Obserwatorzy

piątek, 8 lutego 2013

WIELOTYGODNIK KULTURALNY

Zanim cokolwiek napiszę o warszawskiej wystawie, zaproszę na inne spotkanie, które przygotowuję z synem Grzegorzem. Nasze stryjeczne rodzeństwo zaproponowało nam wzięcie udziału w prezentacji odbywającej się
 w Studium Teatralnym na warszawskiej Pradze.
 Spotkanie odbędzie się w ramach cyklu 
„Historia Jednego Obrazu” w dniu 9 lutego o godzinie 17  
Adres: Lubelska 30/32  (przy Skaryszewskiej)
Drugie podwórko, 
Pierwsza klatka po lewej stronie  I piętro.

Program:

Twórczość Zofii Dembowskiej Romer przedstawi Antoni Rodowicz 
O Marii i Bronisławie Dembowskich, Henryce Dembowskiej i Janinie Dembowskiej z Landych opowiedzą Bogna Dembowska i Maria Rodowicz
O Stanisławie Rodowiczu i Janie Rodowiczu ”Anodzie” opowie Grzegorz Kulka

W części muzycznej wystąpią:
Tomasz Rodowicz z członkami Teatru CHOREA 
oraz Mark Waggoner - gitara i Piotr Rodowicz – kontrabas.
ZAPRASZAM WSZYSTKICH CHĘTNYCH.
 WSTĘP WOLNY.

niedziela, 3 lutego 2013

CZY TYLKO ZAPOWIEDŹ?

Teraz mogę jedynie zapowiedzieć sprawozdanie z wernisażu. Otrzymałam już zdjęcia od moich Bardzo Ważnych Gości, ale jeszcze mam obiecane inne. Potrzebuję jeszcze dzień. Nawet lepiej się składa, bo masa emocji, które mi towarzyszyły, mogłyby zmienić to co chcę opisać. Chciałabym tylko dać linka do bloga Jantoniego, który zrobił u siebie taką miłą niespodziankę i umieścił kompilację zdjęć. Ach jak warto jest znać niezwykłych ludzi, którzy całkowicie zmieniają zwyczajną rzeczywistość w wielkie święto.
 Będę się powtarzać:DZIĘKUJĘ ZA ODWIEDZINY NA WERNISAŻU!
http://jantoni341.bloog.pl/id,333104866,title,Wernisaz-Joanny-R,index.html#komentarze

czwartek, 31 stycznia 2013

KARNAWAŁ CZAS ZACZĄĆ




Ferie rozpoczęte. Pierwszy blok zajęć dla mławskich dzieciaczków rozpoczynałam godziną plastyki. Przygotowane było 30 stanowisk i tylko dwa zostały wolne. Wszyscy już wiedzą i mówią, że na zajęcia pani Rodowicz to zawsze przychodzi dużo dzieci. Miło było mi to słyszeć. Lubię jak tłum kotłuje mi się wołając: - psze pani, ja zrobiłem, co dalej?
Oczywiście wcale nie potrafię podołać tym tłumom, bo wyczuwając moje słabostki, dzieci udają np., tak jak dzisiaj, że nie potrafią wiązać supełka i wycinać oczu w maskach. Dobrze, że były dwie mamy i pomagały, bo ….W ciągu godziny obskoczyć 60 sznureczków za pomocą zszywacza i jeszcze na każdym zawiązać podwójny supełek i wyciąć 60 otworów ocznych, oraz wkleić klejem na gorąco niektóre detale, to och….spociłam się!  A dzieci ? Cudne! Zadowolone,  kolorowe i obiecały mi, że na bal karnawałowy do MDK przyjdą w maskach.  
Dopiero teraz gdy patrzę na zdjęcie widzę efekty ich pracy. Nie ma dwóch takich samych masek, to duże zwycięstwo. Dzieci tworzą same nie kopiują się nawzajem. Najważniejsze przesłanie: bawiąc się twórz, powoli realizuję! Musi sprawiać im przyjemność wymyślanie nowych wzorów, kształtów i pomysłów. Coraz częściej widzę radość z tego co robią. W szkołach zdobywają nagrody, opowiadają mi o swoich sukcesach. Ogromnie mnie to cieszy.
 Były tylko dwie dziewczynki z moich  grup, wszystkie inne to dzieci nieznane mi - feryjne.   


środa, 30 stycznia 2013

KILKA MEJ DUSZY ODSŁON


To ostatnio narysowany Żyd - ołówek w formacie A4, 
 a następnie olejny " Żłoty Żyd "niewielkich rozmiarów bo 33x40 cm. 
Jeszcze TYLKO tło, którym albo zepsuję, albo podbiję wyraz twarzy.
Nie mam pomysłu. Obydwa są całkowicie wytworem mojej wyobraźni. Gdy tak maluję z głowy ogarnia mnie w pewnym momencie wściekłość, że mogłam sobie ułatwić i malować według czyjejś twarzy, po to, aby sprawdzić jak rozkłada się światło. Robię więc mnóstwo błędów, potem je poprawiam, ale gdy już jest lepiej ogarnia mnie ciepło radości, że zdołałam, że pokonałam. Tak jest i tym razem. Lubię ich, miały to być pogodne twarze wnoszące do wnętrza radość z braku kłopotów finansowych, które utrudniają spokojny byt całych rodzin.

Na koniec wierszyk okolicznościowy dla Zespołu Cantare. To jest zespół, który powstał w MDK stworzony przez pana Michała Jarosa z pięknych głosów naszych mławskich seniorów. Nie tylko ja jestem oczarowana wynikami ich pracy. Liczne nagrody świadczą jak wspaniale śpiewają w chórze.
W niedzielę, po roku, rocznicowy koncert na którym będą odczytane wierszowane życzenia. Moje są takie:


Joanna Rodowicz
(dla CANTARE )        20 styczeń 2013

ROK NIE PODOBNY DO INNYCH
Roczek był żmudny
Pracowity i trudny.
Głosy sprawdzane
Mocno trenowane.
Gdy przyszedł czas
Na występ dla mas
Nie spodziewał
Się nikt pochwał,
Laurów, wiwatów 
Łez i kwiatów!
Dzisiaj, gdy chór 
Stał się jednością
I sam jest jak mur,
To swoją radością
Mławę promuje.
I procentuje
Każda chwila pracy.
Bo na ich występy
Czekają na świecie 
Nie tylko rodacy!
A siła piosenki 
Tak wielka i zdrowa
Że urody i wdzięku
Dodać im gotowa.
Rok dla każdego Inną
 Wartość przedstawia,
Dla dzieciątka wiek cały,
Dla seniora błysk mały.
Każdy inaczej liczył dni,
Po swojemu, lecz gdy
Rok temu się  spotkali  
I pierwszą kantatę
Wspólnie zaśpiewali
Czas ruszył, odmierzany 
Wspólnymi pieśniami
I jednym głosem,
Gdy gromko wołali 
Im ludzie pod sceną:
Że stu lat im życzą
W takim oto składzie, 
Z tym dyrygentem 
I w tym układzie.



niedziela, 27 stycznia 2013

DRUGIEGO LUTEGO.......

Drugiego lutego, w sobotę o godzinie 17 w Warszawie na ulicy Nowogrodzkiej 46 m 5, 
w Galerii Piecowej,
odbędzie się
 WERNISAŻ WYSTAWY MALARSKO FOTOGRAFICZNEJ,
 grupy Twórców z Mławy.
Jestem wśród nich i wystawiam pięć obrazów ostatnio namalowanych.
 Wystawa będzie miała również swój uroczysty finisaż za miesiąc. Gdyby zainteresowane osoby nie mogły się pojawić drugiego, to  proszę na finisaż. 
Umieszczę dokładną informację.
 Może nie będzie mrozów. Tak bym chciała Was uściskać!

wtorek, 22 stycznia 2013

DO CYKLU - BRZOZY -

JESZCZE TYLKO KILKA POCIĄGNIĘĆ I BĘDZIE GOTOWE

Nie mogłam się oprzeć. Wieczorem o 22 godzinie stwierdziłam, że muszę jednak namalować to, co dojrzało we mnie , pewnie na skutek bieli za oknem. Od dawna myślałam  że połączenie bieli brzóz i śniegu może być czymś niezwykłym i warto by nad tym popracować. Chcę, aby obraz nie tylko był ciekawy, wart oglądania, ale aby mieścił się w cyklu, który buduję na przyszłą wystawę.
Oczywiście to tylko szkic, ale nie byłabym sobą, gdybym natychmiast nie dzieliła się z wszystkimi moimi twórczymi działaniami. Lubię gdy widać przemiany kolejne rodzącego się obrazu, czy rzeźby. Pokazuję w ten sposób walkę z materią, oraz z samym sobą  i że nie jest to pacnięcie bez wysiłku, lecz wielokrotnego upadku, czasami nagrodzonego dobrym wynikiem.
Kończę pisanie, bo i w innych dziedzinach ten wynik musi być dobry - dzieci czekają!

niedziela, 20 stycznia 2013

OBOK KSIĄŻEK




Nie mogę się oprzeć, aby nie pokazać ostatnich prac dzieci. 
Pomysł ten chodził za mną od pewnego czasu, ale dzieci nie za bardzo rwały się do tematu. Dopiero w czwartek, gdy rozdałam dyplomy i podziękowania za udział w projektowaniu mody i kostiumów, dziewczynki w euforii bez sprzeciwu ruszyły do pracy. Efekty zaskoczyły nie tylko mnie, ale przede wszystkim same projektantki. Gdy posadziłam roboczo nasze ozdoby "półkowe" sala nagle zmieniła styl i zrobiło się jeszcze radośniej. Zdjęcia są nieostre, potem je podmienię i dodam inne do towarzystwa, gdy takie powstaną. Dałam na tekturce szablon postaci, którą musiały po swojemu ubrać. Figurka po zagięciach ma siedzieć na półce. Te na zdjęciu, jeszcze nie mają konstrukcyjnych wzmocnień z tyłu, ale i tak już siedzą.

środa, 16 stycznia 2013

DĘBOWY LIŚĆ




Nie odzywam się prawie, bo za dużo spraw wzięłam sobie na głowę. Będę tylko dawała drobne sygnały z moich poczynań. Dzisiaj wyrzeźbiłam liść dębu. Po skończeniu będzie to statuetka wręczona  przyjaciółce Rodu. Będę opisywała szczegóły. Na zdjęciu jest dopiero model zrobiony w plastelinie. 
Dziewiątego lutego o godz. 17, na warszawskiej Pradze będzie wieczór poświęcony m.in. mojemu ojcu, Stanisławowi  którego zdolności artystyczne i poczucie estetyki nigdy nie było omawiane na forum. Wcześniej będzie mowa o Janku Rodowiczu-Anodzie jako wielce utalentowanym artystycznie studencie Wydziału Architektury. 
W MDK szykujemy wystawę związaną z długoletnim istnieniem LG na tym terenie i jego wpływem na mławskie życie.



niedziela, 6 stycznia 2013

POKONAĆ WŁASNY CZAS




Koza Zuzia jest już historią. Prowizoryczna kuchnia, gdzie nawet koza nie raziła, też jest historią. Retro postacie mają swoją historię, a czas podąża coraz szybciej.
Z Nowym Rokiem nie mam nowych postanowień, wystarczą w zupełności te stare. Myślę tylko ostatnio nad tym dlaczego człowiek ( czyli ja) ma taką potrzebę kontaktu z innymi ludźmi. Po co to wszystko. Zauważyłam, że dopiero teraz po latach samotni, gdy znów jestem wśród ludzi i gdy świadomie wybieram tych z którymi chcę przebywać, mogę również być sama. Sama nie oznacza samotności, ale to, że człowiek nie nudzi się ze sobą i nie boi się być bez wyimaginowanych opiekunów, przyjaciół, obojętnie jak ich nazwać. Oznacza to również i to, że widzi sens swojego życia, wie po co się urodził, a przynajmniej ma plan do wykonania, który sobie wyznaczył. To wszystko jest jakby skokiem na wyższą półkę rozwoju wewnętrznego. Nic dziwnego, że od pewnego czasu zaczęłam odczuwać zmęczenie kontaktami, które nic nie wnoszą ciekawego. Nie dotyczy to wcale ludzi ze wsi, bo spotykając ich obserwuję jak wygląda tutejsze  życie, ich język, ich zwyczaje a swoim przykładem też coś wnoszę (mam nadzieję). 
Wcześniej miałam ogromne obawy że nie dam sobie rady sama z życiowymi problemami, że trzeba mieć z boku czyjeś wsparcie, czyjąś radę i bez niej zginę i przepadnę. Teraz jestem pewna, że wszystko jest do rozwiązania, że nie ma sytuacji bez wyjścia. Oczywiście nie biorę pod uwagę chorób, bo to wszystko zmienia i tego najczęściej zdrowi ludzie nie mogą przewidzieć. Jednak aktywne życie i fizyczne i umysłowe przedłuża wszelką sprawność i oddala choroby.
 Wyszło na to, że automatycznie sprawę sprowadzam do absurdu twierdząc, że teraz, gdy już od 4 lat jestem na emeryturze nie boję się problemów związanych z bytem a to jest właśnie czas kiedy powinnam zaklepać kolejkę do lekarzy różnych specjalizacji związanych z geriatrią, ale właśnie teraz nie mam na to czasu.  Wiem tylko, że z racji wieku nie mogę się już tak prędko spieszyć. 
Dzisiaj wracam z Warszawy, jadę właśnie autobusem i piszę ten tekst. Wczoraj wsiadłam do samochodu, gdy zabierano ode mnie Stasia i przyjechałam do stolicy, aby kupić blejtramy na kolejne dwa obrazy, które mam w głowie. Zakupy zrobione w towarzystwie wnuka Kuby, któremu mogłam kupić wybrane przez niego brakujące czerwone pisaki do rysowania kolejnych samochodów. Byłam dumna i szczęśliwa z jego towarzystwa i wspólnych łączących nas spraw. Kupiłam blejtramy i skorzystałam z jego ulgi w tym sklepie. 
Dzisiaj rano późno wszyscy wstali, nawet Staś długo spał. Chciałam zdążyć na autobus, który ma zniżkę dla seniorów, bo to duża różnica w cenie, jednak wszystko było późno i wyszłam  pięć minut po czasie. Nie mogłam już skorzystać z autobusu miejskiego jadącego pod dworzec. Miałam tylko jedną możliwość aby zdążyć na ten autobus: ruszyć kłusem na skróty, pokonując schody przejścia podziemnego i sporawy dystans. Utrudnieniem były blejtramy do obrazów o wym. 50x70cm i nie wiadomo dlaczego znowu zbyt ciężka torba. Nie miałam wyjścia, drobiąc kroczkami jak taka pękata laleczka na krótkich nóżkach i nakręcona sprężyną ruszyłam przez bezdroża ( czyli przez tereny zielone). Po 100 metrach byłam już czerwona sapiąca ale wciąż jeszcze zdesperowana, co mobilizowało mnie do dalszego kłusika. Wizję wysokich schodów w dół i w górę programowo odsuwałam na bok z mojej wyobraźni. 
Gdy moja głowa wysunęła się z pod ziemi, ujrzałam godzinę na zegarze wskazującą odjazd – przede mną jeszcze 60 metrów. W dziesiątej klasie miałam 12,3sek na 60 m, czas jeden z gorszych, czy dam radę go poprawić?  Dałam!!! Wpadłam sapiąc, do autobusu! Wydyszałam słowo Mława i zniżka dla seniora i że zaraz zapłacę bo muszę postawić wszystko na siedzeniu aby dostać się do portmonetki.  Kierowca grzał już silniki i nerwowo dodawał gazu a ja jak stanęłam w przejściu zablokowana własnoręcznie blejtramami w taki sposób, ze nie mogłam wykonać żadnego ruchu ani w tę, ani z powrotem. 
- Chwila. Spokój - mówiłam do siebie, ale w tym samym czasie okulary całkiem zasnuły mi się mgłą i przestałam widzieć. Trudno.  Stawiam torbę małą i dużą na podłodze, aby posadzić bezpiecznie blejtramy - opracowywałam błyskawicznie strategię. 
Niestety uszy małej torby skutecznie splątały się z dużą na której nie dało się postawić tej mniejszej, bo w środku były jakoś nieskładnie wrzucone rzeczy o kształtach przypadkowych i mała torba poleciałaby pod siedzenia.
 Czym się posłużyć jak ręce zajęte a tu trzeba szybko wyjąć pieniądze?
- Nie,  nie mogę wpaść w panikę, myślałam.
 Uratowało mnie, że wbiegła jeszcze jedna emerytka, która szukając dowodu osobistego do wylegitymowania się, dała mi kilka sekund w premii.
Udało mi się ustawić w pionie małą torebkę i delikatnie posadzić blejtramy na siedzeniu. Potem już poszło gładko. 
Jadę więc i piszę jak piękny jest świat, pomimo chmurnej pogody i braku śniegu na dzień Trzech Króli.



środa, 2 stycznia 2013

PRZYZIEMNE SPRAWY



Gdy raz na kilka miesięcy dostaję małego Stasia, mój zachwyt jest bezgraniczny. Jaki on mądry! Jak szybko wszystkiego się uczy! A jak świetnie używa nowych, trudnych słów! Itd., Mój zachwyt właśnie osiągnął zenit!
Był tylko jeden słaby punkt. Nie było takiej mocy, która by go zmusiła  do nie - korzystania z pieluchy przy grubszej sprawie. Nic, ale to nic nie przemawiało, aż tu nagle przyjeżdżają na święta i córka ogłasza, że już trzy kolejne razy sprawa załatwiona została na nocniku. Rodzina w euforii, dziecko otrzymuje nagrody za fantastyczne zachowanie. Wszystko jest odliczane i ogłaszane, który to raz odniesione zostało zwycięstwo. Brawoooo!  Tak mało a tak cieszy!
Z przyjazdu Stasia ucieszył się Gustaw, nasz buldog francuski.  Gucio jest odkurzaczem  gębowym wszystkiego, co na swojej drodze napotka. 
Niestety skutki zapachowe są najczęściej nie do wytrzymania, bo to komora gazowa o najbardziej zjadliwej odmianie.
 Wczoraj Gucio wpadł w chwili naszej nieuwagi do pralni, gdzie przed nim chowamy zapas jedzenia dla suczki Soni (dla odwrotności super niejadka). Gustaw natychmiast zjadł cały tygodniowy zapas jej jedzenia i wyszedł z pralni już jako prosiak po długotrwałym tuczu. Nóżki tylko pozostały mu chude. 
Gustaw uwielbia sypianie ze mną. Wskakuje na łóżko i wpycha się pod kołdrę . Ja też lubię jak go mam koło siebie, bo on leży w nogach i wspaniale mi je grzeje.
 Dziwimy się jak można spać całą noc pod kołdrą bez tlenu i w takiej wysokiej temperaturze (nie rozwijam tematu zapachów pod kołdrą!), widocznie temu psu to właśnie pasuje. 
Przy genetycznych krzyżówkach zrobiono mu za krótki przewód nosowy i pies cały czas chrumka jak prosiak, chrapie i chrząka charakterystycznie, co jest dla wielu naszych gości nie do zaakceptowania, bo wydaje się im, że pies warczy.
W nocy cały dom zawsze wie, gdzie znajduje się aktualnie Gustaw i jak się przemieszcza.
Kiedy na wielkim łożu śpi ze mną mały Staś, wtedy  Gucio ma zabroniony wstęp do pokoju. 
Nie wiem jak to się stało, że psy dzisiejszej nocy pokonały przeszkody i wtargnęły do sypialni. Obudziło  mnie żałosne kwilenie ptaszęcia! Okazało się ono płaczem nieszczęśliwego Gutka, który w żaden sposób nie mógł unieść swojego przejedzonego odwłoka i wskoczyć na łóżko.
 Początkowo kompletnie nie wiedziałam o co chodzi, wściekałam się na niego, bo bałam się że obudzi mi Stasia, ale w końcu, gdy tak kwilił i kwilił, żal mi się zrobiło psiny i zamiast go wyprowadzić,  włożyłam go ręcznie w nogi, pod kołdrę, gdzie szczęśliwy chrapał do rana. A swoją drogą prosię o wyglądzie stwora z kosmosu świergolące jak wróbelek, to bardzo specyficzne widowisko.
 W środku nocy, Stasia  obudził  hałas i słyszę:
- babciu?
-co Stasiu? Śpij..
- kucham cię. – odpowiada już z zamkniętymi oczkami.

W ciągu dnia Staś znalazł w zabawkach dziecinne nożyczki i zaczął przymierzać się do różnych papierków. Babcia kierowała nauką, tłumaczyła jak trzymać, jak ciąć. 
Ze zdumieniem zobaczyłam że w wyciągniętej łapce trzyma  wyciętą z gazety głowę pani z reklamy;
 - babciu mam  kobietę! Pokażę rudzicom!  
Potem byłam zajęta, bo trzeba było uaktualnić pomiary powierzchni do opodatkowania i wyciągnęliśmy plany i dzienniki budowy. Wszystko leżało na stole. 
W pewnym momencie, mój wzrok przykuł dziwny wygląd ciętego przez Stasia papieru….NIE! NIE! Tylko nie to! 
Plan budynku z dziennika budowy podzielony już był na trzy nierówne części…..
Bardzo precyzyjne cięcia. 
Udało się złożyć i skleić. Uch.



wtorek, 1 stycznia 2013

PIĘKNY POCZĄTEK ROKU

Kłopoty z Internetem sprawiły, że nadrabiałam zaległości blogowe już jakiś czas. Wciąż jeszcze nie mam wystarczającej prędkości dla danych i co chwilę mi zrywa łącze, ale nigdzie się nie spieszę i powoli nadrabiam to, co chcę nadrobić. Dzisiaj po jednym z komentarzy, szybko wskoczyłam na właściwą stronę, ale lubię czytać od końca. Czytam i czytam aż tu........
muszę wkleić linka!
http://gordyjka.blogspot.com/2012/12/jak-jeden-dzien.html?showComment=1357071077666#c3739482078797185296
Fakt, że ciekawość mnie żarła, jak został przyjęty prezent przez obdarowanego, ale nie mając tego cholernego łącza wmówiłam sobie, że otrzymam specjalnego maila. Ani w głowie mi nie zaświtało takie wyróżnienie, które zobaczyłam. Jestem szczęśliwa,  że wzięłam udział w takim wzruszającym przedsięwzięciu. A parze obchodzącej czterdziestolecie życzę co najmniej drugie tyle lat patrzenia na siebie z miłością i czułością!

niedziela, 30 grudnia 2012

ŚWIĘTA W OCZACH DZIECI Z MDK I U NAS NA WSI



Pierwszym znakiem  świąt  był wernisaż dzieciaków. Wszystko odbyło się uroczyście: z opłatkiem,  poczęstunkiem, kolędami, mediami i wywiadami, które są w gazecie Kurier Mławski,. Największą trudnością okazało się wybranie tylko po jednej pracy każdego z dzieci. Ledwie wszystkie się zmieściły.Wystawiliśmy prace 38 dzieci.









***
 A. za wędzenie szynek zabrał się dość późno, bo pożyczał sąsiadom beczkę służącą za wędzarnię a wcześniej nie miał czasu ( kończył pewne zamówienie). Gdy już rozpoczął wędzenie i wszystko było zapięte na ostatni guzik, łącznie z zapasem olszynowych gałęzi i kolkowych niezbędników to zaczął wiać wiatr. Wiatr zwiewał masy śniegu z dachu na stronę wędzarni, która co chwilę gasła. Przed domem tworzyły się zaspy na wysokość 80 centymetrów. Wraz ze śniegiem spadała gwałtownie temperatura. O godzinie trzeciej nad ranem, kiedy A. kończył rytuał wędzenia, było minus piętnaście stopni. On sam pierwszy raz podczas naszej znajomości powiedział, że mu zmarzły ręce i prosił o jakiekolwiek rękawiczki. Swoich nie ma, bo mu jest zawsze ciepło.  
Nawet zaproponowałam mu herbatę z prądem dla zdrowotności, to musiał wyglądać jak bałwan!
W ciągu dnia bardzo się ociepliło i ustał wiatr, czyli A. jak zwykle rozminął się (tym razem z frontem).
***
- Koniec świata za nami. Możemy kolejny raz spotkać się przy choince pod którą stoi maleńka szopka. Możemy podziękować Bogu za kolejną Wigilię bo spotykamy się z powodu Jego narodzin. W biegu i pogoni za wygodniejszym bytem zapominamy o tym co jest powodem naszej wspólnej wieczerzy.  
Będziemy składać sobie życzenia. Tak rzadko jesteśmy wyciszeni, życzliwi, kochający,  więc przyjmijmy życzenia wigilijne i nośmy je w sobie cały kolejny rok. 
Okazujmy bliskim więcej miłości, bo miłość jest życiem.-
 Te słowa chciałam powiedzieć sobie i najbliższym zgromadzonym wokół wigilijnego stołu. 
Od wielu lat po raz pierwszy miał to być stół nie w moim domu, ale u teściów syna.
 Pogoda spłatała mi psikusa i gdy w poniedziałkowe południe zobaczyłam co się dzieje na drodze stchórzyłam do tego stopnia, że odmówiłam wyruszenia z domu. Mgła ścieliła się gęstym oparem i widoczność na drodze wynosiła około 20 metrów. 
Co będzie wieczorem?- myślałam z przerażeniem. Jak wrócimy, gdy mgła zamarznie?.
Zostaliśmy w domu. Spokojnie i uroczyście obiecaliśmy sobie przy opłatku, że postaramy się, aby było lepiej. Zjedliśmy śledziki w różnej wersji i na tym poprzestaliśmy. Telefony od najbliższych, kolędy, życzenia, to miły zwyczaj jednoczący znanych sobie ludzi.
Pierwszego dnia odwiedziła mnie siostra z mężem, potem przemili ludzie, nasi znajomi. Pogościliśmy się, pogawędziliśmy a wieczorem pojawiła się córka z mężem i synami.
 Na drugi dzień świąt dojechał mój syn z żoną. Nareszcie był cały komplet. Choinka ubrana, lampeczki świeciły, moje serce się raduje!
Przyszykowałam wszystko wcześniej, więc nic już w święta nie musiałam gotować, tylko odgrzewałam. Mróz za oknem pozwolił mi trzymać wszystkie gotowe produkty w nieogrzewanym pokoju. Wielka wygoda, gdy ma się taką ogromną lodówkę, jednym słowem :nie ma tego złego, co na dobre nie wychodzi!
***
Wszystkich przepraszam za długie milczenie, ale nasz przekaźnik internetu-ruter psuje się regularnie, zawsze w święta. Dopiero teraz mam coś zastępczego, bo ten z T-mobilu nie pracuje tutaj wcale.
***
KOCHANI,
 DOBREGO ROKU 2013, ZDROWEGO, BOGATEGO, PŁODNEGO W POMYSŁY,
W DOBRYCH LUDZI, KTÓRYMI BĘDZIEMY OTOCZENI, W SUKCESY, W RADOŚĆ I SZCZĘŚCIE!




czwartek, 13 grudnia 2012

LUBIĘ JAK SIĘ DZIEJE

Dekoracja leśniczówki.
Stasiowi się podobało
W październiku  wybieraliśmy laureatów w konkursie fotograficznym o lesie  z dziedziny ekologii. 
W leśniczówce cudeńka. Byłam ze Stasiem, bardzo mu się podobało.
Potem uroczyste wręczanie nagród oraz przydział już wydrukowanych kalendarzy z nagrodzonymi pracami.
W MDK dzieci starają się bardzo. Efekty są takie: złożyłam girlandy aniołkowo-mikołajowe. Starsze zrobiły przepiękne choineczki stojące na stole. Ciasnota bardzo daje się we znaki.
Jutro wernisaż dzieci. Jeszcze przygotowuję już bez nich ich twórcze projekty. Psikam choinki makaronowe  sprayem, czyli lakierem samochodowym.
 Niestety dary banku, żenujące. Może nie rozpakowałam wszystkiego, bo zostawiłam paczki i po prostu wyszłam. Nie lubię jak robi się ze mnie idiotę.
girlandy


Choinki makaronowe
I te z papieru

Rysuję, rysuję, rysuję. Chcę przed świętami skończyć, to co zostało zamówione.
Robię to z rozkoszą, bo większość wychodzi tak jak należy po dwóch trzech podejściach.
Już czuję święta. Cztery proszone Wigilie zapisane w kalendarzu. Pierwsza była dzisiaj, kończyła akcję MOPS-u „Aktywny senior” . Był to ciekawy projekt w którym odbywały się spotkania wykłady i pogadanki dla  i od seniorów. W kilku brałam udział jako słuchacz a w jednym jako aktywny uczestnik, czytając moje to i owo. Na wigilijnym spotkaniu wyróżniona zostałam pięknym certyfikatem tego programu.


piątek, 7 grudnia 2012

"PODARUJ WĘDKĘ"

To jest choineczka robiona na szydełku przez
przemiłą panią z Mławy.

Dzisiaj moje dzieciaczki zostały zaproszone na mikołajkowy koncert Orkiestry Dętej prowadzonej przez naszą panią dyrektor. Koncert był dopełnieniem projektu banku, który przekazywał pieniądze na stroje dla orkiestry oraz materiały do zrobienia gadżetów świątecznych. Te gadżety mamy wykonać w tempie ekspresowym, po to aby w niedzielę za tydzień sprzedać je podczas wigilijnego spotkania w MDK Zarobione fundusze mają pójść na materiały dla kółka plastycznego. 
Od dwóch dni siedzę w MDK i szykuję wystawę dzieciom. Święta i zima są tematem wszystkich prac. Wernisaż mamy w czwartek 13 grudnia o godzinie 18 w Galerii „13” a jej adres: ul. Żwirki 13. Ogłosiłam to dzisiaj podczas koncertu. 
Pokażę nowe zastosowanie makaronu, mojego pomysłu, oparte na zeszłorocznych doświadczeniach.
Nie będzie jednak makaronowych wyklejanek na wystawie, bo tam nie ma już miejsca. 
Dzisiaj sprawdzałam co jest możliwe a co nie przy tworzeniu makaronowych kompozycji a dzieci jak zwykle zaskakują pomysłowością. Bardzo chcę, aby one były zadowolone ze swojej pracy i wysiłku włożonego w wyklejanie. Inne gadżety, które się pojawią do dekoracji sali też wyszły ciekawie. Mam jeszcze swoich kilka pomysłów w których zdecydowanie opieram się na recyklingu, ale takim nietypowym. Dostałam odrzuty z produkcji spinek do włosów i nikt , łącznie ze mną do tej pory nie wiedział jak to wykorzystać. Mam nareszcie pewną ideę, zobaczymy czy wyjdzie, bo na razie wszystko w dużej części siedzi mi jeszcze w głowie. Do 16 sporo pracy, potem zajmę się zdecydowanie domowymi przygotowaniami do świąt.
Zdjęcia z wystawionych prac umieszczę po wernisażu.

środa, 5 grudnia 2012

WIECZÓR LITERATURY AMERYKAŃSKIEJ


Dzisiaj w gronie osób skupionych w grupie miłośników literatury pod nazwą "Inspiracje", przygotowaliśmy Wieczór Literatury Amerykańskiej. Odbył on się w Czytelni Miejskiej Biblioteki. Schemat spotkania oparty był na przećwiczonym wcześniej schemacie wieczoru z moją twórczością.
Recenzenci byli doskonale przygotowani i bardzo przejęci. Temat był arcyciekawy i praca nad wybraną grupą autorów była z jednej strony wielkim wyzwaniem, a z drugiej strony ogromną przyjemnością. Każdy z nas opracował życiorys "swojego" autora i recenzował jedną wybraną powieść, kończąc wystąpienie przeczytanym fragmentem.
Bohaterami naszych wystąpień byli: Philip Roth, Isaak Singer, Jerzy Kosiński, Joyce Carol Oates, Paul Aster. W wybranej twórczości, szukaliśmy polskich wątków lub walorów wskazujących autorów na przyszłych noblistów.  Wieczór ten umilał swoim występem duet: śpiewająca pięknie młoda dziewczyna i akompaniujący jej chłopak z gitarą. Dziewczyna śpiewała po angielsku znane amerykańskie przeboje wybrane w charakterze do nastroju dzisiejszego spotkania.
Czuję się wyróżniona, że brałam udział w tym spotkaniu. Było ono na wysokim poziomie, bardzo interesujące i szkoda,  że mławianie jeszcze nie czują potrzeby masowego uczestniczenia w tego typu przedsięwzięciach. Następny wieczór dotyczyć będzie literatury rosyjskiej. Myślę, że za dwa lata stanie się w dobrym tonie bycie na takim wieczorze. Jestem tego pewna, bo to jednak tematy dla wybranych.

Na górze kolejny portrecik z zamówionej serii.

sobota, 1 grudnia 2012

NIE LENIĘ SIĘ


Mój zawód daje mi niesamowicie dużo satysfakcji. Od dawna wiem, że dobrze wybrałam, pomimo ciągłej zmiany dziedzin w których pokazywałam swoje twórcze działania. Jest to jeden z bardziej ekshibicjonistycznych zawodów, nie licząc aktorstwa. 
Odstawiłam drugie brzozy aby wyschły i abym spojrzała na nie po dłuższym czasie. Dzisiaj przyszła na nie pora. Siedziałam i malowałam. Kompozycja skończona, ale znowu muszą wyschnąć, abym potem mogła zrobić ostatnie wykończenie. Lubię farby olejne, ich smalcowatą konsystencję, ich zapach, ich kolory, ale jest trudność, że muszą schnąć co najmniej tydzień (teraz w zimie).
Wymyłam pędzle. Zrobiłam zdjęcie, aby zobaczyć  je na ekranie - wtedy ogląda się jakby z dystansu, a nie w emocjach podczas malowania. No, więc ledwie umyłam pędzle, natychmiast zapragnęłam pokazać go całemu światu! 
Nie chodzi tu wcale o chwalenie się, tylko o radość z tego, że coś się zrobiło. Przecież gdy upiecze się ciasto, to normalne jest częstowanie nim. Jeszcze bardziej jest miło, gdy ktoś powie, że pyszne. 
W tym jednak przypadku można krytykować, można chwalić, można nic nie mówić. Przeżywam i tak chwile szczęścia, że coś mogę namalować, bo jak napisał JanToni 
        Lepiej robić to i owo, niźli czuć się "świętą krową".Lepiuszki

Idąc za jego mądrością, nie mam czasu pobyć choć przez chwilę ""świętą krową", w kazdym wolnym czasie maluję, rysuję, uczę.
Mam jeszcze dzisiaj do Was wszystkich prośbę o odwiedzenie małej ankiety stworzonej przez mojego syna i synową, po to aby uzyskać fundusze unijne na projekt. W zeszłym roku wsadzili mnóstwo chęci, pracy i kasy wynajmując doradcę projektu, ale zostali odrzuceni. Teraz próbują sami, od innej strony. Znów toną w długach, bo nie da się wszystkiego zrobić własnymi rękami. Mam nadzieję że im się wreszcie uda. Kochani czytający, jeśli możecie wypełnić krótką i prostą ankietę którą  przygotowali, będzie to bardzo im pomocne. Chcą założyć firmę remontową, wnętrzarską, ale dotyczącą kompleksowego odnowienia wnętrza razem z meblami, ścianami i wszystkim. Już mają na koncie takie prace. Julia- moja synowa ma ogromne wyczucie i jest perfekcjonalistką wykonywania wszystkiego, czego się podejmie. Nauczyła takiej odpowiedzialności mojego Grzegorza. Grześ opracowuje projekty na komputerze, siedzą debatują wymyślają. Efekty są świetne. Mają już wypróbowane ekipy fachowców. O cenach nie mówię bo nie wiem nic na ten temat. Julia sama robi renowacje starych mebli, które kocha miłością bezgraniczną. Dla mnie robi starą skrzynię na pościel. Jak będzie zrobiona pokażę. Będzie piękna!



Ale na koniec muszę coś opowiedzieć, bo " w międzyczasie" robiłam pranie. 
Gdy już wyjęłam wszystko, przyszła pora na wieszanie. Postawiłam suszarkę niedaleko 
kominka, przy przeciwległej ścianie, gdzie jest dość wąsko. Zajęta wieszaniem usłyszałam pukanie
-Proszę-zawołałam w stronę drzwi, ale w tym momencie zorientowałam się i powiedziałam do siebie, ale na głos: - ojej, przecież to ja suszarką zastukałam! 
Niestety moją uwagę usłyszał też siedzący obok Andrzej i w jednym momencie zaczęliśmy się śmiać.
Płakaliśmy ze śmiechu, a on przez łzy mówił: - No tak puknij się w głowę powiedz sobie "proszę, dzień dobry!  Tego jeszcze nie grali! ha, ha, ha!
No więc i wam życzę miłej niedzieli, bo my co chwilę przypominamy sobie moje "proszę!"

piątek, 30 listopada 2012

WYSTAWOWE PRACE DZIECI

Zosi

Piramidy Patrycji

Bałwanek też Patrycji

Darii

Kasi

Kalinki
Odbyłam rewolucyjną kilkukrotną rozmowę z dyrekcją. Wszystko będzie po mojej myśli. Zmienią plany remontu i usytuowania sali komputerowej. Nie można zmniejszyć ilości dzieci w grupach bo nie ma kasy na więcej zajęć. Może jestem głupia, ale jak dzisiaj przyszła tylko szóstka, to tak cudnie się pracowało! A efekt widzicie!!!! Materiały: czarny papier, biała kartka, wełna, klej sól, kredki.
To ta nagroda.
Wcześniej pani dyrektor powiedziała, że kiedyś moja poprzedniczka miała nawet 16 dzieci w grupie. Odpowiedziałam, że jak chce jej oddać prowadzenie to proszę. Jak chce zrobić świetlicę -przechowalnię to ja jestem tu wcale nie potrzebna, bo moje dzieci pracują i się rozwijają.
- A czy one muszą tak często chodzić do łazienki? zapytała
-Tak, bo się bardzo brudzą farbami, pastelami, klejem.
Dzisiaj też były brudne. I kochane. A Patrycja cały czas opowiadała o szkole i o tym, że chciałaby pojechać do Egiptu. I zrobiła nawet obrazek.

wtorek, 27 listopada 2012

SKUTKI PRZEPROWADZKI


Właściwie miałam odpowiedzieć Renie na komentarz, ale w połowie tekstu zorientowałam się, że  ramka jest zbyt mała.
Gdy powiedziałam dzisiaj, ze planuję rozdzielić dzieci na więcej grup,
pani dyrektor odpowiedziała, że nie będzie miała na zapłacenie mi za tyle godzin pracy,
 jak zrobię ich więcej. 
Zarabiam brutto 20 zł za godzinę pracy ale wyliczam realny czas, który poświęcam dzieciom.
 Przychodzę zawsze wcześniej, aby przygotować materiały i wychodzę dużo po czasie, gdy wszystko powieszę, przejrzę prace i posprzątam.
 W tym miesiącu wyliczyłam 32 godziny mojej pracy, czyli na konto wpłynie około 480 zł. Piszę świadomie o tym niezwykłym bogactwie, gdyż po Mławie krąży wieść o moich niezwykłych zarobkach. Nie wliczam nigdy wydruków robionych w domu i czasu domowego gdy wyszukuję jakieś ciekawe hasła przydatne na tematy prac.
Rano zadzwoniłam pytając jak wygląda sytuacja, gdyż wczorajsza salka nie mogła być brana pod uwagę, bo tam i obok odbywała się sesja Rady Miasta.
Po moim telefonie pani dyrektor ruszyła ekipę swoich biurowych pracowników, wyniesiono kilka mikrofonów a na ich miejsce wniesiono 7 stolików i tyleż krzeseł.
Łudziłam się że może dzisiaj wyjątkowo nie będzie kompletu, bo okres jest grypowy i ostatnio nie było trójki. Nie, dzisiaj przyszli wszyscy, czyli cała dwunastka, automatycznie wyszło na jaw, że mam pięć miejsc za mało dla dzieci.
Zabrałam krzesła z korytarza, gdzie normalnie siedząc czekają rodzice, więc stali, opierając się o ścianę.
Dzieci stłoczone, siedziały jedne na drugich. Ja nie miałam możliwości wyjścia z zablokowanego kąta, bo musiałabym szturchać i odchylać rysującą dziewczynkę.
 Dzieci poruszały się w tą i z powrotem pod stołami.
Nawet w pewnej chwili wszystkie tam zeszły robiąc sobie mały piknik.
Sama bym z nimi chętnie tam pobyła!
Zachowywały się niesamowicie głośno i zupełnie nie dały się okiełznać. Rozsadzał ich temperament i prosiły o kredki, pastele, farby, tak, że góry malowideł wypełniły każdziuteńki kawałek. Najgorzej było z mokrymi obrazkami, bo zupełnie nie było ich gdzie suszyć.
Twarze, ręce, ubrania dzieci i stoły wokół nich były niemożliwie upaprane we wszystkie
 kolory roztarte razem.
Tak po prawdziwej prawdzie, to zrobiły świetne rysunki na wystawę i pomimo mojej bezsilności i zablokowania w kącie, powiem uczciwie, że są to doskonałe prace.
A Ola programowo poprosiła o kartkę, gdy w drzwiach pokazała się mama.
Delikatnie usiłowałam jej wytłumaczyć, że dzisiaj to może nie, bo to był ciężki dzień (wcześniej nosiłam znowu na piętro wszystkie zniesione wczoraj materiały).  Ola była nieugięta a kiedy dostała kartkę, zrobiła sobie z niej łódeczkę. 
Dzieci żegnając się mówiły, że było fajnie!

niedziela, 25 listopada 2012

DZIWNY KONIEC TYGODNIA


W czwartek wyruszyłam na zajęcia. Nie weszłam jeszcze na swoje piętro, gdy sprzątaczka spotkana na schodach poinformowała mnie, że mam zajęcia piętro niżej, bo rozpoczęto remont sali. O tym, że grozi mi przeprowadzka wiedziałam od miesiąca, ale jak dotąd broniłam się bardzo, bo sala jest ciemna, nie można jej na stałe zamknąć i nie mam gdzie składować wielu materiałów do zajęć, które z trudem gromadzę.Nikt jednak nie wspomniał o remoncie.
 Pytam więc:
- Czy wszystko zostało przeniesione? A  oczyma wyobraźni widzę ściany” mojej „ sali obwieszone pracami i dwie szafy różnych szpargałów.
- Nie. Wszystko jest porozkładane w różnych miejscach-  odpowiada mi pani.
Ostatnie pięć schodków pokonałam galopem spowodowanym nagłym podniesieniem temperatury w głowie, chyba.
Na szczęście dla wszystkich a na nieszczęście dla mnie przychodzę wtedy, kiedy nie ma już nikogo w biurze. 
Zaczynam szukać podstawowych rzeczy niezbędnych do zajęć. Przyszłam jak zwykle pół godziny przed czasem, ale to okazało się być zdecydowanie za krótko, gdy człowiek błąka się szukając różnych kluczy do różnych niedostępnych pokoi w których mogą być złożone moje manatki.
Problemem stał się kłębek włóczki używanej wcześniej na pajęczyny. Nie znalazłam go.
Cofnę się o kilka godzin wcześniej.  
Odbieram telefon, z którego wynika, że właściciel prywatnej mławskiej Galerii prosi o zapełnienie ekspozycji na święta pracami dzieci. Nic lepszego nie mogłam usłyszeć!  Mam w umowie zrobienie dwóch wystaw w ciągu roku. Poprzednio robiłam w kawiarni MDK ale ona jest tylko czynna gdy przechodzi się przez nią do kina. Często ludzie nie zwracają wcale uwagi na prace. Robiłam co mogłam, aby wskazać tam dziecięce talenty, ale wystawa w prawdziwej Galerii, to zwielokrotniony prestiż, odwiedziny mediów, zaproszeni goście itp. Zanim dojechałam na zajęcia miałam ściśle ułożony plan pracy,  gdyż wystawę trzeba przygotować precyzyjnie i bez pudła. Trzeba dać dzieciom tematy stuprocentowe w efekcie wystawienniczym. Jedno jest pewne rysunki będą świąteczne. Wszystko musi być przygotowane do 4 grudnia. Wcześniej obiecałam pani dyrektor MDK, że ozdobimy nasz budynek od wewnątrz pracami dzieci. Zaczęłam więc już kleić i składać aniołki i mikołaje, teraz jeszcze trzeba coś dać na wystawę. Czasu jest już trochę za krótko. Tak naładowana pomysłem co i jak wkraczałam na zajęcia.
Gdy nie znalazłam włóczki na mój pomysłowy plan, musiałam wszystko przekręcić do góry nogami. Na to co w tym układzie dzieci zrobiły, to są i tak WIELKIE!. Nie zrobię zdjęć teraz, bo nie wszystkie są skończone prace i chyba najlepiej jak pokażę je już oprawione na wystawie.
Dzieciaczki  pracowały z wielkim oddaniem. Gdy już wszystko sprzątnęłam i wychodziłam, wpadł pan z rolkami fantastycznego papieru pod pachą i z pytaniem, czy nam się nie przyda. Powiedział, że jest tatą jednej z dziewczynek i  ze mała jest bardzo zadowolona z zajęć i on przyniósł to, co ma na zbyciu. Wiecie jak się ucieszyłam!?? To będzie podkład na wystawę letnią w parku. Nie będę musiała kleić plakatów przez  trzy dni z całym zespołem ludzi i nie będę musiała zamieniać całego domu w jedną wielką „klejarnię”. Tak więc były i dobre i złe strony ostatniego czwartku. 
W piątek wparowałam do MDK mając zamiar „powiedzieć” pani dyrektor moje zdanie na temat lekceważenia mnie i dzieci których interesy reprezentuję i które mi ufają. Pani dyrektor przyjęła z godnością mój atak. Dzięki tej mojej niespodziewanej wizycie dowiedziałam się dokładnie jakie plany są po remoncie rozpoczętym tak niespodziewanie. Na szczęście w porę ustaliłam którą salę obejmę w posiadanie i jestem z tego wyboru zadowolona, bo nikt nie będzie jej ze mną dzielił. Gdy rozkładam często prace przestrzenne, czy nie utrwalone rysunki, zawsze istnieje niebezpieczeństwo zniszczenia pracy całkiem niechcący przez innych uczestników kursów i zajęć. Mam ciaśniej ale tylko dla nas. Zrobię mniejsze grupy. Na tym mi właśnie zależało.  
No więc znowu mam przykład , że wszystko dzieje się po coś. Gdybym nie była tak wściekła i nie przyszła w porę na rozmowę nie miałabym tak naprawdę warunków do pracy z dziećmi, bo wylądowalibyśmy na Sali komputerowej, gdzie nie podjęła bym się przypilnowania maluchów na dystans do 10 komputerów. Wcale nie byłoby miejsca dla nas. A tak…….mogłam zadowolona pojechać do Warszawy. Wręczyłam portret wnukowi. Ucieszył się bardzo, wysłał natychmiast MMS-a sympatii, ona natychmiast umieściła go w tapecie telefonu. Dumny pokazywał swój portret wszystkim gościom. Syn i synowa nie mieli żadnej krytycznej uwagi. Pobyłam u nich w ciepłej atmosferze ale teraz już wróciłam do domu szykować się do poniedziałkowego meblowania sali rysunkowej.

wtorek, 20 listopada 2012

JA TYLKO RYSUJĘ, DZIECI TWORZĄ

pierwszy z zamówionej serii dzieci

We wrześniu zaczęłam zajęcia od tych pajęczyn.
Potem dzieci lepiły muchy  i sklejały wszystko do kupki.