod dworzec. Miałam tylko jedną możliwość aby zdążyć na ten autobus: ruszyć kłusem na skróty, pokonując schody przejścia podziemnego i sporawy dystans. Utrudnieniem były blejtramy do obrazów o wym. 50x70cm i nie wiadomo dlaczego znowu zbyt ciężka torba. Nie miałam wyjścia, drobiąc kroczkami jak taka pękata laleczka na krótkich nóżkach i nakręcona sprężyną ruszyłam przez bezdroża ( czyli przez tereny zielone). Po 100 metrach byłam już czerwona sapiąca ale wciąż jeszcze zdesperowana, co mobilizowało mnie do dalszego kłusika. Wizję wysokich schodów w dół i w górę programowo odsuwałam na bok z mojej wyobraźni. 
Gdy moja głowa wysunęła się z pod ziemi, ujrzałam godzinę na zegarze wskazującą odjazd – przede mną jeszcze 60 metrów. W dziesiątej klasie miałam 12,3sek na 60 m, czas jeden z gorszych, czy dam radę go poprawić?  Dałam!!! Wpadłam sapiąc, do autobusu! Wydyszałam słowo Mława i zniżka dla seniora i że zaraz zapłacę bo muszę postawić wszystko na siedzeniu aby dostać się do portmonetki.  Kierowca grzał już silniki i nerwowo dodawał gazu a ja jak stanęłam w przejściu zablokowana własnoręcznie blejtramami w taki sposób, ze nie mogłam wykonać żadnego ruchu ani w tę, ani z powrotem. 
- Chwila. Spokój - mówiłam do siebie, ale w tym samym czasie okulary całkiem zasnuły mi się mgłą i przestałam widzieć. Trudno.  Stawiam torbę małą i dużą na podłodze, aby posadzić bezpiecznie blejtramy - opracowywałam błyskawicznie strategię. 
Niestety uszy małej torby skutecznie splątały się z dużą na której nie dało się postawić tej mniejszej, bo w środku były jakoś nieskładnie wrzucone rzeczy o kształtach przypadkowych i mała torba poleciałaby pod siedzenia.
 Czym się posłużyć jak ręce zajęte a tu trzeba szybko wyjąć pieniądze?
- Nie,  nie mogę wpaść w panikę, myślałam.
 Uratowało mnie, że wbiegła jeszcze jedna emerytka, która szukając dowodu osobistego do wylegitymowania się, dała mi kilka sekund w premii.
Udało mi się ustawić w pionie małą torebkę i delikatnie posadzić blejtramy na siedzeniu. Potem już poszło gładko. 
Jadę więc i piszę jak piękny jest świat, pomimo chmurnej pogody i braku śniegu na dzień Trzech Króli.



środa, 2 stycznia 2013

PRZYZIEMNE SPRAWY



Gdy raz na kilka miesięcy dostaję małego Stasia, mój zachwyt jest bezgraniczny. Jaki on mądry! Jak szybko wszystkiego się uczy! A jak świetnie używa nowych, trudnych słów! Itd., Mój zachwyt właśnie osiągnął zenit!
Był tylko jeden słaby punkt. Nie było takiej mocy, która by go zmusiła  do nie - korzystania z pieluchy przy grubszej sprawie. Nic, ale to nic nie przemawiało, aż tu nagle przyjeżdżają na święta i córka ogłasza, że już trzy kolejne razy sprawa załatwiona została na nocniku. Rodzina w euforii, dziecko otrzymuje nagrody za fantastyczne zachowanie. Wszystko jest odliczane i ogłaszane, który to raz odniesione zostało zwycięstwo. Brawoooo!  Tak mało a tak cieszy!
Z przyjazdu Stasia ucieszył się Gustaw, nasz buldog francuski.  Gucio jest odkurzaczem  gębowym wszystkiego, co na swojej drodze napotka. 
Niestety skutki zapachowe są najczęściej nie do wytrzymania, bo to komora gazowa o najbardziej zjadliwej odmianie.
 Wczoraj Gucio wpadł w chwili naszej nieuwagi do pralni, gdzie przed nim chowamy zapas jedzenia dla suczki Soni (dla odwrotności super niejadka). Gustaw natychmiast zjadł cały tygodniowy zapas jej jedzenia i wyszedł z pralni już jako prosiak po długotrwałym tuczu. Nóżki tylko pozostały mu chude. 
Gustaw uwielbia sypianie ze mną. Wskakuje na łóżko i wpycha się pod kołdrę . Ja też lubię jak go mam koło siebie, bo on leży w nogach i wspaniale mi je grzeje.
 Dziwimy się jak można spać całą noc pod kołdrą bez tlenu i w takiej wysokiej temperaturze (nie rozwijam tematu zapachów pod kołdrą!), widocznie temu psu to właśnie pasuje. 
Przy genetycznych krzyżówkach zrobiono mu za krótki przewód nosowy i pies cały czas chrumka jak prosiak, chrapie i chrząka charakterystycznie, co jest dla wielu naszych gości nie do zaakceptowania, bo wydaje się im, że pies warczy.
W nocy cały dom zawsze wie, gdzie znajduje się aktualnie Gustaw i jak się przemieszcza.
Kiedy na wielkim łożu śpi ze mną mały Staś, wtedy  Gucio ma zabroniony wstęp do pokoju. 
Nie wiem jak to się stało, że psy dzisiejszej nocy pokonały przeszkody i wtargnęły do sypialni. Obudziło  mnie żałosne kwilenie ptaszęcia! Okazało się ono płaczem nieszczęśliwego Gutka, który w żaden sposób nie mógł unieść swojego przejedzonego odwłoka i wskoczyć na łóżko.
 Początkowo kompletnie nie wiedziałam o co chodzi, wściekałam się na niego, bo bałam się że obudzi mi Stasia, ale w końcu, gdy tak kwilił i kwilił, żal mi się zrobiło psiny i zamiast go wyprowadzić,  włożyłam go ręcznie w nogi, pod kołdrę, gdzie szczęśliwy chrapał do rana. A swoją drogą prosię o wyglądzie stwora z kosmosu świergolące jak wróbelek, to bardzo specyficzne widowisko.
 W środku nocy, Stasia  obudził  hałas i słyszę:
- babciu?
-co Stasiu? Śpij..
- kucham cię. – odpowiada już z zamkniętymi oczkami.

W ciągu dnia Staś znalazł w zabawkach dziecinne nożyczki i zaczął przymierzać się do różnych papierków. Babcia kierowała nauką, tłumaczyła jak trzymać, jak ciąć. 
Ze zdumieniem zobaczyłam że w wyciągniętej łapce trzyma  wyciętą z gazety głowę pani z reklamy;
 - babciu mam  kobietę! Pokażę rudzicom!  
Potem byłam zajęta, bo trzeba było uaktualnić pomiary powierzchni do opodatkowania i wyciągnęliśmy plany i dzienniki budowy. Wszystko leżało na stole. 
W pewnym momencie, mój wzrok przykuł dziwny wygląd ciętego przez Stasia papieru….NIE! NIE! Tylko nie to! 
Plan budynku z dziennika budowy podzielony już był na trzy nierówne części…..
Bardzo precyzyjne cięcia. 
Udało się złożyć i skleić. Uch.



wtorek, 1 stycznia 2013

PIĘKNY POCZĄTEK ROKU

Kłopoty z Internetem sprawiły, że nadrabiałam zaległości blogowe już jakiś czas. Wciąż jeszcze nie mam wystarczającej prędkości dla danych i co chwilę mi zrywa łącze, ale nigdzie się nie spieszę i powoli nadrabiam to, co chcę nadrobić. Dzisiaj po jednym z komentarzy, szybko wskoczyłam na właściwą stronę, ale lubię czytać od końca. Czytam i czytam aż tu........
muszę wkleić linka!
http://gordyjka.blogspot.com/2012/12/jak-jeden-dzien.html?showComment=1357071077666#c3739482078797185296
Fakt, że ciekawość mnie żarła, jak został przyjęty prezent przez obdarowanego, ale nie mając tego cholernego łącza wmówiłam sobie, że otrzymam specjalnego maila. Ani w głowie mi nie zaświtało takie wyróżnienie, które zobaczyłam. Jestem szczęśliwa,  że wzięłam udział w takim wzruszającym przedsięwzięciu. A parze obchodzącej czterdziestolecie życzę co najmniej drugie tyle lat patrzenia na siebie z miłością i czułością!